Manchester Hood. Zabiera bogatym, a rozdaje biednym

Patryk Idasiak

26 stycznia 2026, 14:44 • 7 min czytania 3

Manchester Hood. Zabiera bogatym, a rozdaje biednym

Czy Manchester United mógłby w tym sezonie walczyć o mistrzostwo Anglii? Gdyby nie zaczytywał się w średniowiecznych angielskich legendach ludowych, to pewnie tak. W końcu potrafi sobie poradzić z tymi najmocniejszymi. Problem rodzi się wtedy, gdy przychodzi grać z drużyną, z którą po prostu trzeba wygrać. Manchester jest doskonałym dryblerem okoliczności i z łatwością kiwa kibiców.

Reklama

Przyjęło się w kulturze i legendach, że Robin Hood był szlachetnym rozbójnikiem, ponieważ zabierał coś bogatym, żeby oddać to biednym. Oczywiście w najbogatszej lidze świata aż głupio kogoś nazwać per biedny, skoro najgorszy w lidze Wolverhampton jest w stanie wydać blisko 50 milionów funtów na Tolu Akodare i Jorgena Stranda Larsena, a to i tak nie są wszystkie transferowe wydatki.

Przyjmijmy, że chodzi tu po prostu o tych biednych punktowo. Wilki przez 18 kolejek miały na koncie tylko dwa oczka. A potem pojechały na Old Trafford, gdzie wyrwały remis. Manchester United był wtedy świeżo po ograniu Newcastle United, mającego przecież ogromny potencjał i występującego w Lidze Mistrzów. Ten mecz rozpoczął serię Robin Hooda. Tylko że tutaj nastąpiła odwrotna kolejność – najpierw rozdał biednym wszystkie swoje oszczędności, a dopiero później okradł bogatych, żeby wyjść na zero.

Reklama

Nikt tak nie zaskakuje jak Manchester United

Weźmy kilka wyników z tego sezonu. Manchester pokonał:

  • Arsenal (3:2) – obecnego lidera Premier League
  • Manchester City (2:0) – obecnego wicelidera Premier League
  • Chelsea (2:1) – piątą drużynę w tabeli
  • Liverpool (2:1) – szóstą drużynę w tabeli
  • Newcastle (1:0) – dziewiąty zespół w lidze, ale to uczestnik Ligi Mistrzów

Nawet możemy się cofnąć i do pierwszej kolejki ligi angielskiej. Wówczas Arsenal wykorzystał tak naprawdę jeden stały fragment, a Manchester United oddał aż 22 strzały (siedem celnych) i zmarnował wiele dogodnych szans na zapisanie na konto punktów. Wywalczyć nie udało się ani jednego.

A tych rywali Czerwone Diabły nie ograły:

  • Leeds United (1:1) – 16. zespół w tabeli
  • Nottingham Forest (2:2) – 17. zespół w tabeli
  • West Ham United (1:1) – 18. zespół w tabeli
  • Burnley (2:2) – 19. zespół w tabeli
  • Wolverhampton (1:1) – 20. zespół w tabeli

Wygląda to dość absurdalnie, żeby nie powiedzieć, że niedorzecznie czy komicznie, ale Manchester United oddał punkty całej najgorszej ligowej piątce. Gdyby pojechać jeszcze palcem po tabeli odrobinę wyżej, to są tam Crystal Palace, Tottenham i Bournemouth. Z dwiema tymi ekipami też zdarzyło się zremisować. Tak więc – patrząc na obecną sytuację – Manchester rozdał punkty drużynom znajdującym się na 13., 14., 16., 17., 18., 19., oraz 20. miejscu.

Historia Robin Hooda doczekała się licznych adaptacji. To postać, którą kojarzy chyba każdy. Jest szeroko omawiana i reprezentowana w literaturze, filmie, serialach telewizyjnych. Należałoby nakręcić jeszcze jedną wersję do tych wszystkich już znanych i nieznanych – ubrać fikcyjnego bohatera w czerwony szalik, czerwoną czapkę i stworzyć serial o Manchesterze United 2025/26. To doprawdy niesamowite, że gubiąc tyle punktów z całkowitym dołem tabeli Manchester bije się o awans do Ligi Mistrzów.

Był jeszcze słynny mecz z Evertonem

Punkty rozdawane najsłabszym to jedno. W tym sezonie przytrafił się jeszcze mecz, który miał scenariusz tak nierealistyczny, że gdyby zgłosić go na casting, to zostałby odrzucony za zbyt patetyczny i niewiarygodny nawet w kontekście filmu familijnego, gdzie dalej przechodzi pomysł, w którym pies strzela gola na wagę mistrzostwa szkoły.

24 listopada Manchester United grał u siebie z Evertonem. W 13. minucie z boiska wyrzucony został Idrissa Gueye, ponieważ spoliczkował kolegę z drużyny (!). Michael Keane opierniczył go za to, że praktycznie wystawił piłkę Bruno Fernandesowi. Za tę uwagę niespodziewanie dostał z liścia. Omal nie doszło do kuriozalnej bójki. Senegalczyk został ukarany za głupotę wykluczeniem, a Manchester United, grając przy tym na Old Trafford, dostał prezent. Miał 80 minut na grę w przewadze jednego zawodnika.

A później sensacyjnie w 29. minucie Kiernan Dewsbury-Hall zrobił to:

Jordan Pickford wykonał kilka interwencji. Zwłaszcza niesamowicie odbił piłkę po strzale Joshuy Zirkzee, ale wbrew pozorom – wcale nie miał jakoś dużo roboty. Skończył mecz z sześcioma obronami. Zespół (jeszcze wtedy) Rubena Amorima bił głową w mur. Zęby bolały od ich gry pozycyjnej, a przecież akurat w ofensywie Manchester jest jedną z lepszych ekip w tym sezonie i gdyby na 26 stycznia 2026 roku zerknąć w statystyki, to ma najwięcej oddanych strzałów (371) i najwięcej celnych (128). Jest więc najbardziej kreatywną drużyną ze wszystkich. Przeciwko Evertonowi nastąpił jednak blackout. Prąd wysiadł.

Szczerze mówiąc, było to trochę surrealistyczne przeżycie. Ten obraz sektora gości pozostanie w mojej pamięci do końca kariery. Widok ich, gdy strzelałem gola, tyle wariujących rąk. To było niesamowite uczucie… – mówił później autor bramki i trudno mu nie przyznać racji, że było to surrealistyczne. Manchester zgubił trzy punkty, które w zasadzie wszyscy mu dopisali po czerwonej kartce Gueye.

8 punktów więcej i byłaby walka o mistrza

Czerwonym Diabłom brakuje do liderującego Arsenalu aż 12 punktów. To raczej nierealistyczna liczba, żeby włączyć się do walki o tytuł, ale wystarczyłoby pokonać przynajmniej czterech outsiderów i można by było w tej bitwie trochę aktywniej uczestniczyć.

Przeanalizujmy jeszcze mecze, w których Manchester United tracił punkty.

  • z 1:0 na 1:1 z Fulham – Emile Smith Rowe trafił w 72. minucie; Bruno Fernandes zmarnował na początku karnego
  • porażka 1:3 z Brentford; Bruno Fernandes zmarnował karnego na 2:2

  • Manchester prowadził z Nottingham 1:0, dał sobie wbić dwie bramki i wyrwał potem remis 2:2
  • ten sam scenariusz – Manchester prowadził z Tottenhamem 1:0, dał sobie wbić dwie bramki i wyrwał potem remis 2:2
  • z 1:0 na 1:1 z West Hamem; nic nie zwiastowało tego gola
  • przedziwne starcie z Bournemouth, w którym Manchester prowadził 2:1, przegrywał 2:3, walnął dwa gole na 4:3 i wydawało się, że wygra, a skończyło się na 4:4

  • z 1:0 na 1:1 z Wolverhampton, które miało dwa punkty w tabeli
  • kolejny dziwny mecz, w którym wydawało się, że Manchester odrobił straty z 0:1 na 2:1 z Burnley, ale dał sobie wbić gola na 2:2 (jedyny celny strzał rywali)

Tak właściwie klub z Old Trafford wyrwał punkty tylko w pierwszym meczu przeciwko Burnley, gdy Bruno Fernandes wykorzystał karnego w 97. minucie i przeciwko Tottenhamowi, kiedy to Matthijs de Ligt trafił na 2:2 w 96. minucie. Tylko, że tutaj trudno to jednoznacznie klasyfikować jako odwrócenie losów spotkania, bo przecież Czerwone Diabły długo prowadziły, a w samej końcówce dały sobie wbić dwa gole.

No i wyróżnia się jeszcze powrót ze stanu 0:1 na 2:1 przeciwko Crystal Palace. Tak poza tym Manchester zdecydowanie częściej wypuszcza z garści punkty, które powinien sobie – przynajmniej według przebiegu meczu – już dopisać.

Manchester jest przewidywalny w swojej nieprzewidywalności

Wnioski są takie, że w meczach Manchesteru United nie ma nic pewnego. Jeśli coś  normalnie by się nie wydarzyło, to w spotkaniu tej drużyny nie można tego wykluczyć, a nawet należy to zakładać. Kiedy wreszcie po 25 strzałach uda się trafić do bramki przeciwnika, to wcale nie jest powiedziane, że nagle nie przechyli on wajchy w drugą stronę i nie zacznie atakować. Dziwnie oglądało się na przykład starcie na Old Trafford, w którym to mające dwa punkty Wolverhampton w pewnym momencie dominowało, a kluczową interwencję na wagę zdobycia oczka zaliczył Senne Lammens.

Tak samo mogło się wydawać, że nie da się stracić punktów z Burnley, a więc drużyną, która przez prawie 70 minut nie oddała celnego strzału. Tym bardziej, że wcześniej odrobiłeś stratę po samobóju, a twój krytykowany napastnik walnął dublet. Nic, tylko się napędzić i utrzymać prowadzenie. A tu jedyny celny strzał rywali spowodował remis.

Bruno Fernandes, pewniak z jedenastek, na początku sezonu zmarnował dwa rzuty karne, które też inaczej ułożyłyby przebieg spotkań z Fulham czy Brentford.

Zupełnie inaczej to wygląda w drugą stronę. Bo przecież każdy normalny człowiek raczej zakładał, że kiedy Liverpool wreszcie przez cały mecz dążył do wyrównania i to się udało, to zaraz przechyli szalę na swoją stronę. Nie ma tak łatwo. Harry Maguire uciszył Anfield golem na 2:1. Albo kiedy Tottenham dwa razy trafił w kilka minut – z 0:1 na 2:1. Mathijs de Ligt też miał inny pomysł niż zwycięstwo przeciwnika.

„To już było” – mógł pomyśleć kibic Premier League, kiedy to Mikel Merino wcisnął piłkę do siatki z bliska na 2:2. Piłkarze Arsenalu szybko wrócili na swoją połowę, bo wiedzieli, że muszą iść po kolejną bramkę, to ich napędziło. A tu dostali gonga od Matehusa Cunhi. I było to przewidywalne w całej tej nieprzewidywalności Manchesteru United.

CZYTAJ WIĘCEJ O PREMIER LEAGUE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

3 komentarze

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń

Najnowsze

Polecane

Cyrk wokół powołań na Igrzyska. PKOl zmienił decyzję PZN

Jakub Białek
2
Cyrk wokół powołań na Igrzyska. PKOl zmienił decyzję PZN
Reklama

Piłka nożna

Reklama
Reklama