Lepszy w kadrze niż w klubie. Zalewski (niech dalej) oszukuje schemat

Kamil Warzocha

28 marca 2024, 09:50 • 4 min czytania

Reklama
Lepszy w kadrze niż w klubie. Zalewski (niech dalej) oszukuje schemat

W realiach reprezentacji Polski, niezależnie od momentu w historii, zawsze mogliśmy znaleźć jakiegoś piłkarza, który nie grał na miarę swoich możliwości prezentowanych w klubie. Na szczęście nie żyjemy w średniowieczu i raczej nie trzeba już nikomu tłumaczyć, że na dobry występ składa się coś więcej niż forma sportowa. A zatem tak jak część z nas pęka na myśl o wystąpieniu przed większą publiką niż 10 osób, odejmując ciocię i babcię, tak również nie każdy reprezentant poradzi sobie z presją tworzoną przez miliony rodaków. Przyzwyczailiśmy się do tego, ale całe szczęście tego problemu nie ma Nicola Zalewski, który… wyróżnia się czymś jeszcze.

Otóż wygląda na to, że 22-latek jest uosobieniem jednego z niewielu przypadków piłkarzy, którzy grą w kadrze przekłamują swój status w klubie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie jest oczywiście tak, że Zalewski w Romie wchodzi na boisko od święta, ale 459 minuty w 2024 roku na pewno nie gwarantowały mu biletu do wyjściowego składu na baraże. Ba, w ostatnim miesiącu nasz wahadłowy nie uzbierał nawet 100 minut, a więc jakby nie spojrzeć, z każdej strony zapalała się lampka ostrzegawcza.

Mimo to Michał Probierz odważył się dać mu dwie szanse, choć Zalewski miał ku temu jedną z najgorszych pozycji wyjściowych w szerokiej kadrze na marcowe zgrupowanie.

Wiadomo, że najsprawiedliwiej byłoby stawiać tylko na zawodników, którzy mają regularną praktykę meczową. Wtedy selekcjoner ma czyste papcie i nie musi się tłumaczyć, że komuś dał kredyt zaufania na wyrost. Kiedyś Adam Nawałka robił tak choćby z Janem Bednarkiem, gdy ten siedział na ławce w Premier League. Był też okres, kiedy Grzegorz Krychowiak wciąż był ważną postacią w kadrze, mimo że w karierze klubowej zaliczał ewidentną bessę. Nie wspominając o Arkadiuszu Recy, który w Atalancie był obserwatorem, a w pewnym momencie u Brzęczka lewym obrońcą nr 1. Czy o Kamilu Grosickim, któremu wyliczaliśmy, czy aby nie za długo siedzi na ławie albo trybunach w Anglii, żeby na zgrupowaniu jeszcze coś znaczyć.

Reklama

Sięgając pamięcią do tego typu przykładów, mamy wrażenie, że selekcjonerzy nie raz, nie dwa ciągnęli jednego czy drugiego zawodnika za uszy, ale Nicola Zalewski – przynajmniej na razie – przypomina o zupełnie innej, rzadko występującej tendencji.

Można grać lepiej w reprezentacji niż w klubie, mimo deficytu minut? Ano, można. Być większym skarbem z orzełkiem na piersi niż w trykocie klubowym? Najwyraźniej tak. Nicola w meczach barażowych robił wyraźną różnicę i był cichym liderem ofensywy, czego na co dzień, pod okiem trenera De Rossiego, nie pokazuje w aż takim stopniu. Bo gdyby tak było, zapewne grałby częściej. Jasne, że we Włoszech ma konkurencję, ale akurat teraz w reprezentacji Polski na bokach boiska również jej nie brakowało.

Do rzadko grających w klubach zawsze podchodziliśmy z dużym dystansem i to się nie zmieni. Jeśli nie jesteś ważny w codziennym środowisku, jak masz unieść ciężar tak ważnych meczów jak ten z Walią o Euro 2024? W teorii to nie ma racji bytu. Ale, z drugiej strony, nie obrazilibyśmy się na wyjątki, o ile są podbite klarowną pieczątką. A tak się składa, że Zalewski ją pokazał i zaskarbił sobie zaufanie w kontekście czerwcowej wyjazdu na EURO. To znaczy: nawet jeśli 22-latek zagra do końca sezonu co najwyżej 100 minut, nie wyobrażam sobie jego nieobecności w kadrze meczowej na Francję, Holandię i Austrię. Na miejscu Probierza, po tym, co zobaczył, szedłbym w zaparte i traktował Nicolę jak piłkarza, którego problemy w klubie można zignorować.

Oczywiście życzę mu, żeby przekonał do siebie Daniele De Rossiego i grał więcej. Ale choć to dobry piłkarz, wyjątkowo wychodzę z założenia, że niestety trzeba założyć czarny scenariusz, w którym akcje Zalewskiego nie wzrosną. Rzecz jasna – czarny dla rozwoju jego klubowej kariery, nie dla reprezentacji.

Reklama

Dziś naprawdę lżej robi się na sercu z myślą, że taki zawodnik mimo wszystko daje na boisku coś, czego nie mają inni reprezentanci. I zamiast denerwować się, że tak jak kiedyś Robert Lewandowski nie przekładał formy klubowej na kadrę, pozostaje zupełnie odwrotnie życzyć, żeby udane mecze w reprezentacji wpłynęły na jego sytuację w Romie.

Takich piłkarzy, którzy biorą piłkę i jadą z rywalem na swojej stronie jest w Europie pełno, nie ma co się oszukiwać, ale Zalewski w tej postaci i z dobrym zdrowiem to wartość dla narodowych barw na wiele lat. Jeśli nie będą mogli tego powiedzieć kibice jego aktualnego klubu – trudno. My absolutnie nie będziemy narzekać, jeśli Zalewski pójdzie śladami Michała Pazdana, który kiedyś nie przyjeżdżał na Euro 2016 jako ligowy kozak z Legii, ale po przywdzianiu biało-czerwonej koszulki został ministrem obrony narodowej.

WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI:

Reklama

Fot. Newspix

Kamil Warzocha

W Weszło od początku 2021 roku. Filolog z licencjatem i magister dziennikarstwa z rocznika 98’. Niespełniony piłkarz i kibic FC Barcelony, który wzorował się na Lionelu Messim. Gracz komputerowy (Fifa i Counter Strike on the top) oraz stały bywalec na siłowni. W przyszłości napisze książkę fabularną i nakręci film krótkometrażowy. Lubi podróżować i znajdować nowe zajawki, na przykład: teatr komedii, gra na gitarze, planszówki. W pracy najbardziej stawia na wywiady, felietony i historie, które wychodzą poza ramy weekendowej piłkarskiej łupanki. Ogląda przede wszystkim Ekstraklasę, a że mieszka we Wrocławiu (choć pochodzi z Chojnowa), najbliżej mu do dolnośląskiego futbolu. Regularnie pojawia się przed kamerami w programach “Liga Minus” i "Weszlopolscy".

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Piłka nożna