Spokojnie, zaraz się rozkręci. Dla Igi to tylko początek sezonu [KOMENTARZ]

Sebastian Warzecha

23 stycznia 2025, 17:15 • 5 min czytania 78

Spokojnie, zaraz się rozkręci. Dla Igi to tylko początek sezonu [KOMENTARZ]

Różnie można przegrać. Bywa, że przeciwniczka jest za dobra i cię rozbija. Zdarza się, że to tobie po prostu w danym meczu nie idzie. A są też porażki takie, jak ta Igi Świątek, gdzie splotły się oba elementy – świetna postawa Madison Keys i falowanie formy Igi. A walka i tak trwała do samego końca, ba, Polka miała nawet piłkę meczową. Dlatego mimo wszystko piszemy: spokojnie, to dopiero początki. Sezonu i współpracy Igi z nowym trenerem. Jeszcze będzie dobrze. 

Reklama

***

Przed dzisiejszym półfinałem Igi Świątek pisałem tekst o tym, jak bardzo start tego sezonu przypomina to, co działo się w 2022 roku. Nowy trener, półfinał Australian Open po tym, jak w poprzednim sezonie namnożyły się problemy, amerykańska rywalka w meczu o finał. Można wręcz było odnieść wrażenie, że to swego rodzaju tenisowe déjà vu. Pozostawało mieć nadzieję, że jego ostatni element – trzy lata temu Iga gładko przegrała przecież z Danielle Collins – się zmieni.

Reklama

No i się zmienił. W pewnym sensie.

Bo owszem, porażka. Ale porażka po walce, po meczu, w którym do samego końca nie było wiadomo, kto awansuje do finału. Jasne, meczu, w którym Iga mogła i pewnie powinna zaprezentować się lepiej. Ale prawda Wielkich Szlemów jest taka, że właściwie każdy ma choć jeden słabszy dzień w turnieju. Aryna Sabalenka przeżyła to w ćwierćfinale, ale zdołała się z problemów wygrzebać. Iga miała taki dziś i choć była o krok, dosłownie o punkt od tego, by słabości przezwyciężyć, to się nie udało.

CZYTAJ TEŻ: TENISOWY HORROR. IGA ŚWIĄTEK PRZEGRAŁA PO NIEPRAWDOPODOBNEJ WALCE

Uważam jednak, że to mimo wszystko pozytywny występ.

***

Skąd we mnie ta pogoda ducha? Cóż, powodów jest kilka. Po pierwsze to dopiero początki współpracy Igi z nowym trenerem, a w tenisie efekt nowej miotły występuje jednak rzadziej niż w piłce nożnej. Owszem, widać było, że Polka w poprzednich rundach złapała nieco radości z gry, że próbowała też innych rozwiązań niż w poprzednich sezonach, że na pewno było to granie lepsze i skuteczniejsze niż pod koniec poprzedniego roku. Ale to tyle, bo tyle Wim Fissette mógł w tak krótkim czasie odmienić.

Naprawa tych głębszych problemów w grze Igi – choćby serwisu, który dzisiaj na pewno powinien był działać lepiej – to melodia przyszłości. Przyszłości, która, wierzę w to, nadejdzie.

Po drugie, Iga zagrała świetny turniej. Jasne, po dziś może wydawać się dziwnym, że tak piszę, ale to dopiero drugi raz, gdy doszła do tej fazy turnieju w Australii, a w ostatnich dwóch sezonach odpadała stosunkowo szybko. Do półfinału straciła ledwie 14 gemów, to doskonały wynik. A ustabilizowanie się w meczach z rywalkami, które trzeba ogrywać to podstawa tego, by myśleć o sukcesach. W drugiej połowie zeszłego sezonu Iga i z tym miewała problemy, sporo przeciwniczek teoretycznie o klasę gorszych sprawiało jej problemy. W Australii przeszła przez nie jak walec.

Po trzecie, Madison Keys zagrała mecz życia. Widziałem, lekko licząc, pewnie setkę jej spotkań i nawet w swoich najlepszych turniejach nie grała tak dobrze, jak dziś. Jasne, popełniała błędy – kto ich nie popełnia – ale wytrzymywała momenty najważniejsze, a to w tenisie podstawa i tego jej często w przeszłości brakowało. W ostatnim secie obroniła piłkę meczową. Odrobiła stratę przełamania. Ani na moment nie załamała się, gdy cały czas goniła wynik w super tie-breaku. A po genialnie wygranej przez Igę akcji, która dała Polce prowadzenie 8:7, wyciągnęła z rękawa dwa znakomite serwisy.

CZYTAJ TEŻ: MIAŁA ZASTĄPIĆ SIOSTRY WILLIAMS. DO DZIŚ WALCZY O TYTUŁ WIELKOSZLEMOWY. MADISON KEYS

Keys w dodatku to nie przeciwniczka byle jaka, która znalazła się w tym półfinale z przypadku. Już ponad 15 lat temu mówiono, że może być z niej wielka tenisistka. W finale wielkoszlemowym grała przed ośmioma laty. Pierwszy raz w półfinale w Australii – 10 lat temu. Jasne, nie ma osiągnięć Igi na koncie, ale to wciąż jedna z najlepszych zawodniczek ostatnich 10 lat i do potwierdzenia tego statusu brakuje jej właściwie tylko wygrania finału któregoś z czterech najważniejszych turniejów.

Ona grała więc mecz życia. Iga zmagała się z problemami. I co? I wszystko rozstrzygnęło się dopiero w samej końcówce.

***

To był mecz z gatunku tych, których trzeba żałować. To oczywiste. Iga pewnie spędzi trochę czasu rozmyślając o tym, co mogła i powinna zrobić inaczej. Jak i kiedy zagrać, żeby odmienić ostateczny rezultat. Czy bardziej zaryzykować, czy może wręcz przeciwnie – nieco odpuścić i pozwolić Madison popełnić błędy. Równocześnie jednak to mecz, który wlewa w serce wiele nadziei.

Bo jeśli popełniając sporo błędów, bez dobrze funkcjonującego podania i z widocznymi nerwami, w dodatku na kortach, które nigdy ci przesadnie nie leżały (za to premiują zawodniczki grające w stylu Amerykanki), walczysz do ostatnich punktów z Madison Keys w takiej dyspozycji, to znaczy, że są tu bardzo mocne podstawy do tego, by ten sezon w dalszej jego części poszedł w świetną stronę. Po prostu nie da się sądzić inaczej.

Zresztą wróćmy do 2022 roku.

Po wspomnianej porażce w półfinale Australian Open, Iga przegrała jeszcze w drugim meczu w Dubaju z Jeleną Ostapenko. A później zaczął się okres jej niesamowitej dominacji. Teraz pewnie o taką będzie trudno, rywalki w końcu już w dużej mierze nauczyły się gry Polki, do tego jest ustabilizowana na najwyższym poziomie Aryna Sabalenka. Ale i tak możemy być spokojni o to, że Iga sporo do gabloty w tym sezonie dorzuci, a i o pozycję liderki rankingu postara się zahaczyć na powrót raczej prędzej niż później.

Innymi słowy: pierwsze koty za płoty, a z pierwszej takiej porażki trzeba wyciągnąć lekcję. Tak jak trzy lata temu. Jeśli to się uda – będzie naprawdę dobrze.

SEBASTIAN WARZECHA

Czytaj więcej o tenisie:

78 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

La Liga

Barcelona drżała do końca, ale ma półfinał! Słaby Lewandowski

Jakub Radomski
11
Barcelona drżała do końca, ale ma półfinał! Słaby Lewandowski
Reklama

Australian Open

Reklama
Reklama