Od początku 2025 roku do dziś zdązył zostać mistrzem świata (indywidualnie i w drużynie), pobić w Planicy rekord długości skoku narciarskiego (254,5 m), wygrać klasyfikację generalną Pucharu Świata, Turniej Czterech Skoczni, mistrzostwa świata w lotach, a także zdobyć Małą Kryształową Kulę właśnie za loty narciarskie. W sezonie 2025/2026 Prevc wygrał 14 konkursów Pucharu Świata i aż 22 razy stawiał na podium. Ostatnie miesiące należą do niego, jest najlepszym zawodnikiem świata. W rozmowie z Weszło Słoweniec opowiedział o kulisach ostatniego sezonu. Mówi nam o momencie, w którym pomyślał, że „spieprzył”, o tym, skąd czerpie motywację i jak patrzy na fenomen Kacpra Tomasiaka.
Miałem okazję porozmawiać z Domenem przy okazji imprezy Red Bull Skoki w Punkt, która odbyła się w Zakopanem. Była to druga edycja zawodów, które polegają nie na lataniu jak najdalej, ale do celu. Deklarujesz konkretną odległość i starasz się ją uzyskać, najczęściej skracając skok, co musiało być niełatwe dla gościa przyzwyczajonego do jak najdalszych lotów. Pytam Prevca, który z sukcesów, osiągniętych w sezonie 2025/2026, był dla niego najważniejszy.
– Wywalczenie Złotego Orła. Z prostego powodu: czułem bardzo dużą presję, która atakowała z każdej strony. Kiedy w Bischofshofen wygrywałem Turniej Czterech Skoczni, pomyślałem sobie: „Teraz wszystko będzie dużo prostsze”. I tak rzeczywiście było. Poczułem, że coś w mojej głowie się uspokoiło. W kolejnych zawodach nie czułem presji, bo miałem przekonanie, że nie muszę już nic nikomu udowadniać. Paradoksalnie właśnie ten turniej był dla mnie takim złotym medalem, który później zdobyłem na igrzyskach. Choć nie ukrywam, że bardzo cieszyłem się, gdy w Predazzo okazałem się najlepszy na dużej skoczni. A wygrana w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata? To była po prostu taka wisienka na torcie. Kiedy trzymałem w rękach Złotego Orła, powiedziałem komuś ze sztabu: „Ja już jestem usatysfakcjonowany, niezależnie od tego, co wydarzy się dalej” – opowiada Domen Prevc w rozmowie z Weszło.
Prevc o złotym medalu olimpijskim: Była radość, ale nie było uczucia ulgi
Kolejną dużą imprezą po Turnieju Czterech Skoczni były igrzyska olimpijskie. Domen jechał na nie jako murowany faworyt, niektórzy przypuszczali, że może nawet sięgnąć po cztery złote medale (dwa indywidualnie, superduety i konkurs drużyn mieszanych). Skończyło się na dwóch złotach (duża skocznia oraz mikst), w superduetach Słowenia była piąta, a na obiekcie normalnym Domen zakończył rywalizację na szóstym miejscu. Na mniejszej skoczni, po treningach, zobaczyliśmy, że w świetnej formie jest Kacper Tomasiak (zdobył srebrny medal) – a Prevc, który zawsze był trochę gorszy na normalnych obiektach, ale jednocześnie zdominował sezon – skakał przeciętnie. Wiele osób było zaskoczonych, gdy w przeddzień rywalizacji Słoweniec powiedział, że jego cel to po prostu miejsce w pierwszej dziesiątce. On i taki minimalizm? Realnie ocenia szanse, czy jednak prowadzi pewną grę?
– To nie była żadna gra, ani słowa wynikające z bycia zdołowanym. Ja po prostu powiedziałem, co wtedy myślałem. Nie spodziewałem się w konkursie niczego więcej, a wynik był nawet miłym zaskoczeniem – tłumaczy nam dziś Słoweniec.
I dodaje: – Kiedy sięgnąłem po złoto na dużej skoczni, wyprzedzając Rena Nikaido, była radość, ale nie było uczucia ulgi. Właśnie dlatego, że nie miałem wrażenia, że muszę czy powinienem koniecznie coś osiągnąć. Skakałem dla siebie, po prostu cieszyłem się sezonem. Nie miałem nawet w głowie, że igrzyska olimpijskie to największa impreza, na której nie miałem jeszcze złota indywidualnie. A te drużyny mieszane, w których byliśmy najlepsi i złoto obok mnie wywalczyła siostra? Jesteśmy profesjonalistami i mam wrażenie, że od pewnego czasu funkcjonujemy w naszych głowach przede wszystkim jako dwójka ambitnych zawodników. Teraz podchodzę do tego na zasadzie: „To coś specjalnego, ale nie wyjątkowego”. Myślę jednak, że za kilka lat spojrzymy na to inaczej i dojdziemy do wniosku, że skoro w zwycięskiej drużynie byli brat i siostra, to jednak zrobiliśmy coś fantastycznego.

Prevc w Zakopanem
Domen Prevc o Tomasiaku: Sprawia wrażenie chłodnego, działającego z zimną krwią
Gdy na początku tego sezonu świetnie zaczął skakać Kacper Tomasiak, polski 19-latek był porównywany właśnie do Domena. Przykład: Tomasiak był dopiero ósmym skoczkiem w XXI wieku, który w debiucie w Pucharze Świata znalazł się w pierwszej dziesiątce. Jednym z siedmiu skoczków, którzy uczynili to wcześniej był właśnie Słoweniec, który w dziesiątce uplasował się 22 listopada 2015 roku w Klingenthal.
Jak Domen patrzy na młodego Polaka, który sensacyjnie przywiózł z igrzysk olimpijskich aż trzy medale? – Widać przede wszystkim, że ma inną technikę, niż pozostali zawodnicy z Polski. Potrafi wygenerować wielką moc, ale jednocześnie mam wrażenie, że Kacper może być jeszcze lepszy. Ma pewne aspekty do poprawy, jak np. szybkość w powietrzu. A prywatnie? Gdy się patrzy na niego na skoczni i poza nią, sprawia wrażenie chłodnego, robiącego wiele rzeczy z zimną krwią. Takiego człowieka, który w ogóle nie jest zestresowany i nie okazuje emocji, które mogą paraliżować. Życzę mu wszystkiego najlepszego – mówi nam Prevc, który nie ukrywa, że wielkie sukcesy, które osiągnął w niedawno zakończonym sezonie, to też wynik przemiany, która zaszła w nim jakiś czas temu.
– Zrozumiałem, że są rzeczy w życiu, które można zmienić. Wybrać innych przyjaciół, ludzi dookoła siebie, z którymi spędzasz sporo czasu. Wystarczyło, że trochę zmieniłem środowisko, w jakim się obracam. Ale to nie dzieje się z dnia na dzień. To raczej był proces, który trwał przez ostatnich pięć czy sześć lat. Mocno pracowałem nad sobą, naprawdę. Chciałem być najlepszą wersją samego siebie. To takie stopniowe dochodzenie do punktu, w którym przekonanie o własnych umiejętnościach przenosi się na wyniki – opisuje Słoweniec w rozmowie z Weszło.
Prevc o spadających nartach: „Byłem zawiedziony sobą. Spieprzyłem”
Losy Domena były dość pokręcone, bo niedawno zakończony sezon to wielkie sukcesy, ale i mniej przyjemne „przygody”. Podczas mistrzostw świata w Oberstdorfie w zawodach drużynowych widzowie na całym świecie nagle zobaczyli… narty, które lecą w dół skoczni. Okazało się, że należą właśnie do Prevca. Uznano, że to właśnie Domen był winny tego zajścia, dlatego ostatecznie nie mógł oddać skoku w pierwszej serii, co skutkowało dużo słabszym wynikiem Słoweńców, którzy nie mieli szansy na medal. Drugą próbę oddał normalnie, ale to było zdecydowanie za mało.
A jak wyglądało to zajście z punktu widzenia Prevca?
– Nie zamierzam teraz narzekać na otoczenie czy złych ludzi. Byłem zawiedziony sobą. Wiesz, dlaczego? Dzień wcześniej mieliśmy zebranie ekipy i zabrałem na nim głos. Powiedziałem, żebyśmy uważali na te narty na górze, bo coś może się z nimi stać. Żebyśmy najlepiej mieli kogoś przy nich. Kiedy zobaczyłem, że lecą same na dół skoczni, po prostu pomyślałem: „No nie, spieprzyłem” – opisuje zwycięzca klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Domen Prevc w locie
Drugie zdarzenie to zawody Pucharu Świata w Lahti. Wydawało się, że Prevc zrobi coś niesamowitego, zwyciężając po raz siódmy z rzędu. Właśnie osiągnął 129 m i był najlepszy, ale chwilę później pojawiła się zadziwiająca informacja, że został zdyskwalifikowany. Powód? Zbyt duża długość nart w stosunku do wagi ciała, zabrakło mu ok. 100 g. Słoweński sztab był wściekły, ale nie dało się za wiele zrobić. My słyszymy od dobrze poinformowanej osoby, że źródłem problemu była nie najlepiej skalibrowana waga, ze względu na położenie na zbyt miękkiej nawierzchni. Sam Słoweniec dzisiaj opowiada jednak o tym wszystkim ze spokojem.
– Takie coś się zdarza. Jakiś czas temu pewnie bym to mocno przeżywał, ale wtedy, nawet niedługo po konkursie, po prostu pomyślałem: „Najważniejsze jest to, że oddałem naprawdę dobry skok” – mówi krótko.
Słoweniec lubi czytać o samurajach. A teraz realizuje kolejną wielką pasję
Gdy rok temu usiadłem z Prevcem na większy wywiad, opowiadał mi o tym, że jest dziwakiem, trochę nerdem i lubi czytać specyficzne książki, które znajduje dzięki temu, że jego mama pracuje w bibliotece. Pasjonują go np. losy samurajów i widzi w nich pewne podobieństwa do skoczków narciarskich. Teraz, jak się okazuje, Słoweniec ma nową pasję.
– Uczę się teraz do egzaminu, bo chcę zrobić licencję pilota helikoptera. Pochłaniam książki i artykuły. To rzeczy, które mogą mi się również przydać na skoczni, bo dotyczą np. aerodynamiki. Szukam też sam z siebie informacji, inspiracji, jeśli chodzi o latanie i to, w jaki sposób to wszystko działa. Jestem tego naprawdę niezmiernie ciekawy. Od lat myślałem o tym, by latać helikopterem i teraz działam w tym kierunku – opowiada człowiek, który, mimo że w tym sezonie wygrał w zasadzie wszystko, wciąż ma w sobie dużą motywację.
– Dużo osób pyta mnie o wyniki, rezultaty. Wiesz, czym są dla mnie rezultaty? Rzeczami na papierze, które pamięta się przez kilka lat, a później zapomina. Dlatego ja chcę przede wszystkim cieszyć się kolejnymi momentami i ciągle pokonywać siebie. To jest dużo ważniejsze niż konkretna odległość. Niektórzy mówią, że człowiek, który wygrał wszystko, może mieć problem ze zmobilizowaniem się w przyszłości. A ja uważam dokładnie odwrotnie. Po tym, jak wygrałeś wszystko, jest łatwiej iść dalej, ciągle się poprawiając, bo wiesz już, jak to jest pokonywać innych zimą. W kolejnym sezonie chcę skakać i przede wszystkim cieszyć się tym wszystkim. Wierzę, że za tym pójdą sukcesy – kończy Prevc.
JAKUB RADOMSKI
WIĘCEJ O SKOKACH NA WESZŁO:
- Fortuna nie sprzyja Maciusiakowi. Medalista grzmi
- Najważniejsze momenty z kariery Stocha
- Niech Kamil Stoch będzie tylko wielki [KOMENTARZ]
Fot. Newspix.pl