Reklama

Niewiarygodny pościg Manchesteru United. Pasjonująca walka o półfinał Pucharu Anglii

Piotr Rzepecki

Autor:Piotr Rzepecki

17 marca 2024, 19:30 • 6 min czytania 10 komentarzy

Manchester United zajął w grupie Ligi Mistrzów czwarte miejsce. Z tych rozgrywek został właściwie wypluty. Liverpool z kolei tegoroczną edycję ogląda tylko w telewizji, za sprawą słabszego minionego sezonu. Ale dziś, 17 marca 2024 roku oglądaliśmy Ligę Mistrzów w angielskim wydaniu. Maksymalnie szybki, piekielnie mocny i niewiarygodnie dobry mecz na Old Trafford. Ostatecznie do półfinału Pucharu Anglii awansował Manchester United.

Niewiarygodny pościg Manchesteru United. Pasjonująca walka o półfinał Pucharu Anglii

Jakbyśmy komuś chcieli pokrótce streścić to spotkanie, to właściwie wystarczyłoby powiedzieć, że oglądaliśmy walkę bokserką, tylko w futbolowym wydaniu. Dwóch zwaśnionych zawodników, których dzieli około 50 km. Jeden reprezentuje Manchester, drugi przyjechał z miasta Beatelsów.

Jeden i drugi dali prawdziwe show. Zaprosili nas na walkę wieczoru, na dziką przejażdżkę kolejką górską, pokazali najpiękniejsze uroki brytyjskiego futbolu. Jeśli ktoś nie pokocha piłki nożnej po tym meczu, to nigdy jej nie pokocha.

Pierwszy cios wyprowadzili gospodarze. Właściwie od pierwszego gwizdka oglądaliśmy napór, nawałnicę, prawdziwe bombardowanie bramki gości. Zachwycał Marcus Rashford biegający między strefami, tutaj minął rywala, tam poszukał strzału. Błyszczał Alejandro Garnacho, bezczelnie wbiegając w pole karne rywala. Mógł podobać się też Scott McTominay, który grał swój najlepszy futbol, rozbijał ataki rywali, reżyserował grę drużyny. Cała wymieniona trójka brała udział w akcji bramkowej na 1:0. Rozpoczął atak Rashford, uderzał Garnacho, a dobijał z najbliższych metrów McTominay.

Euforia, hałas, feta na trybunach.

Reklama

Kolejne minuty płynęły, a Manchester United grał naprawdę efektowną piłkę. Nie było problemu z dominacją rywala, pokazywał się 18-letni Kobbie Mainoo, w tempo podłączali się Aaron Wan-Bissaka i Diogo Dalot. Po pół godzinie gry moglibyśmy zapytać: Dlaczego piłkarze Liverpoolu nie wybiegli z szatni?

Ćwierćfinał Pucharu Anglii. Manchester United – Liverpool 4:3 po dogrywce

Ostatni kwadrans pierwszej odsłony był w zasadzie odpowiedzią. Podopieczni Juergena Kloppa jakby stwierdzili, że wystarczy się droczyć, że już dosyć dali wyszaleć się swoim rywalom. Sygnał do ataku dał Wataru Endo. Japończyk niespodziewanie trafił na 1:1, ale gol nie został uznany, na spalonym został złapany Mohamed Salah.

Sygnał alarmowy przez graczy Manchesteru został jednak zignorowany. Liverpool się rozkręcał. Zawodnicy gości podeszli, czekali na błędy rywala i skrzętnie je wykorzystali. Najpierw bramkę wyrównującą wpakował Alexis Mac Allister, któremu piłkę wyłożył Darwin Nunez. Ale w tej akcji na największe pochwały zasługuje nie asystujący Urugwajczyk czy mistrz świata, który przepięknie przymierzył, a 21-letni Jarell Quansah. Będziemy to podkreślać na każdym kroku – piłkarz, który rok temu grał na wypożyczeniu w trzecioligowym Bristol Rovers, a dziś rośnie z meczu na mecz, zbiera lekcje od Virgila van Dijka, wygląda wprost rewelacyjnie. On zapoczątkował atak, minął kilku rywali, wbiegł jak w masło w pole karne rywala i podał do Nuneza.

Zawodnicy United nie mogli się otrząsnąć. Stracili bramkę, ale do końca pierwszej połowy pozostało kilka minut. Jaka była reakcja gospodarzy? A no taka, że wciąż grali mozolną piłkę, wyczekując na gwizdek kończący pierwszą połowę. Zanim ten jednak wybrzmiał, to drugi raz piłkę z siatki musiał wyjmować Andre Onana.

Akcja bramkowa na 1:2 to z kolei wielopoziomowa katastrofa gospodarzy. Schematyczne i niezdarne wyprowadzenie piłki, strata futbolówki przez Bruno Fernandesa i gapiostwo we własnej szesnastce. Gracze „The Reds” po przejęciu błyskawicznie zagrali do przodu, Darwin Nunez nawinął rywala, uderzył, piłkę wypluł Onana, przez co Salah z zimną krwią wpakował futbolówkę do siatki. Ta jeszcze obiła słupek.

Salah, co jeszcze bardziej musiało rozjuszyć fanów Manchesteru United, nie zdecydował się na nadmierną ekspresję. Szeroko się uśmiechnął, praktycznie nie ruszył się z miejsca, z którego wpakował piłkę do siatki, jakby pokazując, że takie gole to normalka. „Tak się to robi. Strzeliłem im już trzynasty raz w karierze”.

Reklama

Brutal Fernandes

W 57. minucie doszło do sporej kontrowersji – Fernandes (co istotne ukarany jeszcze w pierwszej części żółtą kartką) faulował dość brutalnie Dominika Szoboszlaia. Jego wślizg w nogi reprezentanta Węgier został wyceniony przez sędziego… tylko na rzut wolny. Żadna kartka, żadne pogrożenie palcem. Furę szczęścia miał Portugalczyk, który mógł zrobić rywalowi krzywdę. Ostatecznie Szoboszlai wstał, obyło się bez urazu, ale zdaniem wielu po tym faulu Fernandes murawę powinien opuścić.

Oczywiście to, że nie piszemy o grze Liverpoolu w drugiej odsłonie, nie znaczy, że goście postawili autobus. Grali przyzwoicie, akcje głównie rozprowadzał Salah, który miał przynajmniej dwie sytuacje do strzelenia bramki. Zawsze jednak chciał się dzielić, za każdym razem próbując podania, niekoniecznie samemu decydując się na skończenie akcji strzałem. Egipcjanin wytrzymał na placu 77 minut.

Erik ten Hag Time

I kiedy wydawało się, że nic, ale absolutnie nic się już nie wydarzy – Liverpool awansuje do półfinału, Manchester United przełknie gorzki smak porażki, to do głosu sensacyjnie doszli gospodarze.

Błysnął nieoczywisty bohater, bo mowa o zmienniku Antonym, wypychanym zresztą z Old Trafford. Jeśli Brazylijczyk, który kosztował Manchester United fortunę, miał zamiar dać solidny argument pracodawcy, dlaczego warto na niego stawiać, to właśnie przeciwko Liverpoolowi to uczynił. Jego gol zdobyty słabszą nogą w bardzo trudnej sytuacji, z półobrotu, podłączył „Czerwone Diabły” do tlenu. Spowodował także nieprawdopodobny zryw tej drużyny, która ze słaniającej się ze zmęczenia niezdarnej paczki, została pędzącą bestią i pożarła witający się z półfinałem Liverpool.

Choć wydawało się, że gospodarze swojego celu nie osiągną. Piłkę meczową miał bowiem Marcus Rashford, któremu dograł Christian Eriksen. Anglik koszmarnie spudłował i uderzył obok słupka, wydawało się, że zostanie antybohaterem, człowiekiem, którego najmocniej zaboli porażka z „The Reds”.

Zmierzająca piłka kilkanaście centymetrów obok słupka gości. Potężne westchnięcie na trybunach. Świadomość odwrócenia wyniku, zagrania w stylu Sir Alexa Fergusona, kiedy to zespół prowadzony przez Szkota był niemożliwą bestią w końcówkach meczu.

Te czasy… wróciły? Oczywiście Rashford to nie Rooney, a Sir Alexa jeszcze długo żaden menadżer nie będzie przypominać, ale dziś Manchester United potrafił zagrać końcówkę w swoim starym, najpiękniejszym stylu.

Choć to Liverpool trafił jako pierwszy w dogrywce (kapitalne uderzenie Harveya Elliotta), to później dwukrotnie do głosu doszli gospodarze. Najpierw kontrę wykończył wcześniej wspomniany Rashford, który zrehabilitował się za kiks w doliczonym czasie regulaminowego czasu gry. Wykończył podanie McTominaya i strzelił nie do obrony. Później z kolei, w 121. minucie, uderzył Amad Diallo, który idealnie przymierzył i wprowadził „Czerwone Diabły” do półfinału. Co zabawne, 21-latek zanim utonął w objęciach kolegów, zdjął w radości koszulkę, za co oczywiście obejrzał żółtą kartkę. Sęk w tym, że już wcześniej żółtko dostał, a więc United kończyli jednego zawodnika mniej, ale szczęśliwie dotrwali do ostatniego gwizdka sędziego.

United znów pokazało ogień, odwracając wynik w samej końcówce. Fani przeżywali horror, a my – obiektywni obserwatorzy – karmiliśmy się najlepszym meczem w 2024 roku. Tutaj nie ma miejsca na spekulacje. Spektakl w Teatrze Marzeń był dziś na poziomie kosmicznym. Takie mecze pamięta się na długo. Jesteśmy pewni, że kibice Manchesteru nie zapomną go nigdy.

Manchester United – Liverpool 2:2 (1:2) (4:3 po dogrywce)

10′ McTominay, 87′ Antony, 112′ Rashford, 120+1′ Diallo – 44′ Mac Allister, 45+2′ Salah, 105′ Elliott

WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

Urodził się dzień po Kylianie Mbappe. W futbolu zakochał się od czasów polskiego trio w Borussi Dortmund. Sezon 2012/13 to najlepsze rozgrywki ever, przynajmniej od kiedy świadomie śledzi piłkarskie wydarzenia. Zabawy z kotem Maurycym, Ekstraklasa, powieści Stephena Kinga.

Rozwiń

Najnowsze

EURO 2024

Robert Pires pochwalił Polaków za mecz z Holandią: – To była duża niespodzianka

Arek Dobruchowski
2
Robert Pires pochwalił Polaków za mecz z Holandią: – To była duża niespodzianka
EURO 2024

Janczyk z Niemiec: Reprezentacja odzyskanej radości. Polska wierzy, że można

Szymon Janczyk
1
Janczyk z Niemiec: Reprezentacja odzyskanej radości. Polska wierzy, że można

Anglia

EURO 2024

Robert Pires pochwalił Polaków za mecz z Holandią: – To była duża niespodzianka

Arek Dobruchowski
2
Robert Pires pochwalił Polaków za mecz z Holandią: – To była duża niespodzianka
EURO 2024

Janczyk z Niemiec: Reprezentacja odzyskanej radości. Polska wierzy, że można

Szymon Janczyk
1
Janczyk z Niemiec: Reprezentacja odzyskanej radości. Polska wierzy, że można

Komentarze

10 komentarzy

Loading...