Niecałe 10 lat temu cały piłkarski świat przecierał oczy ze zdumienia. Oto bowiem Leicester City, które rok wcześniej cudem utrzymało się w Premier League, świętowało najbardziej sensacyjne mistrzostwo Anglii w dziejach. Słynne są historie o tym, że bukmacherzy dawali im mniejsze szanse niż na odnalezienie potwora z Loch Ness i płacono za ich triumf w stosunku 5000:1. Dzisiaj jednak po tamtej drużynie nie ma już śladu, a sen z powiek kibicom spędza brutalna rzeczywistość.
Na 11 meczów przed końcem rozgrywek w Championship Leicester nie spogląda w górę z nadziejami na walkę o powrót do Premier League. Wszyscy nerwowo śledzą raczej poczynania takich drużyn jak Oxford United, West Bromwich czy Blackburn, które zajmują miejsca w dolnych rejonach tabeli. Lisy są na 22. miejscu, a więc pierwszym spadkowym. Nie wygrali ligowego meczu od 5 stycznia, nie zanotowali czystego konta od 20 września. A na domiar złego, niezależna komisja ukarała ich niedawno sześcioma ujemnymi punktami za nieprawidłowości finansowe.
Leicester walczy o przetrwanie w Championship
W oku cyklonu znalazł się również polski bramkarz Jakub Stolarczyk. Jeszcze rok temu z dumą w oczach oraz radością w głosie opowiadał o swoich pierwszych doznaniach w Premier League. Polak pokonał do angielskiej elity długą drogę z niewielkiego Piasta Chęciny i gdy kontuzjowany był podstawowy golkiper Mads Hermansen, dostawał sporo szans od trenera Ruuda van Nistelrooya. W sumie w najlepszej lidze świata rozegrał okrągłe 10 spotkań, w tym przeciwko Liverpoolowi, Manchesterowi City czy Aston Villi.
– Jestem dumny z siebie, że wykorzystałem dość mocno ten okres, gdy byłem w bramce. Koniec końców z sezonu nie byłem zadowolony, bo to nie było to, co mieliśmy zamierzone jako zespół. Po spadku trener Marti Cifuentes nie powiedział mi wprost, że będę „jedynką”. Nawet jak już doszło do odejścia Madsa, nic mi nie powiedział (śmiech). Widziałem, że dostałem propozycję zmiany numeru na koszulce i to był wystarczająco klarowny sygnał, aby pomyśleć „dostaję szansę, aby być jedynką” – opowiadał na początku sezonu w rozmowie z TVP Sport.
Stolarczyk, o którym zaczęto nieśmiało rozmawiać w kontekście powołania do reprezentacji miał stać się jedną z twarzy nowej ekipy na King Power Stadium. Sezon nie ułożył się jednak po jego myśli, a kilka tygodni temu stracił nawet miejsce między słupkami. Zastąpił go niezwykle doświadczony i mający już 38 lat na karku Asmir Begović, mający choćby przeszłość w Chelsea. Dopiero w ostatnim spotkaniu przeciwko Norwich Polak wrócił do bramki ze względu na uraz Bośniaka.
Stolarczyk zaprezentował się dobrze broniąc choćby strzały Parisa Maghomy oraz Anisa Bena Slimane’a. Nie uchroniło to jednak jego zespołu przed kolejną rozczarowującą porażką. Obrazu nostalgii dopełniała obecność na trybunach Enzo Mareski, a więc trenera, który jako ostatni wywalczył z klubem awans do Premier League w 2024 roku. Obrazu rozpaczy z kolei protest fanów głośno domagających się przed stadionem odejścia właścicieli King Power na czele z prezesem Aiyawattem Srivaddhanaprabhą zwanym również Khun Topem.

Protest kibiców Leicester przed meczem z Norwich
Takie historie mogą chwytać za serce, bo mowa przecież o synu słynnego Vichaia, który w 2016 roku roześmiany świętował na ulicach miasta sensacyjny tytuł mistrzowski. Wielu kibiców piłkarskich, nawet tych którzy nie śledzą na co dzień Premier League, jest w stanie wymienić większość, jeśli nie całość tamtej jedenastki. Jamie Vardy, Riyad Mahrez, N’Golo Kante czy Kasper Schmeichel zawładnęli sercami setek tysięcy fanów i udowodnili, że niemożliwe nie istnieje.
Bajkowy sezon Leicester City. Z polskim akcentem
A przecież i u nas, w kraju nad Wisłą, był szczególny wątek do śledzenia tej historii, bo dobrym duchem szatni, czasem wchodzącym również na boisko był Marcin Wasilewski. Piłkarz, któremu kilka lat wcześniej zmasakrował nogę Axel Witsel ze Standardu Liege również przeżywał wielkie chwile satysfakcji i do dziś jest uwielbiany przez kibiców w środkowej Anglii.
Sukcesy oraz odbudowa klubu po przepełnionym turbulencjami okresie pod wodzą poprzedniego właściciela Milana Mandaricia sprawiły, że mimo pochodzenia z dalekiej Tajlandii fani w Leicester czuli się w obecności swojego właściciela jak w towarzystwie najlepszego sąsiada. Tym większy był ból po jego stracie, gdy 27 października 2018 roku po zremisowanym meczu z West Hamem helikopter z Vichaiem na pokładzie chwilę po wzniesieniu się w powietrze stanął w płomieniach tuż obok King Power Stadium.
W wyniku katastrofy właściciel Leicester poniósł śmierć, ale jego syn starał się kontynuować wielkie dzieło. Niedługo potem klub wybudował nowoczesny ośrodek treningowy za ponad 100 milionów funtów o powierzchni niemal 75 hektarów, z 14 pełnowymiarowymi boiskami oraz pełnym zapleczem medycznym, hydroterapeutycznym i rehabilitacyjnym. W ślad za tym poszło zdobycie pierwszego w historii klubu Pucharu Anglii oraz drugiej w historii Tarczy Wspólnoty w 2021 roku. Autorem legendarnego mistrzostwa był oczywiście Claudio Ranieri, ale to trener Brendan Rodgers dawał większe nadzieje na ciągłość utrzymania Lisów w ścisłym czubie angielskiej elity.
W sezonie 2016/17 Leicester dotarło do ćwierćfinału Ligi Mistrzów i zarobiło wówczas 92,5 miliona funtów. Zagrało również w półfinale Ligi Konferencji, gdzie odpadło po emocjonującej rywalizacji z późniejszym triumfatorem – Romą. W pamięci mamy również oczywiście starcia z Legią Warszawa w 2021 roku, gdy przy Łazienkowskiej po golu Mahira Emreliego ówcześni mistrzowie Polski niespodziewanie wygrali. Trudno w to uwierzyć, ale na przestrzeni lat 2019-2021 Leicester spędziło aż 567 dni na miejscach gwarantujących grę w Lidze Mistrzów. Cóż jednak z tego skoro dwa razy kończyło na 5. miejscu.

Brendan Rodgers w uścisku z Czesławem Michniewiczem po meczu Legia – Leicester w Lidze Europy
Tamte czasy odbijają się w klubie czkawką do dziś. Klub wydawał coraz większe pieniądze sprowadzając choćby Patsona Dakę za 23 miliony funtów, Boubakary’ego Soumare za 17 milionów czy Jannika Vestergaarda za 15 milionów. Dodatkowo, podjęto decyzję o tym, aby nie sprzedawać żadnego kluczowego zawodnika mimo ofert choćby za Jamesa Maddisona. Wcześniej finansowy tlen zapewniały bowiem odejścia takich piłkarzy jak Harry Maguire, Riyad Mahrez, Danny Drinkwater czy Ben Chilwell, na których Leicester zarobiło w sumie ponad 200 milionów. Na firmie King Power, a więc sieci sklepów wolnocłowych mocno odbiła się również pandemia koronawirusa. W tamtym okresie ruch na lotniskach był oczywiście znikomy, co sprawiło, że w 4 lata ich majątek zmalał według „Forbesa” z 5,2 miliarda dolarów do 1,7 miliarda.
W sezonie 2021-22 udało się jeszcze zająć 8. miejsce w Premier League, ale już spadek rok później był wielopoziomową katastrofą. Leicester miało wówczas siódmy najwyższy budżet płacowy w elicie i zakładało w prognozach finansowych, że zakończy sezon kwalifikacją do europejskich pucharów. W pewnym momencie tygodniówki piłkarzy wynosiły nawet… 116% dochodów klubu. Życie na kredyt trwało nadal w Championship. Klub nie renegocjował z wieloma graczami ogromnych pensji i wydawał na nie najwięcej w całej historii tej ligi – dokładnie 107 milionów funtów. Jakość składu oraz niekonwencjonalne pomysły taktyczne rodzącego się talentu trenerskiego Mareski przyniosły szybki awans, ale już wówczas pod lupę ich działania zaczęły brać finansowe organy ścigania.
Kłopoty finansowe Leicester City. Powolny upadek
Zasady PSR (Zysku i Zrównoważonego Rozwoju), a więc angielskiej wersji Finansowego Fair Play jasno mówią, że kluby w Premier League mogą w trakcie trzech sezonów zanotować maksymalną stratę w wysokości 105 milionów funtów. Leicester jeden rok w tym czasie spędziło na zapleczu elity, więc w ich przypadku ten limit zmniejszył się jeszcze do 83 milionów. Władze ligi miały już chrapkę na ukaranie Leicester jesienią 2024 roku, ale wówczas chyłkiem uciekli oni spod topora ze względu na błąd proceduralny.
Po spadku do Championship władze klubu zakładając, że kara ujemnych punktów ich nie ominie poprosiły o przedłużenie poprzedniego okresu rozliczeniowego o miesiąc. To raczej standardowa praktyka u innych, dzięki której można doliczyć ewentualne sprzedaże po zakończeniu sezonu. Liga wyraziła zgodę, a Lisy w połowie czerwca przekazały swoje miejsce w roli prawnego członka Premier League do ówczesnego beniaminka, Luton Town. Dzięki temu nie mogły zostać ukarane przez lukę w przepisach. Chodziło o to, że wówczas pozostawały już pod jurysdykcją Football League, a więc organizacją, która w Anglii zarządza Championship, League One i League Two.

Mimo wysiłków Jakub Stolarczyk nie pomógł uratować Leicester w Premier League
Zabiegi prawne nie pomogły jednak piłkarzom na boisku, bo Leicester i tak zleciało z hukiem gromadząc na swoim koncie tylko 25 punktów. To sprawiło, że w tym sezonie klub się już nie wywinął. W maju poprzedniego roku od razu po zakończeniu rozgrywek, Premier League zwróciła się do niezależnej komisji z wnioskiem o ukaranie Lisów. Klamka zapadła na początku lutego, gdy z niezbyt imponującego dorobku na zapleczu elity odjęto jeszcze sześć punktów. Liga wnioskowała nawet o 12, ponieważ w trzyletnim okresie do sezonu 2023-24 klub przekroczył próg wydatków o niemal 21 milionów funtów. A to już po odjęciu takich kosztów, jak wydatki na akademię, infrastrukturę czy drużynę kobiet, które nie są doliczane do limitu.
Klub odwołał się od decyzji, ale wielkich szans na pozytywne rozstrzygnięcia nie ma. Na miejscu ludzi na King Power Stadium bardziej obawiałbym się o to, czy kara się nie powiększy. W swoim uzasadnieniu komisja wskazała bowiem, że Leicester naruszyło przepisy jeszcze w inny sposób. Działacze nie dostarczyli bowiem rocznego sprawozdania finansowego do Premier League w wyznaczonym terminie, a komisja odrzuciła tym samym tłumaczenia klubu, że w trakcie postępowania wykazał się wyjątkową współpracą z organami kontroli.
Próby zbilansowania budżetu. Spadek za rogiem
Leicester dalej żyje w finansowym napięciu. W trzech z ostatnich pięciu sezonów, koszty wynagrodzeń klubu przekraczały przychody, a wiele mówi również sytuacja z lata poprzedniego roku. Poprzedni szkoleniowiec Ruud van Nistelrooy, który absolutnie nie poradził sobie na poziomie Premier League, został zwolniony dopiero w przeddzień nowego okresu przygotowawczego. Wszystko po to, aby koszty można było wpisać już na następny rok rozliczeniowy. To z pewnością nie ułatwiło zadania nowemu szkoleniowcowi Martiemu Cifuentesowi, który zresztą też już pożegnał się z posadą w styczniu po porażce z zajmującym 23. miejsce w tabeli Oxford United.
Klub próbuje zbilansować budżet. W trakcie sezonu na wypożyczenie odszedł choćby dużo zarabiający reprezentant Belgii Wout Faes, który gra dziś w Monaco. W Leicester liczą, że transfer czasowy zmieni się po sezonie w definitywny. Niezbyt dobrze prezentują się doświadczeni Jordan Ayew, Bobby Reid i Oliver Skipp, ale Lisy były w stanie dokonać jedynie transferów bezgotówkowych oraz wypożyczeń. Coraz większą rolę odgrywają więc młodzi gracze, tacy jak Benjamin Nelson, Divine Mukasa, Jeremy Monga czy Louis Page. Ich dobra gra mogłaby zapewne porwać trybuny i wytworzyć nową więź między kibicami a drużyną, natomiast o odbudowanie ich zaufania będzie niezwykle trudno.

Trener Leicester Gary Rowett nadal czeka na pierwsze zwycięstwo w nowej roli
Dowodem nie tylko protesty przed meczem z Norwich, ale też ogromne rozczarowanie, które wybuchło w grudniu. Wówczas klub poinformował, że w wyniku zmiany struktury płacowej nie wypłaci pracownikom wynagrodzeń przed Świętami Bożego Narodzenia. Wiadomość momentalnie przedostała się do mediów, gdyż sami ludzie z klubu pisali do gazet, że nie mają po prostu z czego kupić prezentów pod choinkę. Pieniądze pojawiły się na ich kontach pod koniec roku, ale duży niesmak pozostał. Podobnie jak po sytuacji z brakiem bonów o wartości 10 funtów na posiłek dla pracujących na meczu z Derby County stewardów.
Khun Top jesienią przez długi czas pozostawał poza klubem ze względu na zobowiązania związane z King Power oraz żałobę po śmierci królowej Tajlandii – Sirikit. W tym roku jest już mocno zaangażowany w sprawy klubu i zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. – Czuję ból i frustrację całego klubu. Sprzedaż i tak nie jest sposobem na odejście. Chcę kontynuować dzieło ojca. Muszę się upewnić, że dokończę wszystko, co tu zrobiłem, zanim zechcę odejść. Piłkarze potrzebują wsparcia kibiców i musimy zewrzeć szeregi. Wierzę, że powalczymy jeszcze o play-offy – mówił w styczniu, jeszcze zanim ogłoszono karę ujemnych punktów, choć już wówczas Leicester traciło sześć punktów do 6. miejsca.
Klub przechodzi również zmiany strukturalne. Z Leicester odeszła dyrektor generalna Susan Whelan, którą zastąpił pracujący dotychczas w obszarze finansów Kevin Davies. Pozostał natomiast mocno krytykowany przez kibiców dyrektor do spraw piłki nożnej Jon Rudkin. W środę na King Power Stadium ogłoszono z kolei przybycie nowego dyrektora sportowego Jamesa McCarrona, który dotychczas pracował jako szef do spraw rozwoju w City Group. To firma nadzorująca Manchester City, New York City czy Melbourne City. Wszystko ma spiąć w jedną całość oraz pobudzić do działania nowy szkoleniowiec Gary Rowett. To stary wyjadacz, który poprowadził drużyny w 421 meczach na poziomie Championship. Pracował w Birmingham, Millwall, Stoke City czy Oxford United.
Jego CV nie przedstawia się więc może tak ekskluzywnie jak śnieżnobiały uśmiech Rodgersa, ale w tej sytuacji taki bagaż doświadczeń może okazać się cenniejszy od złota. – Trudno jest szybko zmieniać takie rzeczy, zawodnicy również muszą wziąć na siebie odpowiedzialność i radzić sobie z takimi momentami. Znów straciliśmy gola po dośrodkowaniu i będziemy ciężko pracować, aby to zmienić – przytomnie zauważa jednak Rowett. Rok temu udało mu się utrzymać w lidze Oxford, ale dwa lata temu nie podołał zadaniu jako szkoleniowiec Birmingham. Kontrakt podpisał jedynie do końca sezonu, co uzupełnia wizerunek misji ratunkowej pełną gębą.
W 142-letniej historii klubu Leicester tylko raz grało na trzecim poziomie rozgrywek. Mimo, że ten jedyny sezon był dosyć udany, bo w 2009 roku udało się wygrać ligę i szybko wywalczyć awans, fani raczej nie tęsknią za wizytami w Hereford czy Cheltenham. Nawet w przypadku utrzymania, dalsze losy klubu stoją pod znakiem zapytania, ale cel krótkotrwały jest jasny – przetrwać. Nieważne już w jakim stylu i nieważne jak bardzo daleko od wspomnień z 2016 roku trzeba będzie się znaleźć.
Leicester nie walczy dziś o europejskie wieczory, nie śni o Lidze Mistrzów ani o kolejnych piłkarskich cudach. Walczy o coś znacznie bardziej przyziemnego, choć na King Power Stadium wciąż jednak wiszą zdjęcia Vardy’ego unoszącego trofeum czy Ranieriego uśmiechającego się spod siwych włosów i kibiców. Obaj dziś pewnie cieszą się urokami słonecznej Italii, ale z Rzymu czy Cremonese mogą pomóc klubowi już tylko ciepłymi myślami.
Niegdyś uwierzyli, że Leicester może zmienić historię i może właśnie w tym tkwi ich największa nadzieja — bo skoro raz wydarzyło się coś, co miało się nigdy nie wydarzyć, to nawet dziś, w środku chaosu i sportowego upadku, nikt nie odważy się powiedzieć, że powrót jest niemożliwy.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Doświadczony gracz Premier League zdecydował ws. przyszłości
- Piłkarz Premier League ma zakaz… podnoszenia ciężarów
- Sekret sukcesu Arsenalu. Niecodzienna premia dla trenera
fot. Newspix/FotoPyk