Świątek znów gorsza od Gauff. Ale to nie był zły mecz

Sebastian Warzecha

10 stycznia 2026, 12:21 • 3 min czytania 6

Czy Iga Świątek zagrała zły mecz? Niekoniecznie. Czy Coco Gauff mimo tego ją pokonała, a wynik wygląda – łagodnie rzecz ujmując – mało ekskluzywnie? To się akurat zgadza. Świątek po raz czwarty z rzędu przegrała z Amerykanką. W efekcie o losach meczu Polska – USA rozstrzygnie starcie miksta.

Świątek znów gorsza od Gauff. Ale to nie był zły mecz
Reklama

Iga Świątek pokonana. Coco Gauff znów lepsza

Znalazła Coco Gauff sposób na Igę Świątek – taki był wniosek z 2025 roku. Owszem, pierwsze z tych trzech wspomnianych już zwycięstw to rywalizacja w WTA Finals 2024, ale to była dopiero druga w karierze wygrana Coco nad Igą. Trzeba było poczekać, przekonać się, czy taki stan rzeczy się utrzyma. Wyszło, że tak. Gauff wygrała potem z Polką w… United Cup, tyle że wtedy w finale. A później również w turnieju w Madrycie, gdzie Igę – przeżywającą chyba najgorszy czas w całym sezonie – po prostu rozbiła.

Jak więc wcześniej to Świątek ogrywała Coco, tak teraz role się odwróciły.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: WIELKA WYGRANA HURKACZA! POLAK LEPSZY OD FRITZA

Obie przystępowały do dzisiejszego spotkania, doskonale o tym wiedząc. I obie też od początku dawały show. Piłka latała po korcie nieprawdopodobnie wręcz szybko, wymiany były grane w szalonym tempie, a i Coco, i Iga nastawiły się na atak. Już w pierwszym gemie Gauff broniła czterech break pointów. Skutecznie. Z kolei w trzecim to ona przełamała Polkę. Świątek – standardowo – brakowało nieco regularności w swoich gemach, jej serwis był szarpany, często ratowała się drugim, a wtedy Amerykanka mogła przyłożyć na returnie.

Stąd to przełamanie, które jednak Iga… odrobiła. Od stanu 1:4 wróciła do 4:4. Niewiele to jednak dało, bo seta przegrała po kolejnych dwóch gemach. Trzeba było jednak przyznać, że była to partia niezwykle wyrównana, grana na znakomitym poziomie. Różnice były minimalne, ograniczały się głównie do tego, kto wygrywał te najważniejsze punkty – gdy trzeba było bronić lub wykorzystać break pointy. Gauff była w tym lepsza, a ta „lepszość” wynikała też z tego, że po prostu była bardziej regularna.


Coco fantastycznie się broniła, biegała po całym korcie, zmuszała Igę do atakowania po raz drugi, trzeci, czwarty. Świątek z kolei nadal – co było jej zmorą rok temu – nie jest aż tak równa w dłuższych wymianach, potrafi popełnić błąd. I te jej się zdarzały, znacznie częściej niż Coco. Ale – biorąc pod uwagę poziom tego meczu – i tak nie były przesadnie częste. Po prostu było ich na tyle, że zdecydowały o losach pierwszego seta… i przebiegu drugiej partii.

Bo w niej Gauff od razu zyskała przewagę. A potem ją powiększała. 1:0, 2:0, 3:0, 4:0, 5:0. Dopiero wtedy Idze udało się wygrać gema, a kolejny był, znów, fantastycznym pokazem tenisa z obu stron. Iga obroniła trzy piłki meczowe, Coco musiała się ratować przed break pointami. I nie wyratowała się. Zrobiło się 2:5 i to był kolejny dowód na to, że Polka naprawdę w tym meczu nie odstaje. Walka trwała bowiem do samego końca… czyli następnego gema.

W nim Coco ponownie zaatakowała i udało jej się doprowadzić do czwartego match pointa. Jak się okazało – po wyrzuconym przez Igę backhandzie – ostatniego w meczu.

W gruncie rzeczy dziwne było to spotkanie. Bo można w grze Igi znaleźć sporo pozytywów. Równocześnie jednak – to porażka, Coco znów była lepsza i nie udało się zamknąć starcia z Amerykanami. O tym, kto awansuje do finału, ostatecznie zdecyduje mikst, bo wcześniej Hubert Hurkacz pokonał po dwóch tie-breakach Taylora Fritza.

Iga Świątek – Coco Gauff 4:6, 2:6

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie:

6 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama