„Smoki” znowu zieją ogniem. FC Porto zamierza odzyskać tron

Michał Kołkowski

10 stycznia 2026, 15:05 • 15 min czytania 2

Kiedy o sile Borussii Dortmund stanowił tercet Lewandowski – Błaszczykowski – Piszczek, losy tego klubu interesowały polskich kibiców prawie tak samo, jak występy reprezentacji kraju. Sergiusz Ryczel komentował spotkania BVB w Lidze Mistrzów z taką ekscytacją, na jaką Dariusz Szpakowski czy Mateusz Borek pozwalają sobie wyłącznie przy okazji największych triumfów Biało-Czerwonych. Czy „polskie trio z Porto” wzbudzi podobne emocje jak „polskie trio z Dortmundu”? Zapewne nie, ale transfer Oskara Pietuszewskiego i tak stanowi wdzięczny pretekst, by zacząć się jeszcze bliżej przyglądać ekipie „Smoków”. Zwłaszcza że sezon 2025/26 jest dla zespołu z Estádio do Dragão naprawdę udany.

„Smoki” znowu zieją ogniem. FC Porto zamierza odzyskać tron
Reklama

I niemała w tym zasługa Jana Bednarka oraz Jakuba Kiwiora. Ale Porto to przecież nie tylko polskie akcenty.

Kryzys FC Porto. Upadek prezesa, głośny proces lidera ultrasów

Wiadomo, nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, a drużyn piłkarskich najlepiej przesadnie nie komplementować przed zakończeniem sezonu, ale już teraz można stwierdzić z całą stanowczością, że Porto uczyniło gigantyczny krok naprzód względem poprzednich rozgrywek.

Reklama

W sezonie 2024/25 „Smoki” zawiodły bowiem właściwie na wszystkich frontach. Latem udało im się wprawdzie sięgnąć po Superpuchar Portugalii, ale potem było już tylko gorzej, gorzej i gorzej. FC Porto zakończyło ligowe zmagania dopiero na trzecim miejscu, z jedenastopunktową stratą do lidera (po tytuł sięgnął osierocony przez Rubena Amorima Sporting). W Pucharze Portugalii ekipa z Estádio do Dragão wyleciała za burtę już w czwartej rundzie, niespodziewanie położona na łopatki przez Moreirense. Natomiast w Pucharze Ligi Portugalskiej nowy klub Oskara Pietuszewskiego został zastopowany przez Sporting na etapie półfinału. Tak więc klapa na wielu polach.

To może chociaż w europejskich pucharach FC Porto spisało się lepiej? Otóż nie. „Smoki” przedarły się do play-offów Ligi Europy, to fakt, ale tam nie dały rady Romie. A przegniłą wisienką na tym nieapetycznym torcie okazały się Klubowe Mistrzostwa Świata, w których portugalska drużyna poległa już fazie grupowej. Nie wygrała ani jednego spotkania – zremisowała bezbramkowo z Palmeiras, podzieliła się punktami również z Al-Ahly (4:4), no i dostała w łeb od Interu Miami (1:2).

Całe to pasmo niepowodzeń dobrze podsumowuje ligowy dwumecz Porto z Benficą. W obu starciach „Orły” zatriumfowały 4:1. Miazga.

Benfica celebruje gola w starciu z Porto

Dla Porto był to trzeci sezon z rzędu zamknięty bez mistrzowskiego tytułu, a zarazem drugi zakończony poza ligowym TOP 2. A to już oznacza poważne zmartwienia natury finansowej, ponieważ działacze „Smoków” przy planowaniu budżetu zawsze mocno liczą na wpływy z Champions League. Zresztą sytuacji w gabinetach również należałoby w tym momencie poświęcić kilka słów. Ostatecznie w kwietniu 2024 roku po przeszło czterdziestu latach (!) Jorge Nuno Pinto da Costa przestał sprawować funkcję prezesa klubu. W wyborach zwyciężył André Villas-Boas, który dawniej święcił na Estádio do Dragão sukcesy jako trener.

To czas przełomu. Musimy być gotowi na nowe otwarcie – zapowiedział nowo wybrany prezes. Jednocześnie dziękując poprzednikowi za wszystkie sukcesy, jakie drużyna osiągnęła pod jego przywództwem, na czele z dwoma Pucharami Europy i dwudziestoma trzema tytułami mistrzowskimi.

Dlaczego prezes o takim dorobku sromotnie poległ w wyborach?

– Ludzie zostali nakłonieni do głosowania przeciwko mnie. Wymierzoną we mnie kampanię przygotowywano przez dwa lata. Moi przeciwnicy wiedzieli o moich ruchach, bo niestety w klubie znaleźli się ludzie, którzy grali na dwa fronty i wynosili wszystkie informacje. To była wojna na wyniszczenie. A do tego jeszcze „Operação Pretoriano” i aresztowanie Fernando Madureiry… Próbowali powiązać go z zarządem FC Porto, co też nam nie pomogło. Dlatego przegrałem. Teraz mnie to już nie martwi, a nawet czuję ulgę, że mam już to wszystko za sobą. Przez kilkadziesiąt lat chodziłem spać zestresowany, bo zawsze były jakieś problemy, które musiałem rozwiązać. Teraz nie mam już tych zmartwień. Jestem bardziej zrelaksowany – opowiadał wtedy Pinto da Costa w rozmowie z  Inês Simões.

Wspomniana akcja portugalskich służb mundurowych – „Operação Pretoriano” – została wymierzona w ultrasów FC Porto, grupę Super Dragões. W ramach operacji aresztowano dwanaście osób, w tym Fernando Madureirę (ps. „Małpa”), owianego złą sławą lidera grupy, a także jego partnerkę. Mężczyzna został skazany na trzy lata i dziewięć miesięcy pozbawienia wolności za agresywne zachowania, jakich dopuścił się podczas Walnego Zgromadzenia w 2023 roku. Madureira bił i zastraszał uczestników spotkania, występując ze swoimi kumplami w roli – de facto – najemników Pinto da Costy.

Ich celem było „nakłonienie” socios, by wprowadzili do statutu zmiany umacniające władzę prezesa. Stary lis da Costa już wówczas zadawał sobie bowiem sprawę, że opozycja rośnie w siłę i chciał zdusić zagrożenie w zarodku.

Koniec końców osiągnął jednak efekt odwrotny od zamierzonego i faktycznie między innymi z tego powodu przerżnął wybory do wiwatu.

– Był to jeden z najczarniejszych dni w historii FC Porto. Brak wstydu, brak skrupułów – podsumował z goryczą Villas-Boas.

FC Porto w nowej odsłonie. Niełatwo było zaufać trenerowi

Pinto da Costa zmarł 15 lutego 2025 roku w wieku 87 lat. Ciężko chorował, spodziewał się śmierci. – Na pogrzebie nie chcę nikogo ubranego na czarno! – apelował stanowczo. – Ma mnie żegnać tłum ludzi ubranych na niebiesko. To kolor nieba, kolor Matki Boskiej i kolor FC Porto.

Jego ostatnie życzenie zostało wysłuchane.

No, jedno z dwóch ostatnich życzeń. Portugalczyk poprosił również swoich bliskich, by jego prochy trafiły do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, ale zdaje się, że opiekunowie tego pielgrzymkowego ośrodka nie wyrazili na to zgody i trudno będzie ich namówić do zmiany zdania.

Tak czy owak, klub pożegnał go z wszelkimi honorami, co rzecz jasna nie dziwi – za jego kadencji Porto sięgnęło po prawie 70 trofeów, w tym wszystkie najcenniejsze. Ale prawda jest taka, że Pinto da Costa pozostawił klub w dołku sportowym, wizerunkowym i organizacyjnym. A na domiar wszystkiego z ekipą „Smoków” po sezonie 2023/24 rozstał się trener Sérgio Conceição, który pracował na Estádio do Dragão od 2017 roku i zdobył trzy tytuły mistrzowskie oraz cztery Puchary Portugalii. W sezonie 2024/25 André Villas-Boas nie zdołał znaleźć dlań godnego następcy. Vítor Bruno (wcześniej asystent Conceição) wyleciał ze stołka po siedmiu miesiącach fatalnych rezultatów, a Martín Anselmi został zwolniony po wspomnianym już wcześniej, katastrofalnym występie na Klubowych Mistrzostwach Świata.

Villas-Boas, chybiając dwukrotnie przy zatrudnianiu trenerów, zaliczył jako prezes pierwszy minus u fanów „Smoków”.

Z jeszcze większą zgrozą kibice Porto przyjęli zatem wiadomość o tym, kto zastąpi na ławce trenerskiej Anselmiego. 6 lipca 2025 roku nowym szkoleniowcem Porto został bowiem 36-letni Francesco Farioli, który dopiero co w niebywałych okolicznościach przerżnął rywalizację o mistrzostwo Holandii jako trener Ajaxu. Jego podopieczni w sobie tylko znany sposób roztrwonili na samym finiszu ligowych zmagań dziewięciopunktową przewagę nad PSV Eindhoven i ostatecznie uplasowali się na drugim miejscu w tabeli. Niedługo potem Włoch ustąpił ze stanowiska. – Zarząd i ja mamy te same cele, ale inne wizje i ramy czasowe dla ich osiągnięcia. Różnice są fundamentalne, dlatego uznałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie zakończenie współpracy – oznajmił Farioli.

Można było mieć więc uzasadnione wątpliwości, czy włoski trener zdoła wyciągnąć Porto z niemałych przecież tarapatów.

Jasne, w jego CV znajdowało się kilka ciekawych wpisów:

  • przemierzył rzadko uczęszczaną ścieżkę od trenera bramkarzy do głównego szkoleniowca
  • był członkiem sztabu Roberto De Zerbiego w Benevento i Sassuolo, wiele się nauczył od obecnego trenera Olympique’u Marsylia
  • zbierał świetne recenzje za pracę w lidze tureckiej i wykręcanie tam wyników powyżej oczekiwań z przeciętnymi zespołami
  • uczynił z OGC Nice rewelację rundy jesiennej sezonu 2023/24 w Ligue 1 – jego drużyna imponowała zwłaszcza postawą w defensywie (co nie uszło uwadze polskich kibiców, bo Marcin Bułka notował wtedy we Francji jedno czyste konto za drugim)

Niemniej, trudno było postrzegać Fariolego jako gwaranta sukcesu i trofeów, zwłaszcza po tej nieszczęsnej końcówce sezonu w Ajaksie. No a przecież Porto nie mogło sobie pozwolić na jeszcze jeden spartolony sezon – choćby z uwagi na coraz bardziej napiętą sytuację finansową klubu. Dlatego trener zwrócił się bezpośrednio do targanych wątpliwościami kibiców: – Mamy dziś wiele wspólnego i myślę, że naszą wspólną historię musimy zacząć od przezwyciężenia bólu, którego doświadczyliśmy w poprzednim sezonie. Jeśli chcecie, byśmy stali się lepsi, byśmy przekroczyli własne ograniczenia – zaufajcie mi – zaapelował.

Francesco Farioli

Zgodnie z przewidywaniami, w trakcie obozu przygotowawczego do sezonu 2025/26 nowy trener Porto solidnie dokręcił zawodnikom śrubę. „Intensywność” stanowi bowiem słowo-klucz, jeśli chodzi o piłkarską filozofię Fariolego. Choć w Amsterdamie włoski trener udowodnił, że potrafi być taktycznie elastyczny – nie wzbraniał się przed głęboką defensywą, jeśli tego wymagały okoliczności.

– To wymagający szkoleniowiec. Odsuwa od składu graczy, którzy nie są w stanie sprostać jego oczekiwaniom. Potrafi być jednak wyrozumiały i oferuje piłkarzom kolejne szanse. Jeśli podniosą swój poziom, są wynagradzani. Aczkolwiek w Ajaksie spotkała go krytyka za przywiązanie do wyjściowej jedenastki mimo napiętego terminarza. […] Farioli dzieli skład na graczy „podstawowych” i „finiszerów”, którzy mają dawać drużynie zastrzyk energii w końcówkach. Dlatego Brian Brobbey, który strzelił tylko cztery gole w Eredivisie, był niezmiennie graczem wyjściowego składu, podczas gdy Wout Weghorst – autor dziesięciu bramek w lidze – regularnie występował jako zmiennik – analizował Paul Winters.

Jak się okazało, takiego szkoleniowca – o jasno sprecyzowanej wizji, wysoko zawieszającego poprzeczkę piłkarzom – potrzebowały „Smoki”.

Porto idzie jak burza. Ale czy utrzyma tempo?

André Villas-Boas nie ukrywa, że pierwsze miesiące piastowania stanowiska prezesa Porto były dla niego kolosalnym wyzwaniem. Na klub sypały się kolejne smutne informacje – w 2025 roku odszedł nie tylko Pinto da Costa, ale też Jorge Costa (triumfator Ligi Mistrzów z 2004 roku, dyrektor techniczny klubu; doznał ataku serca w ośrodku treningowym) i Diogo Jota (urodzony właśnie w Porto). Natomiast za kulisami toczyła się walka o utrzymanie klubu na powierzchni.

– Dokonaliśmy gruntownej restrukturyzacji klubowych finansów – tłumaczył prezes, cytowany przez Portal dos Dragões. – Jako organizacja, znajdowaliśmy się w krytycznym położeniu. Gdy objąłem stanowisko, mieliśmy piętnaście dni na spłatę 15 milionów euro zaległości. Pół roku na uregulowanie 115 milionów euro. Klub był poważnie zagrożony, bardzo pomogli nam socios. Dopiero po ugaszeniu tych pożarów, mogliśmy dokonać jednych z najbardziej znaczących operacji finansowych dla portugalskiego futbolu. Z pewnością nasze działania znajdą naśladowców w Sportingu i Benfice. Sprzedaż 30% naszych praw komercyjnych – ten zastrzyk gotówki uratował FC Porto. Pozwolił mu zachować formę stowarzyszenia. To był najważniejszy cel, który od początku nam przyświecał.

– Na szczęście towarzyszą mi prawdziwi profesjonaliści, którzy oddali Porto serce. To oni sprawili, że wdrożyliśmy plan naprawczy w momencie, gdy brakowało kapitału. Dzięki zaangażowaniu socios uzbieraliśmy 15 milionów euro na spłatę zaległości względem pracowników i piłkarzy. To był najtrudniejszy moment. Nie chcieliśmy dopuścić do kolejnych aktów przemocy. Możemy być z tego dumni, choć to wciąż za mało, bo chcemy zwyciężać – zapewnił Villas-Boas.

No i na razie Porto – w istocie – zwycięża. Bez ustanku.

W lidze ekipa z Estádio do Dragão zatriumfowała jak dotąd w szesnastu spotkaniach. Jeden mecz (na szczycie z Benficą) zakończył się bezbramkowym remisem. Po nim zresztą Jan Bednarek zasłynął ze słów, że mało ambitni rywale przyjechali tylko po remis. Porażki w portugalskiej ekstraklasie? Zero. Jak gdyby tego było mało, „Smoki” po siedemnastu kolejkach mają na koncie zaledwie cztery (!) stracone gole. Podobnie jak wcześniej w Nicei i w Amsterdamie, Farioli priorytetowo potraktował kwestię uszczelnienia formacji obronnej i znowu na tej płaszczyźnie spisał się znakomicie. Dopiero co Porto kończyło z trzydziestoma straconymi bramkami w 34 seriach spotkań. Różnica jakościowa jest więc ewidentna.

Jan Bednarek w barwach FC Porto

W tych okolicznościach nie może dziwić, że Jan Bednarek i Jakub Kiwior zbierają w Portugalii tak pochlebne recenzje.

Środkowi obrońcy z Polski są w tej chwili liderami Porto. Kluczowymi zawodnikami. Choć, kiedy oglądam mecze, dochodzę do wniosku, że mocno się od siebie różnią. Bednarek jest bardziej fizyczny, wydaje się typem lidera. A Kiwior jest znakomity piłkarsko. To pod tym względem najlepszy zawodnik Porto. Mało tego, ja bym nawet powiedział, że to być może na ten moment najlepszy gracz całej ligi, choć oczywiście ciężko go porównać np. do Vangelisa Pavlidisa, napastnika Benfiki, który w tym sezonie strzela jak nakręcony. Kiwior jest niemal perfekcyjny: rzadko fauluje, praktycznie nie dostaje żółtych kartek. Gdy zanosi się na zagrożenie, najczęściej to on odzyskuje piłkę albo ją wybija – mówił na naszych łamach Goncalo Batista, portugalski dziennikarz.

No a teraz Farioli ma jeszcze do dyspozycji Thiago Silvę. 41-latek, który niedawno dołączył do zespołu, kluczowej roli zapewne wiosną nie odegra, ale ze swoim olbrzymim doświadczeniem niewątpliwie przyda się włoskiemu trenerowi jako zmiennik albo gracz łatający dziury w przypadku kontuzji lub pauz za kartki.

– Mamy w składzie piłkarza starszego ode mnie, ale moje podejście do wszystkich zawodników jest jednakowe. Jestem po prostu sobą. Moje przywództwo opiera się na nienegocjowalnych elementach. One sprawiły, że jesteśmy takim, a nie innym zespołem. Jestem bardzo bezpośrednim człowiekiem. Jeśli coś mi się nie podoba, staram się to naprawić. Ale kiedy to nie przynosi efektu, szukam nowych rozwiązań. Najważniejsze, to budować relacje z piłkarzami w sposób uczciwy i przejrzysty. Zawodnicy doceniają to znaczenie bardziej niż sztuczne uśmiechy i poklepywania po plecach – przekonuje Farioli w wywiadzie dla „O Jogo”.

36-latek przyznał, że czasami korzysta z rad… Villasa-Boasa, który przecież także ma spore doświadczenie trenerskie:

– To nietypowa sytuacja. Prezes ma zdecydowanie największą wiedzę piłkarską spośród wszystkich przełożonych, jakich miałem w karierze. Jego dokonania trenerskie mówią same za siebie. […] Ja jestem osobą, która lubi słuchać i zdobywać wiedzę. Przykład: po jednym z pierwszych meczów prezes powiedział mi, że jego zdaniem Samu Aghehowa nie może stać przy bliższym słupku w kryciu strefowym po rzucie rożnym. Przeanalizowałem to i wdrożyłem tę wskazówkę. Samu już nigdy więcej się tam nie znalazł. Lubię kreować środowisko otwarte na współprace i wsłuchuję się w dobre rady – kontynuuje Włoch.

Oskar Pietuszewski w FC Porto. Co go czeka wiosną?

Teraz zadaniem Fariolego i jego podopiecznych będzie utrzymanie zabójczego tempa w drugiej części sezonu. No a dotychczas drużyny Włocha miały z tym niemałe problemy. Jego OGC Nice w rundzie rewanżowej zaczęło notorycznie gubić punkty w Ligue 1, a Ajax na finiszu zmagań w Eredivisie – jako się rzekło – totalnie spuchł.

– Nasze defensywne statystyki są imponującego. Ale to nie tylko dlatego, że dobrze się ustawiamy w polu karnym. Wynika to też z faktu, że atakujemy w określony sposób, wymagający cierpliwości w budowaniu akcji. Kluczem jest też koordynacja i synchronizacja ruchów między poszczególnymi zawodnikami w pressingu. […] Ostatnio po meczu w samolocie oglądałem jedną z niewielu szans, do jakich dopuściliśmy rywala. I widziałem, jak dwóch zawodników rzuca się, by zablokować uderzenie, a kolejnych czterech czy pięciu stara się zasłonić światło bramki. Ten wysiłek i poświęcenie są najważniejsze – podkreśla Farioli na łamach „O Jogo”. – Ale za rekordy na półmetku rozgrywek nie przyznaje się trofeów. Na razie nie mamy jeszcze żadnych powodów do świętowania.

Wiosną Porto czeka rywalizacja na trzech frontach. O utrzymanie przewagi w lidze (w tej chwili „Smoki” wyprzedzają Sporting o siedem, a Benficę o dziesięć punktów), o jak najlepszy wynik w Lidze Europy (drużyna jest na dobrej drodze do zajęcia miejsca w TOP8 fazy zasadniczej) oraz o triumf w Pucharze Portugalii (w ćwierćfinale Porto zmierzy się z Benficą). Ekipa dowodzona przez Fariolego odpadła już z Pucharu Ligi, to jedno z jej niewielu potknięć w bieżącej kampanii.

O defensywie już mówiliśmy, natomiast pod bramką przeciwnika szaleją Samu Aghehowa (wcześniej znany jako Omorodion), Gabri Veiga, Rodrigo Mora, Pepe, Borja Sainz czy William Gomes. Ten pierwszy ma już na koncie 19 bramek we wszystkich rozgrywkach (w 25 meczach). Pozostali też regularnie strzelają bądź asystują.

Tabela rozgrywek dostarczony przez Superscore

 

Że Jan Bednarek i Jakub Kiwior odegrają w nadchodzących miesiącach ważną rolę w układance Fariolego, możemy być zatem spokojni. Pytanie – co z Oskarem Pietuszewskim, który w zimowym oknie transferowym dołączył do drużyny z Estádio do Dragão? Cóż, portugalskie media ze zdecydowanie większą uwagą obserwują poczynania Thiago Silvy, choć transfer wychowanka Jagiellonii Białystok również wzbudził pewne poruszenie wśród dziennikarzy z Półwyspu Iberyjskiego.

Z tego, co słyszę, on może dostać dość szybko szansę w pierwszym zespole, ale przebić się do pierwszego składu na boku pomocy będzie mu naprawdę ciężko. Porto ma na bokach trzech bardzo dobrych zawodników: Pepe, Williama Gomesa i Borję Sainza. To oni rozpoczynają mecze od początku. Wydaje mi się, że Oskar w tym momencie może być traktowany jako zawodnik numer cztery na skrzydło. Jeżeli wyróżni się od początku, jego pozycja będzie rosnąć, ale nie będzie mu na pewno łatwo dobić do poziomu tej trójki. Pepe i Gomes lepiej czują się na prawej stronie, a Sainz na lewej – tłumaczy cytowany już wcześniej Goncalo Batista.

Portugalczyk o Pietuszewskim: Będzie mu ciężko o pierwszy skład

Wspomniany Pepe (28-letni skrzydłowy, nie mistrz Europy z 2016 roku) wypowiedział się o Pietuszewskim z sympatią, ale raczej bez wielkiej wiary w to, że 17-latek przebojem wtargnie do wyjściowego składu „Smoków”. – Od razu widać, że to bardzo wesoły, spontaniczny chłopak. Nie mam wątpliwości, że drzemie w nim bardzo duży potencjał. Na pewno będzie się tutaj rozwijał i wkrótce zyskamy kolejnego zawodnika, który pomoże nam na boisku.

Oskar Pietuszewski

Z drugiej strony, jedną z najważniejszych postaci Porto w bieżącym sezonie jest Victor Froholdt – środkowy pomocnik rodem z Danii, tylko o dwa lata starszy od Pietuszewskiego. Portugalczycy ściągnęli go latem z Kopenhagi za 20 milionów euro, a Farioli natychmiast obdarzył go stuprocentowym zaufaniem. – Nasz zespół skautów odkrył go zanim uczyniły to największego kluby Europy. Od początku byliśmy blisko niego, jego rodziców i agenta. Na szczęście przekonaliśmy go do transferu do Porto. A negocjacje nie były łatwe, bo Kopenhaga zdawała sobie sprawę, że ma w rękach diament – zaznaczył z dumą prezes Villas-Boas.

Jeśli Pietuszewski sprosta wymaganiom trenera „Smoków” co do intensywnej pracy w wysokim pressingu, z pewnością otrzyma wkrótce minuty w meczach o stawkę. Farioli zapewnia bowiem, że wyciągnął wnioski z dawnych potknięć i ma zamiar rotować składem, by nie wypompować zespołu.

Stąd zresztą zimowe uzupełnienia kadry.

– Aspekt przygotowania fizycznego jest kluczowy – deklaruje trener Porto. – Pod tym kątem dobieramy nowych zawodników i rozwijamy tych, którzy już tu są. Mamy obsesję na tym punkcie, bo widzę kierunek, w którym zmierza futbol. W każdym meczu biegamy więcej od przeciwnika. Czasami pokonujemy go o trzy, a czasami o pięć, a niekiedy nawet i osiem czy dziewięć kilometrów. A to już tak, jakby się grało w przewadze jednego piłkarza. A kiedy jeszcze masz w drużynie Victora [Froholdta], twoja wydajność zdaje się niesamowita. Ale na te wyniki pracuje cała drużyna. Zawodnicy z linii ataku mocno pressują, a kiedy trzeba się wycofać, pracują bez piłki. Dlatego wierzę w rotację składu. Wszyscy piłkarze muszą być świeży i gotowi do rywalizacji. 

Wygląda więc na to, że sezon 2025/26 będzie dla Porto przełomowy, a wyczekiwany powrót „Smoków” na ligowy tron jest w tej chwili więcej niż prawdopodobny. Dwóch polskich zawodników już mocno się przyczyniło do wydostania portugalskiej drużyny z dołka. Oby i trzeci dołożył do tego cegiełkę.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. NewsPix.pl

2 komentarze

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Inne ligi zagraniczne

Reklama
Reklama