40-letni Edin Dzeko wciąż strzela gole w staromodny sposób

Sebastian Warzecha

17 marca 2026, 16:14 • 13 min czytania 1

Reklama
40-letni Edin Dzeko wciąż strzela gole w staromodny sposób

Edin Dzeko może sobie od dziś podśpiewywać, że „czterdzieści lat minęło jak jeden dzień”. To znaczy mógłby, gdyby znał ten serial i tę piosenkę. Bośniak pewnie jednak nie miał z nimi wiele do czynienia. Ma za to – wciąż! – mnóstwo wspólnego ze strzelaniem goli. Bo po nieudanym pobycie w Fiorentinie zszedł o poziom niżej, wracając przy tym do Niemiec. I w Schalke, walczącym o awans do Bundesligi, z miejsca stał się kluczową postacią. Sam mówił, że wybrał ten klub, bo w ostatnich latach kariery chce się cieszyć grą. To się udaje. A czy ucieszy się też z awansu?

Edin Dzeko. Bośniacki weteran nadal daje radę

Oczywistym jest, że wszyscy fani piłki nożnej kojarzą Edina Dzeko. Trudno, żeby było inaczej. Ma Bośniak w CV mistrzostwo Niemiec, ma mistrzostwo Anglii, to on zresztą strzelał bramkę na 2:2 w meczu z QPR w ostatniej kolejce sezonu 2011/12. W Wolfsburgu – lata temu – był częścią jednego z najlepszych duetów napastników, razem z Grafite.

Potem było City, potem Roma, w której też grał świetnie, a po Romie – Inter. W sumie ostatni moment, gdy typowy polski kibic mógł karierę Dzeko kontrolować, bo z Mediolanu Bośniak poszedł w końcu – mając już 37 lat na karku, to też ważne – do Turcji. Miał więc prawo zniknąć z radarów fanów.

Nie wszystkich. Ci w Turcji mogli podziwiać skuteczność Edina, który zwalniać zaczął dopiero sezon później.

Reklama

Ale kariery nie miał zamiaru skończyć. I dziś jest w Gelsenkirchen, na poziomie drugiej Bundesligi. Jest tam, bo chciał. Jest tam, bo ma cel – pomóc Schalke wrócić na należne mu miejsce. I jest tam, bo wciąż gra tak, że z miejsca stał się wartością dodaną do ekipy Die Königsblauen.

 

Edin Dzeko i Grafite. Wolfsburg

Duet, jakiego w Wolfsburgu już potem nie widzieli. Edin Dzeko i Grafite. Fot. Newspix

Reklama

A pewnie byłby i dla wielu innych. Chciał go przecież nawet Wolfsburg, mógłby więc Bośniak wrócić tam, gdzie już grał. Ale postawił na Gelsenkirchen.

I ewidentnie niczego nie żałuje.

Wejście z drzwiami

22 stycznia 2026 roku. To wtedy ogłoszono, że 39-letni Edin Dzeko trafi do Schalke 04 Gelsenkirchen. Transfer wielki, jak na możliwości finansowe i sportowe niemieckiego klubu. Biorąc pod uwagę okoliczności – porównywalny nawet do sprowadzenia Raula w 2010 roku. Jasne, Bośniak nigdy nie był aż tak cenionym graczem, jak Hiszpan. Ale Schalke 16 lat wcześniej było innym klubem.

Reklama

Wtedy miało swój sportowy status. Dziś walczy o to, by odzyskać go choćby częściowo.

A Edin Dzeko wydatnie w tym pomaga.

25 stycznia, trzy dni po transferze. Schalke przegrywa 0:2 z Kaiserslautern i gra kiepsko. W 67. minucie na boisko wchodzi Dzeko. Po 20 minutach trafia do siatki. Daje sygnał do walki. Udanej, trzy minuty później Kenan Karaman wyrównuje. S04 zdobywa punkt. Cenny, biorąc pod uwagę, jak trudny był to mecz. Dwie kolejki później Dzeko trafia dwukrotnie (po zmarnowanej wcześniej świetnej sytuacji) przeciwko Dynamu Drezno. Dopóki jest na boisku, wszystko idzie dobrze, gdy schodzi – Schalke traci dwie bramki, a z nimi też dwa punkty.

Reklama

Dzeko trafia jeszcze z Magdeburgiem (wygrana 5:3), Arminią Bielefeld (1:0) i Hannoverem 96 (2:2). W tym ostatnim meczu dostaje też czerwoną kartkę, która jednak wzbudziła nieco kontrowersji. Dostał ją przy stanie 2:0 dla Schalke, jego koledzy długo się trzymali, ale bramkę na remis stracili… w 98. minucie. Nikt jednak nie miał do Bośniaka pretensji. Wręcz przeciwnie – Dzeko jest za swój wkład niezwykle ceniony już teraz.

Bo to nie tylko gole. Ma też Bośniak trzy asysty (dwie w meczu z Holstein Kiel, wygranym 2:1), potrafi przytrzymać piłkę, rozegrać, daje sygnały do ataku, haruje na boisku, jak tylko może. Jasne, może mniej od wielu kolegów – dziś przecież zmienił mu się kod i ma już na karku 40 lat – ale nikt nie zarzuci mu braku zaangażowania.

A do tego przegląd jego bramek pozwala zobaczyć, jak wielkim napastnikiem był i nadal nim pozostaje. Z Kaiserslautern to świetne przyjęcie na klatkę piłki pod opieką obrońcy i natychmiastowy strzał z prawej nogi. Z Dynamem strzał z pierwszej piłki z prawej nogi po niskiej centrze, a potem uderzenie zza pola karnego po długim słupku. Z Magdeburgiem idealna główka, przy której obrońca nie miał z nim szans. Arminii wpakował, bo doskonal zorientował się w sytuacji i dobił piłkę po odbiciu od poprzeczki. A Hannoverowi płaskim, mierzonym strzałem po podaniu z prawej strony.

Edin Dzeko – nawet jeśli w drugiej Bundeslidze – to wciąż wielka klasa. Zresztą, przez ostatnich kilka sezonów w zasadzie udowadniał to stale.

Reklama

Dwa świetne lata, ale pożegnanie kiepskie

Gdy Edin Dzeko przychodził do Interu wydawało się, że to transfer oczywisty. W Romie Bośniak sprawdzał się świetnie przez kilka dobrych lat. Jasne, w niektórych sezonach strzelał więcej, w innych mniej – ale strzelał. Do tego poznał już Serie A, nie trzeba było wydawać na niego kroci, wnosił też doświadczenie. Miał zastąpić Romelu Lukaku, tak, ale nie być tym pierwszym, najważniejszym napastnikiem, bo w Interze był przecież Lautaro Martinez.

A Dzeko wszedł do Mediolanu i… zaczął strzelać.

Ba, nie tylko strzelać. Cofał się, rozgrywał, zaliczał asysty. Coraz częściej grał nie w linii z obrońcami, ale wychodząc bliżej pomocników, biorąc udział w grze kombinacyjnej. Wykorzystywał swoją siłę i wzrost, ale i doświadczenie, z której wynikała wizja gry. Kibice Edina bardzo polubili, choć to też nie tak, że bez uwag – bo podkreślano, że mimo wszystko jest to zawodnik wolny, mało zwrotny, mający czasem problemy z grą kombinacyjną. Efektem tego były gorsze mecze, bywa że rozmija się z bramką (w drugim sezonie w klubie miał nawet serię 19 spotkań bez gola, po czym… trafił w derbach z Milanem w półfinale Ligi Mistrzów, można i tak).

Niemniej: szanowano jego profesjonalizm. Spokój. Opanowanie. Ciągłą harówkę, bo Dzeko nigdy nie odpuszczał. Strzelał też ważne gole – genialny mecz rozegrał na przykład w Superpucharze Włoch, gdy Inter 3:0 rozbił Milan, a on trafił do siatki. Trudno nie szanować takiego zawodnika, który nigdy nie sprawiał problemów i który zawsze dawał z siebie wszystko. Zresztą, gdy już w barwach Fiorentiny, w tym sezonie, wrócił na stadion dawnego klubu, kibice zgotowali mu podziękowania po meczu.

Reklama

Takie brawa nie dziwią, bo Bośniaka zapamięta się jako gościa, który nie tyle spełnił, co przekroczył oczekiwania w sytuacji, w jakiej się znalazł. To on był jednym z architektów awansu do finału Ligi Mistrzów. Najpierw zastąpił Romelu Lukaku, gdy ten odszedł, a w drugim sezonie – kiedy Belg powrócił – często grał w jego miejsce, bo Lukaku łapał urazy. I radził sobie Edin, oj radził. Choć, oczywiście, zostanie gdzieś też ten fakt, że Inter wygrywał tytuł przed nim, wygrywał po nim, a akurat z nim w składzie się nie udało.

Były jednak dwa Puchary Włoch, trafiło się tyle samo Superpucharów, zaliczony został finał Ligi Mistrzów, choć to akurat zadra, o której czasem mówi sam Dzeko (tym bardziej, że brakuje mu tego trofeum w karierze). Jasne, czasem kibice byli na niego zirytowani, ale dziś wspominają go niemal wyłącznie dobrze. Zresztą we Włoszech – tak się zdaje – Edin ma szacunek, gdzie by się nie pojawił, bo fani przeciwnych drużyn też takich zawodników szanują. Jedyne, co w tej dwusezonowej przygodzie z Interem się nie zgadzało, to sposób jego pożegnania.

Reklama

Mówiło się, że może przedłużyć kontrakt, nie dostał jednak dobrej oferty. I Inter ostatecznie odpuścił temat, czym zaskoczony był sam Bośniak. Potem mówił, że skoro grał we wszystkich ważnych meczach i wyszedł w podstawowej „11” na finał Ligi Mistrzów, to spodziewał się dobrej oferty. A zamiast tego się z nim pożegnano.

Jak to on jednak – przeszedł nad tym do porządku dziennego. I Inter wspomina dziś z uśmiechem.

Turecka przygoda

Gdzie może trafić uznany, ale nieco starszy zawodnik, wciąż szukający gry na dobrym poziomie i walki o wysokie cele? No jasne, że do Turcji. Edin Dzeko się na to zdecydował, choć nie potrzebował przy tym przeszczepu włosów. I tak trafił do Fenerbahce. To musiał być klub, który się mu spodoba. Bo Bośniak często powtarza, że zależy mu na tym, by na stadionie panowała żywiołowa atmosfera, było głośno, by kibice byli zaangażowani.

Ale też by czuł, że o coś walczy. A Fenerbahce od ponad dekady nie wygrało mistrzostwa. I gdy Dzeko przychodził, miał być jednym z gości, którzy pomogą w jego zdobyciu.

Reklama

Tam jest gigantyczna presja na to, żeby zdobyć mistrza – mówi Filip Cieśliński, specjalista od tureckiej piłki. – Wszystkie transfery, które sezon w sezon robił poprzedni prezes, miały być na mistrzostwo. Nie inaczej było z Dzeko, choć nie był to najgłośniejszy transfer tamtego okna, bo Fenerbahce wygrało wtedy też dwie dość prestiżowe bitwy o piłkarzy – o Freda z Galatasaray i Dusana Tadicia z Besiktasem, który był już bliski ogłaszania tego transferu. Zakładano jednak, że Dzeko przyjedzie, żeby strzelać gole – tym bardziej, że jego zmiennicy nie byli przesadnie skuteczni.

Jak to wyszło? Cóż, zarówno dobrze, jak i niedobrze. Dzeko faktycznie się w Fener odnalazł i to na różnych polach, bo… z miejsca po transferze dostał opaskę kapitana. I w pierwszym sezonie faktycznie był tym kapitanem z prawdziwego zdarzenia. Profesjonalista, motywował zespół, ciągnął do kolejnych wygranych. Miał odpowiadać za strzelanie goli i robił to, ale też znacznie więcej.

– Gra Dzeko była dość mocno zaskakująca. Bo nie był egzekutorem, lisem pola karnego korzystającym ze swoich warunków. Dużo bardziej wziął się za rozgrywanie, ale też pracą bez piłki robił wiele miejsca swoim kolegom z drużyny. Mówiąc o sukcesie Edina Dzeko w pierwszych miesiącach w Fenerbahce, mówimy tak naprawdę o sukcesie całej ofensywnej czwórki, którą stanowili Dzeko, Tadic, Sebastian Szymański i Irfan Can Kahveci. Ten ostatni wcześniej nie wypalił, a gdy pojawił się Dzeko, zagrał najlepszą rundę w całej karierze. Do dziś takiej nie powtórzył – mówi Cieśliński.

Gole z pierwszego sezonu Edina Dzeko w Fenerbahce:

Reklama

Przy Dzeko wiele zyskiwał też wspomniany Szymański. Bośniak często schodził nieco do boku, a Polak wbijał z drugiej linii w pole karne i pakował piłkę do siatki. Nagle okazało się, że – choć może i wolny, bo to, jak widzicie, powtarzający się zarzut – Edin potrafi dośrodkować, rozegrać, jest w stanie momentami wcielić się w rolę czy to dziesiątki czy skrzydłowego. Generalnie – rozkwitł w tym Fenerbahce na stare lata.

Ale głównie w pierwszym sezonie. Fener z nim w roli lidera zdobyło wtedy 99 punktów. W każdym innym roku faktycznie odzyskaliby upragnione mistrzostwo. A wtedy Galatasaray nabił 102 oczka. Mistrza więc nie było, z kolei drugi rok Edina w Turcji nie był już tak dobry. Nadal strzelał, ale miewał też więcej gorszych meczów. Pojawiało się sporo krytyki, wydaje się, że nie dogadywał się też idealnie z Jose Mourinho, który objął zespół. W tureckiej prasie pisano też, że Dzeko nie jest już kapitanem całego klubu, ale zamknął się nieco w „bośniackiej” grupie, która zrobiła się wewnątrz kadry.

Fener znów nie zdobyło tytułu, a Dzeko (i Tadić) odpuścili nawet ostatni mecz. Tym bardziej znaczący, że gdyby Bośniak w nim zagrał, dobiłby do równej setki w barwach tureckiego klubu. Wyjechał jednak, a jego pożegnaniem z klubem stały się… zdjęcia ze stołówki. Dziś powtarza, że Fenerbahce to klub, wobec którego ma sporo uczucia, ale wtedy ewidentnie miał go dość. Niekoniecznie samej ekipy czy fanów – ale trenera czy zarządu zapewne już tak.

Reklama

Nie czuł też radości z gry, tak się wydaje. A dziś powtarza, że w ostatnich latach kariery na tym mu zależy. Wrócił więc tam, gdzie miał jej sporo.

W poszukiwaniu utraconej radości

Tym razem jednak na Półwyspie Apenińskim radości z gry Edin Dzeko nie odzyskał. Trafił do Fiorentiny, a tam: duże plany, fajny projekt, walka o puchary z doświadczonym trenerem, bo ekipę objął Stefano Pioli. Tyle że szatnia kompletnie się ze szkoleniowcem nie dogadywała, a wyniki były fatalne – poprawiły się dopiero ostatnio, ale już pod przywództwem innego trenera.

I bez udziału Dzeko. Ten bowiem uznał, że musi zmienić otoczenie. Jak mówił potem w wywiadzie dla „Bilda”:

– Pod koniec grudnia siedziałem w szatni po porażce z Parmą i zastanawiałem się, co dalej. Uznałem, że chcę jeszcze na koniec kariery poczuć ogień, zagrać w wielkim klubie z fanatycznymi kibicami i poczuć ekscytację związaną z jakimś wyzwaniem. Napisałem więc do Nikoli Katicia z pytaniem, czy Schalke wciąż szuka napastnika. Potem – już w rozmowach z klubem i trenerem – zastrzegłem, że nie pieniądze mnie nie interesują i odrzuciłem lukratywne oferty. Potem wszystko potoczyło się już szybko.

Reklama

Z Katiciem to o tyle ciekawa sprawa, że wcześniej transfer do Schalke polecał mu… właśnie Dzeko. Nikola to jedna z ważnych osób w tej opowieści. Inną jest Miron Muslić, trener Die Königsblauen, który niespodziewanie wyprowadził tę ekipę na prowadzenie w tabeli po rundzie jesiennej. Problemy Schalke były jednak dla wszystkich widoczne, a tym największym był brak klasowego napastnika.

Nikola Katic i Edin Dzeko

Nikola Katić, Edin Dzeko i ich gorące bośniackie głowy. Fot. Newspix

Sprowadzony za 1,5 miliona euro (a na warunki finansowe Schalke to spory wydatek) Christian Gomis kompletnie się nie sprawdza. Moussa Sylla, który dawał radę w poprzednim sezonie, w tym bywa cieniem samego siebie. Emila Hojlunda dopadł Achilles. Bryan Lasme jest w tej kadrze i od czasu do czasu dorzuci coś niespodziewanie dobrego, ale jest to na tyle rzadki widok, że zaskakuje nawet fanów Schalke. Stąd ktoś, kto zapewni bramki, był przez klub bardzo pożądany.

A po Dzeko można było tego oczekiwać. Sam Edin też bardzo chciał przejść do Schalke.

Jak mówił – odrzucił lukratywne oferty. Mógł grać gdzieś za kasę i cieszyć się emeryturą. Zamiast tego poszedł do drugiej Bundesligi, chcąc pomóc Schalke walczyć o awans. Pomogło, że znał ten stadion, że bywał na nim z Wolfsburgiem i wiedział, jaka jest tam atmosfera. Wiedział, że może tam znaleźć to, czego szuka – zaangażowanych fanów, wielkie emocje i radość z gry. Powtarzał, że nie patrzy na to, gdzie grał w karierze, a na to, co może zrobić w Schalke.

Już wiemy, że zrobić może dużo. Bo Dzeko wszedł do zespołu tak, jakby wracał tam po tygodniowym urlopie. Zaskoczył też tym, że zamieszkał w Gelsenkirchen – jednym z najbrzydszych miast Niemiec. Bo wielu piłkarzy wybiera znacznie bardziej urokliwy Duesseldorf i codzienne dojazdy.

– Przed treningiem idę na siłownię, po treningu robię jeszcze 30-minutową sesję, potem sauna, kąpiel lodowa i zajęcia z fizjoterapeutami. Gdybym jeszcze miał dojeżdżać godzinę np. do Düsseldorfu, traciłbym dziennie dwie godziny. A ja za bardzo kocham piłkę, by nie dawać z siebie stu procent – mówił. Dodawał też, że jego rodzina została we Włoszech ze względu na edukację dzieci, ale odwiedzają go od czasu do czasu. Cieszy go za to, że ma za sąsiadów kilku kolegów z klubu, w tym bliskiego przyjaciela w osobie Katicia.

Jeszcze bardziej cieszy go jednak to, jak przyjęli go fani.

Niedoceniany? Nie w Gelsenkirchen

Schalke to – pod względem liczby fanów – wciąż jeden z największych klubów w Niemczech. Stadion zawsze jest pełny, doping głośny. Dzeko powtarzał, że dla niego S04 to klub bundesligowy i powinien tam wrócić, a on chce w tym dopomóc. Fani, ewidentnie spragnieni takiego transferu, z miejsca go pokochali. Jeszcze przed pierwszymi wywiadami Edina w roli piłkarza Schalke, wykupiono 6000 koszulek z jego nazwiskiem.

Niedługo po debiucie była ich już ponad dyszka.

Widać też, że Dzeko był szczery w tym, co mówił: że szuka tej radości z gry, że po to przyszedł do Gelsenkirchen, spragniony gry dla klubu, w którym czuje, że zmierza w jedną stronę z trenerem, innymi zawodnikami i kibicami. Właściwie po każdym treningu czy meczu Dzeko z radością rozdaje autografy, pozuje do zdjęć. Zajmuje mu to nieco czasu, bo aktualnie jest najbardziej obleganym piłkarzem Schalke, ale w sumie nigdy nie narzeka.

Porównania nasuwają się tu same. Jedne to te do Raula, który też do Schalke trafił sensacyjnie, a potem – w ledwie dwa sezony – został legendą klubu. Drugie to te do Simona Terodde, który pomógł Schalke wrócić na poziom Bundesligi po spadku w sezonie 2020/21. Wiadomo, to zupełnie inna klasa piłkarska, ale podobny profil napastnika, choć Simon pewnie jeszcze bardziej żył z dobrze dostarczanych piłek na jego nogę lub głowę.

Dzeko może jednak zapisać się w historii Schalke w bardzo podobny sposób – pomagając wrócić do tej elity, do której, jak sam mówi, Die Königsblauen przynależą. Jeśli to zrobi (a Schalke nadal przewodzi tabeli), to zostanie gwiazdą tego zespołu. Nawet jeśli odejdzie po sezonie, będzie tam pamiętany na długo. A gdyby został na jeszcze rok, powalczył o kolejne bramki w Bundeslidzie, to kto wie – może czeka go nawet status legendy.

Edin Dzeko

Z uśmiechem – tak Edin Dzeko spędził ostatnich kilka tygodni. I każdemu życzymy, by tak właśnie kończył 40 lat. Fot. Newspix

Bo owszem, Dzeko ma 40 lat. Ale strzelać nadal potrafi, sam mówi, że tego się nie zapomina. Marzy o tym awansie z Schalke, marzy też, by wejść z Bośnią i Hercegowiną na mistrzostwa świata – przed nim baraże. A co dalej? Nie wie. Może koniec kariery, może kolejne lata z piłką. Mówi, że zdecyduje na bieżąco.

Jedno jest pewne: o ile zdaje się, że Edin Dzeko to piłkarz raczej niedoceniany w świecie futbolu – a ma przecież ponad 400 bramek w karierze i ponad 600 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (więcej niż tacy napastnicy jak Didier Drogba czy Sergio Aguero!) – to w Gelsenkirchen każdy ceni go za sam fakt, że zechciał tam przyjść i pomóc w walce o upragniony awans.

A każdy kolejny gol sprawia tylko, że od dziś już 40-latek ceniony jest bardziej. A i on chyba faktycznie nie mógł sobie wymarzyć lepszej przygody w takim wieku. Bo dostał pełny stadion, klub z ambicjami i jasno sprecyzowany cel.

Tego chciał na tę czterdziestkę.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Bundesliga

Bundesliga

RB Lipsk już ogłosił. Ponad 20 mln za kapitana ligowego rywala

Braian Wilma
1
RB Lipsk już ogłosił. Ponad 20 mln za kapitana ligowego rywala