Polskie medale zimowych igrzysk. Część III: rosyjski szczyt i azjatyckie spadki

Sebastian Warzecha

13 lutego 2026, 16:27 • 16 min czytania 0

Polskie medale zimowych igrzysk. Część III: rosyjski szczyt i azjatyckie spadki

Kiedy wydawało się, że nic nie przebije Vancouver 2010, przyszły zimowe igrzyska w Soczi, gdzie Polacy wspięli się na absolutne szczyty swoich możliwości. Po rosyjskich igrzyskach wszystko jednak wróciło do normy… a z czasem nawet spadło nieco poniżej niej. Ostatnia olimpijska dekada nie dała nam bowiem tylu sukcesów, ile byśmy chcieli. Nadal jednak nie doszło do tego, co przeżywali fani w poprzednim stuleciu: nie było „pustych przelotów”. Jak więc wyglądały olimpijskie zmagania Polaków na ostatnich trzech zimowych igrzyskach?

Reklama

Polskie medale. Jak Biało-Czerwoni radzili sobie na zimowych igrzyskach?

CZĘŚĆ I, CZYLI OPOWIEŚĆ O PIONIERACH POLSKIEGO OLIMPIZMU ZIMOWEGO

CZEŚĆ II, CZYLI CHUDE I GRUBE LATA W POLSKIM WYKONANIU

Reklama

Najpiękniejsze igrzyska

Soczi 2014

Opowieść z drugiej części zakończyliśmy na Vancouver. Igrzyskach – wydawałoby się – wręcz idealnych. W Kanadzie zdobyliśmy sześć medali. Przyszło też drugie w historii Polski złoto zimowych igrzysk, za które „odpowiedzialna” była Justyna Kowalczyk. Cudownie oglądało się zmagania Polaków w Kanadzie – powrót do najwyższej formy Adama Małysza, walkę Justyny do samego końca i ten niespodziewany medal panczenistek.

Sześć medali zimowych igrzysk za jednym zamachem to naprawdę było dla nas coś niewyobrażalnego. Nigdy wcześniej nie zdobyliśmy ich więcej niż dwa w jednym roku. Ba, łącznie przed 2010 roku mieliśmy ich tylko osiem.

Vancouver wyznaczyło nowe standardy. Pytanie brzmiało jednak: czy nie za wysokie? Czy zdołamy jeszcze osiągnąć takie rezultaty? Rok później Adam Małysz skończył przecież karierę. Justyna Kowalczyk też nie robiła się młodsza. Najwięksi mieli powoli odchodzić.

Ale pojawili się inni. I okazało się, że Vancouver jednak nie było naszym szczytem. To był początek ataku na tenże.

Szczyt bowiem przyszedł w Soczi.

Podwójnie złoty

Sezon 2013/14 należał do Kamila Stocha. To była jego pierwsza wielka zima… choć oczywiście nie pierwszy sukces – bo też w 2013 roku, ale na początku, został mistrzem świata. Jak się okazało – to mistrzostwo, gdy „polski archanioł sfrunął do Val di Fiemme”, było tylko zapowiedzią rzeczy jeszcze większych.

Choć prawda jest taka, że nie była to zima idealna. A jej początek nie zwiastował sukcesów.

W pierwszych czterech konkursach Kamil był 37., 10., 20. i 18. Fatalnie, dużo, dużo gorzej, niż można się było spodziewać. W kraju zapanowała konsternacja, wszyscy oczekiwali przecież dużo lepszego skakania w wykonaniu mistrza świata. Potem się jednak przebudził – w kolejnych czterech konkursach był dwa razu drugi i dwa razy wygrywał.

Wielka forma? No nie do końca, bo potem znowu spad – w kolejnych ośmiu zawodach tylko dwa razy był na podium. Polacy odpuścili później skakanie w Sapporo. Zamiast tego trenowali. I to przyniosło efekt – na ostatnich zawodach przed igrzyskami, w Willingen, Kamil dwukrotnie wygrał.

Nagle stał się głównym faworytem igrzysk. A to, wiadomo, spora presja. Kamil w takiej sytuacji jeszcze nie był – na mistrzostwach rok wcześniej był jednym z kilku kandydatów do złota. Do Soczi jechał jako ktoś, kto miał zdobyć choć jedno i dać nam pierwszy od 1972 roku złoty medal w skokach.

I udało się. Podwójnie. Mało jednak brakowało, by w ogóle nie było nie tylko złota, nie tylko medalu, ale nawet występu na skoczni normalnej.

– Bałem się czy dziś wystartuję, ponieważ rano czułem się fatalnie i zastanawiałem się, czy nie zrezygnować i wyleczyć się na dużą skocznię. Na szczęście z biegiem czasu zaczęło mi się poprawiać. Poszedłem na trening, poruszałem się i osłabienie rozeszło się po kościach i jest w porządku. Być może ból głowy pojawił się w związku ze stresem, miałem stan podgorączkowy. Zmuszałem się do ruchu, żeby nie dać się chorobie i nie położyć się do łóżka. Musiałem się czymś zajmować – mówił Kamil dziennikarzom po pierwszym złocie (cytat za TVP Sport).

Przezwyciężył więc wtedy chorobę i to… w wielkim stylu. Bo na skoczni normalnej był absolutnie najlepszy – po drugim skoku od razu wpadł w objęcia kolegów, wszyscy byli pewni, że wygrał. Peter Prevc tylko zrezygnowany ni to się uśmiechnął, ni to machnął głową. Wiedział, że przegrał, że skończy ze srebrem.

W drugim konkursie – na skoczni dużej – miał za to brąz. Srebro zgarnął Noriaki Kasai. A złoto – znów Kamil Stoch.

Tyle że tym razem było znacznie bliżej. Kamil koszmarnie spóźnił wyjście z progu, ale jakoś uciągnął wystarczająco wiele metrów, by zacząć gorączkowe wyliczenia. Włodzimierz Szaranowicz i Marek Rudziński, komentujący ten konkurs, sami nie byli do końca pewni, kto ostatecznie wygra – Polak czy Japończyk.

Ale w końcu pokazała się nota Kamila. I Szaranowicz mógł krzyknąć: „TAAAAAAAAAAAAAK!”.

Kamil znowu był mistrzem. A polskie skoki dostały nie jeden, a dwa momenty, na jakie od dawna czekały.

Ze złamaną stopą

W Vancouver Justyna Kowalczyk wyrosła na najlepszą zimową olimpijkę w historii. Trzema medalami z Kanady zrównała się z dorobkiem Adama Małysza – oboje mieli po cztery krążki – ale ona miała ten najcenniejszy, a Orzeł z Wisły akurat tego nigdy w swojej przebogatej karierze nie wygrał.

Do Soczi Justyna jechała w innej sytuacji. Wciąż była wielka – sezon zaczęła nawet od wygrania sprintu w Ruce, potem było też kilka innych triumfów. Odpuściła jednak Tour de Ski, gdyż uznała, że zmieniono układ biegów na niekorzystny dla niej (chodziło o nadmiar biegów techniką dowolną). Zamiast tego pobiegła w amatorskim biegu rozgrywanym… przed finałowym etapem Tour de Ski i po tej samej trasie.

Po tym radziła sobie nieco słabiej, ale na Polanie Jakuszyckiej finalnie wygrała bieg na 10 kilometrów i to… w swoje 31. urodziny. Poza typowymi nagrodami dostała też tort, a kibice odśpiewali jej sto lat. Przydarzyło jej się jednak coś jeszcze, co finalnie dość mocno zaważyło na jej igrzyskach – doznała kontuzji stopy.

Doznała jej, dodajmy, w sposób niezwykle prozaiczny.

Przywaliła stopą o nogę stołu.

Poinformowała jednak o tym dopiero po pierwszej konkurencji już na igrzyskach – skiathlonie, w którym zajęła 6. miejsce. Może chciała nieco odjąć presji, może wytłumaczyć kibicom, jak wygląda sytuacja. W każdym razie: ogłosiła, że ma wielowarstwowe złamanie piątej kości śródstopia. Dodała jednak od razu, że nadal będzie walczyć o medale.

Więc walczyła.

I pięć dni później zdobyła złoto. Zdobyła – dodajmy – w fenomenalnym stylu. Druga Charlotte Kalla – specjalistka od 10 kilometrów techniką klasyczną – przybiegła 18,4 sekundy za nią. Trzecia Therese Johaug straciła 28,3 sekundy. To była dominacja, mimo kontuzjowanej stopy.

– Dziękuję wszystkim, którzy nie chcieli, żebym biegła, tym, którzy we mnie nie wierzyli. W ten sposób mnie zmobilizowali do walki. Powiedziałam sobie przed tym biegiem, że albo wygram, albo zdechnę na trasie. Końcówkę już praktycznie maszerowałam, nie dałam już rady biec. Cała ekipa była tam ze mną. Trener Wierietielny aż się popłakał na koniec – mówiła w TVP Sport.

Na tamtych igrzyskach wiele więcej już nie wygrała. W ostatnim biegu – na 30 kilometrów techniką dowolną – zeszła z trasy po 12 kilometrach, bo uderzyła się w kontuzjowaną stopę. I nie była już w stanie biec dalej.

Ale piąty medal zdobyła. Znów okazała się najlepsza. I została pierwszą w historii Polski osobą z dwoma złotymi medalami zimowych igrzysk. Nie na długo jednak – Kamil Stoch swoje drugie złoto zgarnął dwa dni później.

Jedna Bródka i dwa dodatkowe medale

Co jakiś czas wyskakuje gdzieś wideo z tego zwycięstwa. I zawsze doskonale się je ogląda, bo była to wspaniała jazda po lodzie, a potem oczekiwanie. Przedłużone, bo decydowały nie setne, a tysięczne sekundy. Dokładnie trzy. Jedna Bródka, jak to od razu nazwano – wzorem jednej Wenty. Przy każdym tym powrocie trudno zrozumieć tylko jedno – czemu tak często uznajemy to za sensację? Przecież Zbigniew Bródka był jednym z faworytów do medalu. Owszem, złoto było pewną niespodzianką.

Ale fakt, że stanął na podium? Bynajmniej.

Bródka właściwie od 2012 roku był w światowej czołówce. 1 grudnia 2012 roku zanotował premierowe podium w Pucharze Świata. Podium, które było efektem ciągłe rozwoju pod okiem trenera Wiesława Kmiecika. Bo Zbyszek szedł do góry, stawiając kolejne, równe kroki. Zmniejszał straty do najlepszych, stawał się coraz lepszy. Ktoś mógłby być tym zaskoczony, bo Bródka dobijał do trzydziestki, ale prawda jest taka, że na długim torze był niewyeksploatowany. Wcześniej jeździł na krótkim, mało brakowało, a zadebiutowałby na igrzyskach właśnie w short tracku.

W Turynie nie wystąpił, bo przytrafił mu się uraz łąkotki. Zresztą problemy z kolanem nawracały, obciążenia z toru krótkiego okazywały się dla stawu zabójcze. Trzeba było podjąć decyzję co robić dalej. Pomógł Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego, bo odpowiednie osoby zaproponowały Bródce przejście na długi tor. Zrobił to, zaczął przygotowywać się do igrzysk w Vancouver. Wystartował tam, ale na 1500 metrów był dopiero 27. Natomiast, jak mówił Kmiecik, było widać potencjał.

Pozostało go wydobyć.

I to się udało. Niespełna trzy lata po kanadyjskich igrzyskach, Bródka był już członkiem elity. W sezonie 2012/13 stał się najlepszym łyżwiarzem świata na 1500 metrów – wygrał klasyfikację Puchar Świata na tym dystansie. Nieco gorzej było na mistrzostwach świata (a przy okazji próbie przedolimpijskiej) w Soczi, gdzie skończył 6., ale trzeci w drużynie z Konradem Niedźwiedzkim i Janem Szymańskim. Rok później zresztą miało być w tym drugim przypadku tak samo.

Indywidualnie miał jednak skończyć wyżej.

Dobrze poszła aklimatyzacja. Gorzej – start na 1000 metrów, jego pierwszy na tamtych igrzyskach. Skończył 14., analizowali to długo z trenerem, szukając przyczyn. Inne płozy? Dyspozycja dnia? Stres? W każdym razie na treningach Zbyszek jeździł lepiej, więc uznali, że nie ma powodu do niepokoju. W dodatku przed startem na 1500 m okazało się, że wylosował świetnego rywala – Shaniego Davisa, rekordzistę świata. A potem pojechał. Na 1:45,00, czyli… dokładnie tak, jak rozpisał mu to trener Kmiecik. Taki był cel, a Zbyszek zrealizował go idealnie.

Pozostało czekać, bo stawka była niezwykle mocna. Czas poniżej 1:46.00 – zakładano, że taki da medal – przejechało ponad dziesięciu łyżwiarzy. Jednak kolejne pary przekraczały linię mety, a rywale nie wyprzedzali Bródki. Przed ostatnią pewny był medal. Jeszcze w trakcie finalnego biegu – srebro. Bo szybko stało się jasne, że Joey Mantia odstaje od Koen Verweija. Holender musiał sam sobie dyktować tempo… i zaczął stosunkowo słabo. Ale na ostatnim kółku odpalił. Na metę wjechał z czasem… 1:45,00. Identycznym jak Bródka, choć to przy nazwisku Holendra wyświetliła się przez moment jedynka.

Trzeba było jednak poczekać na dokładniejszy pomiar. Do tysięcznych części sekundy.

Chwila oczekiwania się przedłużyła. Ale warto było na nią poczekać. Bo gdy w końcu ogłoszono wyniki, to w całej hali – i całej Polsce – wybrzmiało, że zwycięzcą jest Zbigniew Bródka. O trzy tysięczne sekundy. A polskie łyżwiarstwo na tym nie poprzestało – w Soczi zdobyło jeszcze dwa medale. Brązowy w biegu drużynowym mężczyzn – dokładnie tak jak rok wcześniej na mistrzostwach świata – i srebro w tej samej konkurencji, ale u kobiet, które potwierdziły, że medal z Vancouver nie był przypadkiem.

Trzy krążki? Szczyty polskich panczenów. I szczyty polskiego sportu zimowego z sześcioma medalami w ogóle. Tak było w Soczi.

W Korei tylko skoczkowie

Pjongczang 2018

Igrzyska w Pjongczangu w 2018 roku służyły za czas pożegnań. Z olimpijskimi arenami rozstawała się przede wszystkim Justyna Kowalczyk – w Korei już bez podium, ale też nikt raczej tego nie oczekiwał. Jak okazało się z czasem – karierę kończyła tam też tak naprawdę Katarzyna Bachleda-Curuś, dwukrotna medalistka olimpijska w panczenach, a dwa lata później wyszło na to, że były to też ostatnie igrzyska jej koleżanki z drużyny, Luizy Złotkowskiej.

Powoli odchodziło wielkie pokolenie. Co prawda Zbigniew Bródka dotrwał jeszcze do igrzysk w 2022 roku, ale już bez sukcesów.

Następcy? Wiele nazwisk pojawiało się gdzieś na horyzoncie, ale w Pjongczangu nikt nie był w stanie wejść na podium, choć wysłaliśmy tam reprezentację składającą się z 62 osób – najliczniejszą w dziejach naszego udziału w zimowych igrzyskach. Do najlepszej „10” wkradła się Monika Hojnisz (6.) i biathlonowa sztafeta z nią w składzie (7., choć przez moment była realna szansa nawet na medal), Sylwia Jaśkowiec i Justyna Kowalczyk w biegowym drużynowym sprincie (7.) oraz sztafeta z nimi obiema w składzie (10.), drużyna kombinatorów norweskich (9.), Natalia Czerwonka na 1500 metrów na łyżwiarskim torze (9.) oraz sztafeta mieszana w saneczkarstwie (8.).

No i skoczkowie, rzecz jasna.

Na nich w Korei spoczywał ciężar zdobywania medali. I wydawało się, że już pierwszy konkurs – na skoczni normalnej – może być historyczny. Po pierwszej serii prowadził Stefan Hula, przed Kamilem Stochem. A potem? Wszyscy pamiętamy, co stało się potem. Przeciągany konkurs, trudne warunki, marznący Simon Ammann. I obaj Polacy tuż za podium – Kamil 4., Stefan 5. – a w efekcie wielka dyskusja o przelicznikach. Hula kilka lat później – gdy kończył karierę – mówił nam w wywiadzie:

– Reakcja po tym konkursie? Raczej panowała cisza. Smutek. Z Kamilem zresztą pojechaliśmy jeszcze na kontrolę antydopingową, jak wróciliśmy, było bardzo późno. To wszystko było dołujące. Zawodnik w takiej sytuacji wie, że dał z siebie wszystko, a los go tak potraktował… Przykre to, ale już się z tym pogodziłem.

CZYTAJ TEŻ: STEFAN HULA: „NIGDY NIE JEŹDZIŁEM NA KONKURSY ZA NIC”

Dodawał też, że pomógł mu medal w drużynie… ale nie uprzedzajmy faktów.

Bo zanim Polacy wywalczyli brązowy krążek w konkurencji zespołowej, to przyszedł konkurs na skoczni dużej. I tam w pewnym sensie powtórka: znów Polak na prowadzeniu na półmetku. Tym razem ten, po którym wszyscy tego oczekiwali – Kamil Stoch. Wysoko był też Dawid Kubacki, zajmował 5. miejsce, dając nadzieję na sprawienie niespodzianki. Ale jemu skok w drugiej serii kompletnie nie wyszedł, spadł ostatecznie na 10. miejsce (swoją drogą zajmowało je ex aequo trzech zawodników – Dawid, Peter Prevc i Ryoyu Kobayashi). Dalej, bo 15., był Stefan Hula, a 19. skończył Maciej Kot.

Wszyscy oni czekali na skok Kamila.

Najpierw jednak w wielkim stylu zaatakował Andreas Wellinger, złoty medalista ze skoczni normalnej, trzeci po pierwszej serii. Niemiec huknął 142 metry, zagroził prowadzącemu Stochowi. A gdy Kamil wylądował o 5,5 metra bliżej, wydawało się, że wszystko stracone. Do gry weszły jednak noty, przeliczniki, no i przewaga z pierwszej serii – pięć punktów. Pomierzono, policzono, dodano co trzeba było… i udało się! Stoch wygrał swoje trzecie złoto, o 3,4 punktu przed Wellingerem. Andreas nie zdobył olimpijskiego dubletu, a Kamil został dopiero trzecim skoczkiem w historii z co najmniej trzema złotami indywidualnych konkursów olimpijskich – po Mattim Nykaenenie (też trzy) i Simonie Ammannie (cztery).

Kamil Stoch. Pjongczang

Kamil Stoch świętujący złoto z 2018 roku. Fot. Newspix

A potem dołożył brąz w drużynie. Brąz, który z dzisiejszej perspektywy byłby marzeniem, a wtedy nieco rozczarował. Owszem, był historyczny, ale sezon wcześniej byliśmy mistrzami świata. W Pjongczangu na więcej nie było nas jednak stać… choć strata do drugich Niemców – gdzie w ostatniej kolejce skakał Wellinger – wyniosła ledwie 3,3 punktu. Odskoczyli jedynie Norwegowie, tamtego dnia nie do pokonania. Niemniej: był medal. Pierwszy taki, to też się ceni.

Kot czy Hula zresztą cenią go pewnie tym bardziej, że przecież krążka igrzysk nie ma na przykład Piotr Żyła, dwukrotny mistrz świata. On był wtedy w Korei, ale z piątki Polaków skakał najsłabiej. I miejsce w drużynie stracił kosztem Stefana właśnie.

Dwa medale olimpijskie ma za to Kubacki. I to zaskoczenie.

Dziwne igrzyska. I słabe

Pekin 2022

Zaskoczenie, bo na skoczków przed pekińskimi igrzyskami liczyliśmy na zasadzie „a kto wie, może coś mimo wszystko wyskaczą”. Trzeci sezon pracy Michala Doleżala w roli trenera kadry był bowiem najsłabszym za jego kadencji. Polacy na skoczniach sobie nie radzili – w całym sezonie Pucharu Świata zanotowaliśmy wówczas trzy podia: jedno Kamila Stocha w pierwszej części sezonu (3.) i dwa Piotra Żyły już po igrzyskach (3. i 2.). Bezpośrednio przed igrzyskami właściwie nikt z naszych skoczków nie dawał nadziei na medale.

Jeśli patrzyliśmy gdzieś z myślą o potencjalnym podium – to głównie na lodowiska. I to krótkie, i to długie.

I faktycznie, to tam było najbliżej. Piotr Michalski dwukrotnie był bowiem nie tyle o krok, co o włos od podium. Na 500 metrów skończył na 5. miejscu, na 1000 – był 4. Łącznie oba medale przegrał o 0,11 s! Wydawało się, że los odbiera nam to, co dał osiem lat wcześniej, gdy Bródka sięgał po złoto. Ale odbiera z nadmiarem – bo w Pekinie zaprezentować nie zdołała się na najwyższym poziomie partnerka Michalskiego, a nasza ówczesna wielka nadzieja, czyli Natalia Maliszewska. Owszem, wystartowała na 1000 metrów, ale pozytywny wynik testu covidowego zatrzymał ją w pokoju na 500 metrów, czyli jej najlepszym dystansie.

W dodatku panowało wokół tego testu wielkie zamieszanie. Pierwotnie zdawało się bowiem, że Natalia nie wystartuje, potem miała zostać dopuszczona do rywalizacji, by ostatecznie… zostać na powrót zamkniętą w pokoju. To musiało zadziałać nie tylko na formę fizyczną, ale i psychiczną. Maliszewska się na tamtych igrzyskach po prostu po tym już nie pozbierała i trudno jej się dziwić.

Inne medalowe nadzieje? Niewielką była Maryna Gąsienica-Daniel i nasza alpejka pojechała slalom gigant naprawdę dobrze – zajęła 8. miejsce. Short trackowa sztafeta była z kolei 6., a Aleksandra Król-Walas trafiła w ćwierćfinale na gigantkę snowboardu, czyli Ester Ledecką, no i tę rywalizację przegrała. Na tym samym etapie u mężczyzn odpadł Oskar Kwiatkowski.

Tyle że gdy rozgrywano większość tych konkurencji… to mieliśmy już medal.

Brąz Dawida Kubackiego wpadł bowiem przy pierwszej okazji – 6 lutego, dwa dni po ceremonii rozpoczęcia igrzysk. Wpadł, dodajmy, absolutnie niespodziewanie. Kubacki był przed igrzyskami w słabej formie, nikt nie oczekiwał po nim cudów. Owszem – i w jego przypadku, i jeśli chodzi o Żyłę czy Stocha, powtarzano, że to klasowi zawodnicy, mogą zaskoczyć. Do tego padało niezmienne „skocznia normalna rządzi się swoimi prawami”. Ale naprawdę trudno było wierzyć.

Po pierwszej serii wierzyliśmy, ale… w Stocha. Trzykrotny mistrz olimpijski zajmował 3. miejsce na półmetku zmagań. Kubacki był dopiero 8., ale jego strata do podium wynosiła tylko 3,2 punktu. Można było atakować. I Dawid to zrobił – skoczył naprawdę dobre 103 metry, po czym czekał i obserwował rywali. Doświadczenie już miał – w Seefeld, gdy zostawał mistrzem świata, był na miejscu dla lidera przez zdecydowaną większość drugiej serii. I już na nim został.

W Pekinie nie stał tam do końca. Ale po skoku Daniiła Sadriejewa został. Podobnie jak po próbie Constantina Schmida. Wyprzedził go jednak piąty po pierwszej serii Manuel Fettner, notujący sezon życia. Ale Jewgienij Klimow nie dał rady. W końcu przyszła kolej na Kamila Stocha. Gdyby Polak wskoczył na prowadzenie – mielibyśmy medal. Każdy inny scenariusz zakładał czekanie… i trzeba było jeszcze chwilę poczekać. Druga próba Kamilowi, niestety, nie wyszła. Wypadł poza podium.

Dawid Kubacki

Dawid Kubacki ze swoim brązowym medalem na podium. Fot. Newspix

Gdy jednak chwilę później blisko skoczył też Peter Prevc, zaczęliśmy odczuwać ekscytację. Słoweniec miał jednak nad Kubackim nieco przewagi. Więc znów: kalkulatory, karteczki, dokładne obliczenia. I długie – tak się wtedy zdawało – oczekiwania. A po nim finalny werdykt: Pero przegrał z Kubackim! O pół punktu. Tyle zdecydowało o tym, że Polska miała medal. Brązowy, bo Ryoyu Kobayashi był tamtego dnia nie do zatrzymania. Ale to się nie liczyło – ważniejsze było to, że skoki nawet w kryzysie i tak dały nam olimpijskie podium. I to Kubacki, który przecież przed wylotem do Pekinu walczył z koronawirusem.

Potem przyznawał, że taki okres w domu, spokojnego treningu i zebrania myśli, mógł mu nawet pomóc. Bo wyszło, że po nim wyskakał sobie brąz.

Jeśli czegoś na tamtych igrzyskach szkoda – to skoczni dużej. Tam 4. był Kamil Stoch. Tuż za podium, a medal w Pekinie byłby pięknym podsumowaniem tej olimpijskiej kariery.

Ale nie można mieć wszystkiego. Choć akurat Pekin wiele nam nie dał – bo stanęło tylko na tym jednym, brązowym medalu. Pierwszy raz w XXI wieku nie wywalczyliśmy co najmniej dwóch krążków, a po szczytach polskiego zimowego olimpizmu z Vancouver i Soczi nie zostało w tamtym momencie nic.

W Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo już jest lepiej – mamy srebro, też w skokach. A czy zdobędziemy więcej medali? Przekonamy się w najbliższych dniach.

Czytaj więcej o igrzyskach olimpijskich na Weszło:

Fot. Newspix

0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Reklama