Reklama

Nawrocik: Depresja to ból, mrok i pasożyt. Myślałem tylko o końcu

Autorzy:Jakub BiałekJan Mazurek

06 lipca 2023, 09:01 • 29 min czytania 67 komentarzy

Przeszedł cztery próby samobójcze. Raz znaleźli go z kablem i nożem w plecaku. Innym razem przedawkował leki. Ciął się szyjkami butelek i żyletkami. Krew lała się ciurkiem. I krzepła na przedramionach. Pokazuje blizny. Pokłute ręce. Nie spał całymi dniami. Próbował narkotyków. Pił dużo, bardzo dużo. Skłonność do alkoholizmu odziedziczył po ojcu, który jego dzieciństwo zamienił w horror. Teraz mówi, że depresja to ból, mrok i pasożyt. Dwie dekady temu potrafił czarować w barwach Lecha Poznań. Niektórzy porównywali go nawet do legendarnego Mirosława Okońskiego. Z tamtych czasów zostały mu tylko wspomnienia, którymi dzieli się na Instagramie. Damian Nawrocik we wstrząsającym wyznaniu o walce z własnymi demonami. 

Nawrocik: Depresja to ból, mrok i pasożyt. Myślałem tylko o końcu

Jak się czujesz?

Czuję się dobrze. I bawię się dobrze. Do tego bez alkoholu. Od dwudziestu miesięcy jestem abstynentem.

Bez używek zabawa jest ta sama?

Zabawy na trzeźwo musiałem się nauczyć. Otoczyłem się pozytywnymi ludźmi. Takimi, którzy nie naciskają na używki. Nie mówią: „napij się z nami”. Wszyscy wiedzą, co mnie spotkało i z czego zrezygnowałem. Alkohol pogłębia u mnie stany depresyjne. Po piciu dochodziło u mnie do zachowań drastycznych. To była pierwsza rzecz, jaką odstawiłem.

Reklama

Alkohol to depresant. 

Rzuciłem go 20 listopada 2021 roku. Pierwszym sprawdzianem był Sylwester. Dla mnie ciężki czas, świeżo po rozstaniu z eks-partnerką, też dziewczyną z Łazarza. Impreza tu na Małeckiego. Kiedyś tam palono meble, kanapy wyrzucano, policja musiała interweniować, bo pożar trawił wszystko jak w jakimś średniowieczu. Towarzyszył mi przyjaciel i jeszcze jeden kolega. Do północy fajnie się bawiłem. Wtedy jednak wyczekiwanie, odliczanie, fajerwerki, wszędzie pary się przytulają i całują, coś we mnie pękło.

Idę się napić – mówię.

Nie ma takiej opcji, będę z tobą siedział do rana i nie tkniesz ani kropli – od razu zareagował mój przyjaciel, z którym znamy się od dzieciaka.

Przetrwałem Sylwestra. Wstałem w miarę rano, o dziesiątej wyszedłem pobiegać, byłem jedynym widocznym człowiekiem na dzielnicy. Dookoła ani widu, ani słychu, nikt nie spacerował, a co dopiero biegać. Pomyślałem, że jeśli w ten dzień dałem radę, to pójdzie już z górki.

Podobno lubisz biegać o dziwnych porach. Najczęściej w środku nocy. 

Reklama

Zwykle biegam o czwartej albo piątej. Lubię mieć odbębniony trening. Poza tym czuję się wtedy najlepiej, całkiem rześki, zregenerowany po całej nocy snu, nogi nie są takie zmęczone i nabite, jak po całym dniu pracy. W środku nocy wyruszam, gdy dzieje się źle w głowie. Czy północ, czy druga w nocy: słuchawki, set, trasa. Zmęczyć się fizycznie, odciążyć psychikę. Metoda na sytuacje awaryjne. Czasami wiem, że mam dzień, kiedy mogę się rozkleić. Wtedy myślę: „u, czas na teren”.

Po czym rozpoznajesz takie dni?

Nie zdarzają się często, raz na dwa czy trzy miesiące. Natłok myśli. Przywołane wspomnienia, których nijak nie umiem opanować, choć próbuję. Wtedy muszę pobiegać albo pójść na boisko.

Wstajesz i wiesz?

Nie.

Natłok pojawia się niespodziewanie?

Nie ma reguły. Południe czy północ. Dziewiąta rano albo dziewiąta wieczorem. Jestem sam. Coś mi się przypomni. Nawet mimowolnie, bo próbuję uciec z myślami na inny tor, jak uczono mnie na terapii. Czasem jednak prostu się to nie udaje. W takich chwilach mogę być nawet zmęczony, po pracy, z bolącymi nogami, nie czuć się najlepiej fizycznie, ale wiem, że trzeba zmusić organizm do wysiłku. Na słuchawkach zawsze leci trance, jestem fanem od dwudziestu lat, dziesięć czy dwanaście godzin nieprzerwanego słuchania to u mnie norma.

Naprawdę dwanaście godzin dziennie potrafisz słuchać muzyki elektronicznej? 

Jedyna muzyka, która mnie pobudza. Aktualnie pracuję w Eindhoven jako ogrodnik, trance leci non stop przez osiem godzin roboty.

Trance zagłusza złe myśli?

Motywuje do pozytywnego myślenia i działania. Co tydzień wjeżdżają świeże sety, po sześć godzin nowej muzyki, czasami wracam do starych utworów. Muzyka i sport to najlepsze antydepresanty.

Mówisz, że umiesz bawić się bez używek. Alkohol był dla ciebie w ogóle rozrywką czy tylko pogłębiał stany depresyjne?

Zacząłem chorować cztery lata temu. Nie dopuszczałem myśli, że mam depresję. Miałem problemy ze snem. Starałem się upijać, żeby iść spać. Budziłem się po czterdziestu minutach. Pojechałem kiedyś do szpitala, wyszło mi 3,7 promila alkoholu we krwi, a rozmawiałem przytomnie jak z wami. Lekarz powiedział, że stres uniemożliwiał mi upicie się. Ciągnąłem to przez cztery miesiące. Po wszystkim wyglądałem jak siedemdziesięciolatek. Wrak człowieka. Skończyło się w szpitalu. Trafiłem na oddział psychiatryczny.

Wyszedłem, dziewięć miesięcy trwała pierwsza depresja. Wtedy wydawało mi się, że to naprawdę był hardcore. Spokój trwał niecałe dwa lata, bo druga depresja była jakieś dziesięć razy mocniejsza niż pierwsza. Doprowadziłem się do samouszkodzeń. To był taki ból, takie cierpienie psychiczne, że tylko obmyślałem plan, jak to skończyć. Jedynym hamulcem były dzieci, bo już szedłem na tory, już mierzyłem wysokość budynku, już okna wydawały mi się zaproszeniem…

Nie da się tego opisać. Kocham życie, tak ogólnie. Mam dla kogo żyć. Chcę wychować dzieci na szczęśliwych ludzi. W głowie miałem jednak takie rzeczy, że już lepiej być połamanym niż tego doświadczyć.

Pamiętasz dzień początku drugiej depresji?

Zaczęło się we wrześniu 2021 roku. Z dnia na dzień depresja nabierała na sile. Wiedziałem, że nie mogę jej pogłębiać. Musiałem odrzucić alkohol. Poczytać fora. Skorzystać z terapii i farmakologii. Nie mieć czasu na siedzenie w czterech ścianach, patrzenie w sufit i myślenie o głupotach. Zapełnić dzień od rana do wieczora. Iść do pracy. Zrobić trening. Spotkać się z pozytywnymi osobami. Odciąć się od toksyków i narzekaczy, za bardzo udziela się ich nastrój. Potem myślałem już tylko, żeby iść spać.

Gdy tylko trafiało mi się za dużo wolnego czasu, pojawiały się głupie myśli, zacząłem się izolować od ludzi, wręcz ich unikałem. Wyszukiwałem miejsca, do których nikt nie chodzi, a jak chodzi, to tylko z ciekawości, a nie żeby zostawać tam na dłużej.

W Poznaniu?

Głównie pustostany. Na przykład Robocza, tereny ZNTK.

Pustostany?

Pokażę wam, zobaczycie. 

Czułem się tam dobrze. Byłem sam. Nikt mnie nie widział. Mogłem popłakać. Posiedzieć i odciąć się od ludzi. Nikt stąd nie wiedział, że choruję. Ludzie z depresją zakładają fajne maski. Uśmiechają się. Mówię, że jest okej. Nigdy nie poznasz, że coś nie gra, chyba że ktoś na rękach ma blizny, patrzcie.

Widzimy.

Po oczach też widać. Szczególnie, gdy już idziesz w jedną stronę. W czasie pierwszej depresji pomagały mi koleżanki z czasów podstawówki. Jedna z nich miała męża z chorobą dwubiegunową: to jest tak, że jednego dnia wszystko jest w porządku, a drugiego dnia nie ma człowieka. Powiedziała mi, że jeśli zdarzy mi się sytuacja kryzysowa, naprawdę krytyczna, mam do niej natychmiast zadzwonić, niezależnie od dnia i godziny.

Po drodze do domu wstąpiłem do Biedronki. Coś zapakowałem do plecaka, usiadłem na krawężniku i zadzwoniłem do tej koleżanki. Spytała, gdzie jestem. Odpowiedziałem, że na Łukaszewicza. I, że to jest ten moment. Końcówa. Powiedziała, żebym nie ruszał się z miejsca. Kiedy przyjechały, popłakały się, oczy miałem całe czarne, bez białego.

Przed nimi siedziało już tylko ciało.

Zawiozły mnie do szpitala. Jak już wejdziesz na oddział, zamkną się drzwi, to droga bez powrotu, nie wyjdziesz. Narobiłem awantury na izbie przyjęć. Dobrze, że mnie nie wypuścili. W plecaku miałem linę, właściwie taki długi kabel, i nóż.

Chciałeś ze sobą skończyć, ale nie byłeś zdecydowany na sposób popełnienia samobójstwa. 

Nawet tego nie pamiętam. Dopiero później w ogóle sobie uświadomiłem, co miałem w plecaku. Trwał koronawirus. Na oddziale stało pięć łóżek, żadnych innych pacjentów, tylko ja i dwie kamery. Codziennie mnie odwiedzali w tych śmiesznych skafandrach. Cały tydzień byłem na lekach. Bez przerwy się pociłem. Wszystko ze mnie wychodziło. Przez dwa dni intensywnie myślałem, trzeciego dnia zacząłem czuć się dobrze i myśleć racjonalnie, leki mnie wyciszyły. Po kilku kolejnych dniach stwierdziłem, że chcę wyjść.

Byłeś gotowy na to wyjście?

Tak, po wyjściu ze szpitala spaliłem pół papierosa i zrobiło mi się słabo. Przyjechałem do domu, rzuciłem plecak, mama mnie zobaczyła, od razu usłyszała, że wychodzę.

Gdzie znowu idziesz? – zapytała.
– Przejść się, słońce świeci. 

Na ten widok uśmiechnąłem się po raz pierwszy od miesięcy.

Najbliżsi wiedzieli o twoich demonach?

Nie chciałem, żeby dzieci wiedziały, choć one widziały, co się dzieje na co dzień.

Ktoś inny?

Tylko mama dokładnie wiedziała, co mi jest. Widziała w czasie drugiej depresji, że śpię w bluzie. Zresztą rozeszło się po okolicy. Grałem na boisku. Poszedłem na zamknięty pustostan. Butelka, cięcia, nie czułem bólu, nie?

Rozbitą butelką?

Rozbitą, jechałem po rękach, żadnego bólu, nic.

Krew się lała?

No, lała się, teraz nie widać już tak śladów.

Cały czas pokazujesz blizny na przedramionach. 

To są cienkie, to są mocne, te są od szyjki, te od żyletki. Powtarzam: nie czułem bólu, tylko ulgę psychiczną. Krótkotrwałą oczywiście.

Ile trwała?

Jakieś dziesięć minut. 

I co po tych dziesięciu minutach?

Lekkie pieczenie.

Ciąłeś dalej?

Przestałem, dwie ręce poszły. W międzyczasie zgubiłem klucze do domu. Bujałem się koło sklepu. Ktoś mnie zobaczył. Akurat miałem krótki rękawek. Od razu widać. Rozeszło się.

Ktoś cię skonfrontował ze swoją wiedzą?

Mówiłem, że wywróciłem się na motocyklu.

Chyba nie uwierzyli, co?

Uwierzyli.

Twój stan pogłębiał lęk o to, że ktoś się dowie?

Bałem się, że ludzie się dowiedzą, że dzieci widziały, ale wystarczyło powiedzieć, że miałem wypadek na motorze. Później wszyscy wiedzieli. Po szyjkach stwierdziłem, że mogę jechać po ręce i w ogóle nie boli. Chodziłem więc do Rossmanna, brałem opakowanie żyletek, rany były głębokie. Chciałem więcej. Zacząłem szukać tętnicy. Miałem pochowane żyletki w różnych miejscach. U przyjaciela wypadły mi ze skarpety.

– Zaraz ci przypierdolę.
– Przypierdol, może to pomoże. 

Przegadaliśmy dwie godziny. Rozkładał ręce, starał się pomóc, choć tego nie rozumiał. Zarekwirował mi te żyletki. Nie wiedział, że mam je jeszcze w wielu innych miejscach.

Wyszedłem od niego. I znowu.

W czasie trzeciej próby samobójczej krew nie krzepła. Leciała ciurkiem.

Odjazd.

Z tym kumplem dzieli nas sto metrów. Kiedyś miałem problemy, zadzwonił do mamy, opatrzyła mi ręce, obowiązała bandażami. Jak się pociąłem, nie myłem przedramion, były całe czarne w środku, tylko pod bluzą się chowałem, tak kładłem się spać.

Ciąłeś się w domu?

Nie, na pustostanach. Dwa albo trzy razy ktoś mnie wystraszył.

Co masz na myśli?

Bezdomnych. Miałem takie pomieszczenie, gdzie sobie wychodziłem. Zły byłem, że krew mi krzepnie. Nie chciała lecieć, robiła się pianka. Usłyszałem kroki. Wiedziałem, że albo oni, albo policja, tam nikt inny nie chodzi, tylko dwa rodzaje ludzi. Oni. Pytają, co tu robię. Odpowiadam, że sobie siedzę. Znaliśmy się zresztą, dawniej przynosiłem im jedzenie.

– Siedzisz sobie?
– No, przez chwilę.
– Kogoś zabili?
– Nie.

Krew ciekła mi po ręce.

– Przestań się ciąć – mówi jeden z nich.
– Taki jesteś mądry? Sam to robiłeś, pamiętam.

Taka wymiana zdań. Poznańskie Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego mają ponad sto lat, od jakiegoś czasu są nieczynne. To wielki urbex. Jak nie znasz terenu, to w nocy wystarczy jeden fałszywy ruch, by połamać ręce i nogi, spaść w dziurę, w której nikt cię już nie znajdzie. Wystające pręty, dziury z wodą, zapadnie. Małe miasto, nie do opisania.

Kolejna próba samobójcza: przedawkowałeś leki.

To był listopad, zanim rzuciłem alkohol. Wypiłem dużo. Wziąłem tabletki nasenne. Myślałem, żeby iść na pustostany. Było zimno, bardzo zimno. Już zaczęło działać, siedziałem jeszcze w mieszkaniu, kiedy do drzwi zapukała sąsiadka z góry. Pyta się, czy mam drabinę. Nietypowa prośba. Przez piętnaście lat tylko mijaliśmy się na klatce. Powiedziałem, że nie wiem, czy jest drabina. Pyta, jak się czuję. Mówię, że słabo. Zjeżdżałem.

Poszedłem do niej na górę. Wiedziałem, że mama przyjedzie za godzinę. Nie chciałem, żeby widziała mnie w takim stanie. Usiadłem na krześle. Zapaliłem papierosa. Nie miałem siły. Położyłem się na ziemi. Nie mogłem mówić. Wezwali pogotowie.

W szpitalu leżałem nieprzytomny przez półtora dnia. Kroplówki, detoks. Powiedziałem, że nie chciałem się zabić i tylko dlatego nie zawieźli mnie do psychiatrycznego. Wypiłem alkohol, zjadłem nasenne i to wszystko. Po wyjściu wiedziałem, że coś z tym muszę zrobić. Przestałem pić. Skupiłem się na sobie. Dla dzieci. Wyjechałem do Holandii. Musiałem odciąć się od Łazarza.

Ile miałeś prób samobójczych?

Cztery.

I ani jednej więcej?

Od 20 listopada 2021 roku nie doszło do żadnej sytuacji drastycznej.

Podczas tej czwartej, najgroźniejszej… Jeśli wyszedłbym z domu, najprawdopodobniej zamarzłbym w pustostanie. Nawet nie wiem, czy bym tam doszedł.

Co czułeś po obudzeniu się w szpitalu, gdy uświadomiłeś sobie, że nie udało ci się popełnić samobójstwa?

Że to nie był jeszcze mój czas. Że to jakiś znak.

Że trzeba żyć?

Tu mi przeszkodzili na pustostanie, tu mi sąsiadka zapukała. Coś było na rzeczy, że to jeszcze nie teraz, że trzeba zawalczyć, tak to wyglądało.

Jak wyglądały twoje dni między próbami samobójczymi?

Każdy dzień był ciężki. Walka z samym sobą i myślami, psychiczny ból, nie mogłem odciąć się od pewnej myśli, cały czas siedziała mi ona w głowie. Takie mrowienie.

Mrowienie?

Z tyłu głowy. Coś mi się przełączało. W jednej chwili wiedziałem, że pójdę coś odpierdolić.

Skąd wzięła się ta depresja?

Wstrząs emocjonalny, z którym nie może poradzić sobie głowa, przeważnie jest to nagła sytuacja i tak to się zaczyna. Utrata bliskiej osoby czy pracy, każdy ma inną psychikę. Myślałem: „jak to możliwe?”. I zostałem z tym sam. Nie mogłem sobie poradzić. Nieświadomie się nakręcałem. Niby tego nie chciałem, ale nie potrafiłem się zdystansować.

Jaka to była sytuacja?

Odejście bliskiej osoby. Zawsze byłem silny. Dzieciństwo miałem ciężkie. Operacje w czasie kariery piłkarskiej też mogły mnie podłamać, ale zawsze skupiałem się na powrocie do zdrowia. Nie sądziłem, że cokolwiek może mnie złamać. Nie rozumiałem, czym jest depresja. Kiedy ważna osoba wyznała mi, że na to choruje, zlekceważyłem to słowami: „masz wszystko”.

Łatwo tak powiedzieć.

No bo jak można mieć depresję? Przecież tylko kobiety mają depresję! Dopiero później zrozumiałem wagę tego problemu. Trzeba szanować i doceniać ludzi, którzy z tym walczą. Możesz tego nawet nie wiedzieć, bo idzie ulicą, blizny poukrywane w długim rękawku, smutek utopiony w uśmiechu, a w domu zostaje sam i w głowie przeżywa piekło. Jakby mieć pasożyta w środku. Takiego, który wyżera człowieka, kawałek po kawałku, aż w końcu ten nie może tego bólu wytrzymać, więc nie sypia, nie je, nie chodzi do ubikacji, zasłania okna, znika.

Ile najdłużej nie spałeś?

Pięć dni.

Bez zmrużenia oka?

Po trzydzieści, może czterdzieści minut.

Jałowe leżenie?

Kładę się o dwudziestej trzeciej i do czwartej rano przewracam się z boku na bok. Wstaję, biorę kluczę, wychodzę. Przeważnie moje wycieczki odbywały się właśnie o tej porze.

Jak reagował organizm?

Odbiło się to na wyglądzie. Nic nie jadłem, tylko piłem, woda, soki, kawy, energetyki, strasznie chudy byłem, jak zombie. Wychodziłem w nocy, żeby nikt mnie nie widział. Wracałem bocznymi drogami, byle do domu, wykąpać się, czekać do późnej nocy, znowu w teren.

Czego się bałeś w reakcji ludzi?

Nie chciałem, żeby widzieli mnie w takim stanie. Nie zawsze możesz ukrywać swoje emocje. Powiedziałbym komuś, że mam depresję, to zareagowałby szokiem. Przecież grałeś przy pełnym stadionie, jechali cię od „kurew” i „chujów”, nigdy się nie złamałeś, a teraz niby masz depresję?! Jeśli mówi tak osoba z bliskiego otoczenia, to jak mogę zaufać tym, z którymi nie jestem tak blisko?

Jeszcze bardziej się zamykasz?

Izolujesz się.

Pomagało ci czytanie historii innych ludzi walczących z depresją?

Tak, przy drugiej depresji zacząłem się o niej uczyć. Pod wpływem emocji na Facebooku napisałem post z wyznaniem o mojej depresji. Zaczęli odzywać się do mnie ludzie z całej Polski. I nie tylko z Polski. Mówili, że chyba siedzę im w głowie, mój wpis oddawał ich przeżycia i odczucia.

Powiedziałeś nam wcześniej, że napisałeś tamto wyzwanie w pięć minut, a to naprawdę mocna rzecz. 

Nie było zastanawiania się, zryw chwili. Uzewnętrzniłem się. Opowiedziałem o walce. Podzieliłem się wiedzą. Natychmiast odezwali się nastolatkowie i dorośli. Jak jeszcze miałem problem ze snem, to tylko patrzyłem na Messengera: aktywny o trzeciej w nocy, od razu pisaliśmy. Taka godzinna konwersacja to zawsze coś, bo człowiek wypełnia godzinę swojego czasu. Nie ma tego strasznego myślenia.

Dwóm osobom pomogłem. Jednego ściągnąłem z mostu. Odebrałem nocną wiadomość na Messengerze. Pojechałem na Most Świętego Rocha.

Co było w tej wiadomości?

„Idę w jedną stronę”.

Upiorne.

Akurat miałem dźwięk włączony. Przebudził mnie. Spytałem, gdzie jest. Pojechałem na miejsce. Posiedziałem z chłopakiem. Pogadaliśmy. Pół roku później wysłał szczęśliwe zdjęcie z kobietą. Podziękował, że wtedy odebrałem jego wiadomość.

Taka prosta rzecz. 

Tylko tyle, a aż tyle. Później założyłem lewe konto na Instagramie. Zacząłem wyszukiwać ludzi, których relacje sugerują to pójście w jedną stronę. Nie miałem żadnego avatara, część z nich też publikowała całkowicie anonimowo, zaczęliśmy pisać, utrzymujemy kontakt. Jak ktoś się dłużej nie odzywa, druga strona atakuje z „co tam?” i „wszystko w porządku?”. Tak się wspieramy. To też była forma autoterapii. Szukałem sobie takich osób, poświęcałem im czas, nocka mijała, po sześciu czy siedmiu godzinach rozmowy byłem zmęczony, szedłem spać.

Pewna osoba spoza Polski wyznała mi, że szukała do mnie kontaktu, bo z nikim innym nie chciała rozmawiać. Dodała, że poprzedniego dnia myślała o pójściu na most, żeby się zabić. I, że dzisiaj też zamierza pójść. „Wiem, że chcesz iść”, odpowiedziałem. Cisza. Nie „stary, nie rób tego”, tylko „wiem, że chcesz iść”.

– Jak się czujesz?
– Słabo.
– Jadłeś coś?
– Nie.
– Pijesz?
– No piję.
– Musisz odstawić alkohol. Iść na spacer.
– Nie mam siły, ani chodzić, ani biegać, ani jeździć na rowerze.
– Przynajmniej okno odsłoń.

Tu go miałem.

– Skąd wiedziałeś?
– Wiedziałem.

Dla mnie to była normalna rozmowa. Bez nacisku, po ludzku zasugerować, że trzeba odstawić alkohol i poddać się terapii.

Jak wyglądało twoja leczenie?

Farmakologia. I indywidualna terapia. Rozmowy, ale najpierw leki. Przy pierwszej depresji nie mogłem spać. Przyjmowałem dziesięć antydepresantów dziennie.

Dziesięć?

Dziesięć różnych. W małych dawkach. Nie pomagały. Wiadomo, że zaczynają działać po dwóch czy trzech tygodniach, nie od razu, ale w internecie zacząłem szukać mocniejszych wrażeń: xanax, ketrel, takie tam.

To nie jest pułapka?

Alkohol się odstawia, trzeba się pożywić, być na haju, pójść spać. Nie czułem się jednak specjalnie usatysfakcjonowany, bo wziąłem podwójną czy potrójną dawkę xanaxu i spałem czternaście godzin. Wstawałem zamulony. Myśleli, że byłem po imprezie. W Holandii przestałem brać tabletki. Zacząłem pracę w ogrodnictwie, jeżdżenie autem, nie mogłem tego robić skołowany.

Wcześniej dużo piłeś?

W depresji piłem dużo, bardzo dużo.

Jak wyglądał twój model picia?

Najpierw po pracy. Później w pracy i po pracy. Na końcu przed pracą, w pracy i po pracy. Cały dzień leciał. Za dziesięć szósta rano czekałem pod sklepem, brałem arsenał, szedłem w odosobnione miejsce, ścięty wracałem do domu. Myślałem, że wreszcie się wyśpię i obudzę za dwa dni. Kładę się o dwunastej, budzę się o dwunastej trzydzieści siedem. Co jest grane? I znowu.

Po arsenał.

Grudzień 2019 roku, straciłem pracę, odeszła bliska mi osoba, syna spod opieki zabrała mi eks-małżonka, poszedłem w swoje tango, wylądowałem w szpitalu. Żeby zostać przyjętym na oddział, trzeba było mieć poniżej jednego promila alkoholu we krwi. Dawali mi kroplówki na zbicie, a i tak wyszły prawie cztery. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Pomyślałem, że nie będę tu leżał. Lekarz powiedział, że mnie nie puści. Ja, że na własną odpowiedzialność.

– Nic pan sobie nie zrobi? Bo mogę mieć problemy.
– Obiecuję panu, że nic sobie nie zrobię.

Wychodzę ze szpitala HCP na ul. 28 Czerwca 1956 roku, a tam świecący neon Żabki. No pięknie.

Arsenał?

Arsenał.

Do domu miałem jeszcze dwa sklepy.

Jak na to wszystko reagowały dzieci?

Młodszemu synowi tłumaczyłem, że pewnie zastanawia się, dlaczego tata ma takie blizny na rękach. Odpowiedział, że tak, widzi te blizny. Pokazałem mu swoje artykuły, uświadomiłem go o tej chorobie. Rozumieją mnie. Doceniają, że mi nie odjebało. 

Ludzie z mojego otoczenia wiedzą, że nie można mnie stresować, bo robię głupie ruchy. Nikt nie wywiera presji.

Co cię najbardziej stresuje?

Sytuacje życiowe, rodzinne, inne sprawy nie za bardzo.

Długo miałeś się za odpornego psychicznie, prawda?

Kiedyś byłem bardzo odporny. Teraz wiem, że moja odporność ma swoje granice.

Jakich sposobów na zakrzyczenie czy wyciszenie depresji próbowałeś i na pewno nie działają?

Używki. Faszerowanie się do odpłynięcia nic nie daje, to wyniszczanie swojego organizmu, odbieranie sobie zdolności racjonalnego myślenia.

Jakich używek próbowałeś oprócz samego alkoholu?

Wszystkiego.

Możesz wymienić poglądowo. 

Alkohol. Narkotyki. Leki.

Jakie narkotyki?

Od miękkich do twardych. Bardzo dawne czasy. Nie mam z tym żadnej styczności.

Działały podobnie jak alkohol? Też pogłębiały depresję?

Pobudzały mnie. Czułem się nieśmiertelny. Miałem więcej przemyśleń. Ale to była droga w dół. Nic dobrego.

Jakie było twoje pierwsze uczucie po sławetnym trzeźwym Sylwestrze?

Zajebiste.

Miałeś później chwile kryzysowe?

Pierwsze lato. Trochę kusiło, żeby wypić sobie jakieś smakowe piwo, ale wytrzymałem. Coca‑Cola Zero to mój zamiennik. Monster przed treningiem. Albo kawa rano. Syn się dziwi.

– Piwko bezalkoholowe chociaż pijesz?
– Nie, co ty.
– Ani łyka?
– Ani łyka.
– Do końca życia?
– Tak, nie wypiję już nigdy.

Zawzięty jestem. Alkohol dla mnie nie istnieje.

Definiujesz siebie jako alkoholika?

Tak.

Trudno było się przyznać przed samym sobą?

Nie. Mój ojciec miał z tym problem. Zmarł przedwcześnie, miał czterdzieści sześć lat. Zresztą, jak grałem w piłkę, niewiele piłem, nie szedłem w tango, żaden był ze mnie „tancerz”, nigdy na żadnym treningu nie byłem zawiany czy niedysponowany. W domu biednie, niewesoło, przemoc, futbol był dla mnie odskocznią, bezpiecznym światem.

Dzieciństwo rzutuje na twój aktualny stan psychiczny?

Nie wiem, gdzie byłbym, gdyby nie sport. Piłka nożna dawała mi nadzieję na lepsze jutro. Na boisku nie musiałem zamartwiać się problemami. Stres wiązał się z powrotem do domu. Bo tam zawsze coś się działo.

Jak objawiała się ta przemoc domowa?

Ojciec był alkoholikiem. Znęcał nad rodziną. Wyżywał się.

Na tobie też?

Też. Mieliśmy terror. Nie pamiętam, żebym przez pierwsze siedemnaście lat swojego życia doświadczył choćby jednego spokojnego miesiąca w domu. Nie było na to szans. Horror, co mam powiedzieć.

Bił?

Bił, kopał, kablem lał.

Pod wpływem alkoholu?

Zawsze.

Musiałeś coś przeskrobać?

Raczej bez powodu. Raz mojego brata ugryzł na podwórku pies. Miałem z czternaście lat, on siedem. Ojciec mnie za to winił. Że nie byłem obok, tylko sto metrów dalej kopałem piłkę, a on bawił się z rówieśnikami. Pokopał mnie po nogach, że go nie przypilnowałem. Chory człowiek, choć ponadprzeciętnie inteligentny. Niszczył go alkohol.

Jak zapamiętałeś inteligentną twarz swojego ojca?

Równo jechał krzyżówki. Testy rozwiązywał niemal bezbłędnie. Chodziliśmy do Biblioteki Raczyńskich, brał siedem książek, tydzień w tydzień. Ja czytałem jedną stronę, on w tym czasie przewalał cztery, nawet pijany. Jak poszedł na badania psychiatryczne, lekarz mu zadawał pytania, to ten pytał go, czy jest poważny, bo to poziom trudności dla czterolatka.

Mama mówiła, że IQ miał na poziomie bardzo wysokiej inteligencji, jakieś sto czterdzieści punktów. Tylko ten alkohol. Picie zaczęło się u niego za czasów kelnerowania w jakiejś knajpie, gdy miał dwadzieścia lat. Później był zjazd, od droższych trunków w stronę samego dna. W trzeźwe dni zamykał się w pokoju z lekturami. Palił trzy paczki „Popularnych” bez filtra. Prawie go z nami nie było. Rzadkie to były chwile, w święta czy Sylwestra był problem.

Sam pił? 

Z kumplami. Wszyscy w podobnym wieku. Mieli eldorado. Jak jeden miał rentę, to stawiał, dostał drugi, stawiał drugi. Już nikogo z tych ludzi nie ma. Nie żyją.  

Widzisz siebie w historii swojego ojca? Powieliłeś jakieś schematy?

Nigdy nie stosowałem przemocy domowej. Gdy z byłą małżonką przestawaliśmy się dogadywać i dochodziło do częstych kłótni, po prostu się rozstaliśmy, obustronna decyzja. Cały czas okazujemy sobie szacunek, nie ma kryzysowych sytuacji, ja mam nieograniczony kontakt z dziećmi. Wróciłem teraz z Holandii i syn jest u mnie cały tydzień. Chcemy pokazać dzieciom, że rodzice się szanują, choć nie żyją ze sobą na co dzień. Oni też będą kiedyś ojcami, a wiadomo, kto jest dla dziecka największym autorytetem: mama i tata. Wspieramy się, pomagamy sobie, dbamy o dzieci, oni to widzą.

Picie mam w genach. Przy depresji upijałem się jak ojciec. Nie było dla mnie problemu, by po kilku dniach picia i dwóch godzinach snu przebiec dziesięć kilometrów. Żadnego. 

Jak ojciec, który czytał książki pod wpływem.

Lekarz powiedział mi, że mam inne enzymy niż reszta populacji. Mówił, że jak on się upije, to trzy dni dochodzi do siebie, boli go głowa, ma kaca. Ja tego nie miałem. Mogłem spać dwie godziny i pić dalej. 

Ta dziedziczna skłonność do popadania w uzależnienie ma nawet swoją nazwę: dorosłe dzieci alkoholików. 

DDA powinny chodzić na terapię, wszystkie, żeby mieć potem szczęśliwe życie.

Nawet bez picia? 

Nawet bez. Ja nie tykam alkoholu. Wiem, że jak wypiję piwo, to mogę się odpalić, dlatego nie tykam nic. 

Wspomniałeś o swojej mamie, która pomagała ci wyjść z depresji. 

Cierpiała, gdy mnie widziała. Bardzo płakała.

Przeżyła dwa dramaty. Twojego ojca i twój. 

Widziała mnie na co dzień. Cały czas siedziała ze mną w domu, bała się, że coś się stanie. Wyjechałem do Holandii, wróciłem przed świętami, miałem na koncie już miesiąc trzeźwości. Poprosiłem ją, żeby pojechała do siostry na święta. Chciałem, by sobie odpoczęła, bo opiekuje się psem, brat go zostawił jadąc do Anglii.

– Jedź sobie, należy ci się.
– Nie, ja nigdzie nie pojadę, bo znowu…
– Nic się nie stanie. 

Umówiliśmy się, że jak chociaż raz nie odbiorę telefonu, od razu przyjedzie. Zgodziłem się. Odbierałem telefony. Ale też grałem w piłkę, spędzałem czas ze znajomymi, wziąłem do siebie dzieci.

– I jak? – spytałem, jak wróciła.
– Jak z piekła do nieba. To jest nie do opisania, jak ty wyglądasz. Lepiej. Niezwykle się cieszę.

Odparłem wtedy, że to dopiero początek drogi. Będzie jeszcze lepiej. 

Jest lepiej?

Nic się nie dzieje. Nie musi się martwić. Ale czasami, jak sobie piszemy, gdy siedzę w Holandii, mówię jej, że jest zły dzień, że źle się czuję. Wtedy słuchaweczki i teren. Biegnę, słucham jakiegoś kawałka, mam przed oczami sceny z filmów sprzed lat, montuję je, wrzucam na Instagram.

Widać na nim też wiele akcji z Lecha Poznań.

Wyszukuję je, od kiedy Ekstraklasa zaczęła wrzucać mecze sprzed lat do internetu. Szukam tych, w których zrobiłem coś szczególnego, potem wycinam, wrzucam.

Żyjesz przeszłością? 

Nie. Ale miło ją wspominam.

Jak widzisz siebie sprzed dwudziestu lat, to co myślisz?

Że gdyby nie kontuzje, byłoby lepiej. Ale i tak jestem szczęśliwy, spełniłem swoje marzenie. Jako dziecko zawsze chciałem grać w Lechu. Udało mi się, miałem koszulkę z numerem „dziesięć”, wiadomo, ile ona znaczy, jest legendarna. Grałem przy pełnych trybunach, wygraliśmy z Legią, odwiecznym rywalem. 

Widzę człowieka, który zrobił kawał dobrej roboty mimo trudnego dzieciństwa. Nie dostawałem żadnego wsparcia, tylko dobre słowo. Wszystko zawdzięczam swoim nogom. Byłem zawzięty, zmotywowany, nie poddawałem się.

A gdyby tamten gość zobaczył swoją przyszłość?

Nie uwierzyłby. Na pewno by nie uwierzył. Gra w piłkę była tak naprawdę ucieczką z domu, odskocznią od tego, co się tam dzieje. Nie było telefonów, konsol, w telewizji niewiele programów. Podwórko i znajomi, tylko to. Jak nie piłka, to lotki, kapsle, podchody. Pierwszą piłkę dostałem od wujka, gdy miałem dwa lata. Skórzana, jak wracałem z dworu, to ją myłem, a później wcierałem w nią krem Nivea, żeby następnie z nią spać. Grałem dziesięciu na mnie jednego, mała przestrzeń, ale piłka się kleiła. Jako dzieciak nie znałem jeszcze żadnych zwodów, one nie miały nazw jak teraz, nie można było ich obejrzeć na YouTube, w meczach też rzadko się je widziało.

Po śmierci ojca mój chrzestny zaprosił mnie do Stuttgartu, żebym odpoczął psychicznie od tego, co się wydarzyło. Ojciec był jaki był, a jednak jego śmierć nie przeszła obojętnie. Popłakałem się, gdy się dowiedziałem. To jednak ojciec. Grałem przez miesiąc od rana do wieczora z Turkami i Niemcami, osiedlowe boisko, pręty w bramkach zamiast siatek. Po powrocie byłem mentalnie innym człowiekiem. Uświadomiłem sobie, jakie mam umiejętności, przestałem widzieć bariery.

Chciałem się uczyć zwodów. Siedziałem po nocach i oglądałem mecze Brazylijczyków. Czwarta rano, powieki lecą, ale gra mój idol, Ronaldo. Wcześniej był Romario, a przed Romario inni, z opowieści ojca, on zaraził mnie piłką. Wypożyczałem o nich książki, a mecze oglądałem czasem dla jednej akcji Ronaldo. Potem nagrywałem ją na VHS, odtwarzałem w zwolnionym tempie, miałem pozapisywane minuty, w których jest wykonany konkretny zwód. Mam jeszcze w domu te kasety, ale nie idzie ich już włączyć, śnieżyca totalna. Tak uczyłem się dryblingu. Podpatrzone triki przenosiłem na boisko. Nogi zawsze miałem szybkie, ale nie robiłem nigdy elastico czy rabony. Kiedy zobaczyłem te zwody pierwszy raz, to nie wiedziałem, że można tak w ogóle piłkę zagrać, no bo jak? 

Próbowałem. Jak mi się udawało na podwórku, to robiłem na treningach. Jak mi się udawało na treningach, to nie miałem hamulców, żeby robić to w meczu. Nikt mi nigdy nie powiedział, żebym nie kiwał. Skoro to jest moja mocna strona, to jak miałem tego nie robić? Nie byłem typem walczaka, który pracuje w obronie. Wypracowałem sobie inne cechy, które mogą mieć wpływ na wynik meczu i grę zespołu. Czesiu Michniewicz mawiał, że nikt się nie spodziewa, jaką piłkę zagram. Widziałem rzeczy, których ktoś nie widział. Miałem szeroki repertuar. Nie dwa zwody, ale dziesięć, nie jedna noga, ale dwie. Obrońca myślał sobie: mało miejsca, nie ma opcji, że tam pójdę, a ja tam właśnie szedłem. 

Chętnie grałeś na osiedlowych boiskach, nawet jak byłeś piłkarzem Lecha.

Wychodziłem sobie, szlifowałem różne elementy, sprawiało mi to radość, później ktoś mnie podpierdolił, że niby to jest powód moich kontuzji. Jak się przejdziemy, to pokażę wam, z kim grałem. Z dziećmi, nie było żadnego ryzyka. Graliśmy o skrzynkę coli, jak przegrywałem, to stawiałem, dla nich to była frajda, grał z nimi ktoś, kogo oglądali w telewizji. Byłem jeszcze wtedy singlem, więc tak spędzałem czas. To jakieś dwieście metrów stąd, może przejdziemy?

Przejdźmy.

Potem pokażę wam pustostany, do których uciekałem.

***

Boisko nie robi na nas wielkiego wrażenia. Sztuczna nawierzchnia, małe bramki, bloki i kamienice wokół, kilku chłopców, jeden w koszulce Lewandowskiego.

Za to pustostan…

Pustostan jest upiorny. Nawrocik oprowadza po nim z urokiem agenta nieruchomości. Opowiada o każdym zakamarku. Zna każdy kąt budynku. 

Widzimy grób. Zwyczajny dziki grób sprzed wielu lat, z tabliczką. Wciąż ktoś o nim pamięta, wskazuje na to złożony kwiatek. Obok podobno ktoś zakopał swojego psa. 

Widzimy przepaść, w którą można spaść, gdy wchodzi się na dach po jednej desce, źle postawiona stopa oznaczałaby tragedię, runięcie na wiele metrów w dół. Niegdyś Nawrocik przechodził tę trasę wielokrotnie.

Widzimy dziury. W wiele z nich można spaść. I się połamać. Jest dzień, co ułatwia nawigację. Nawrocik spędzał tu noce. Chodził na pamięć. 

Widzimy pręty, które wystają ze ścian.

Nie widzimy strzykawek, choć „gospodarz” zarzeka się, że jest ich sporo.

Widzimy plamy krwi.

Widzimy szkła, wszędzie pełno szkieł, więc jeśli chcesz się ciąć, to narzędzi masz pod dostatkiem.

Widzimy schody wysypane śliską mączką. Nie ma poręczy, raczej nikogo to nie odstrasza.

Widzimy kilka budynków, ogromnych i przestrzennych, w których jeszcze nie tak dawno temu naprawiono składy pociągów. W pokojach widzimy pozostałości po starym zakładzie: biurka, krzesła, kanapy, dokumenty. 

Nie widzimy ludzi, ale z pewnością oni też są, wielu ludzi, dziesiątki ich.

W powietrzu unosi się aura jak z horrorów. Aura smutnego zepsucia. Aura ostatecznych wyborów. Aura poszukiwania desperackich rozwiązań.

***

Dlaczego tu przychodziłeś?

Żeby nie mieć kontaktu z ludźmi, być sam ze sobą. Teraz mnie to bawi, ale to miejsce pozwalało mi odpocząć psychicznie.

Pokazałeś nam liny, ciemne pokoje pełne szkieł… Tu nie przychodzi się odpocząć. 

To miejsce to zło. Dzieją się tu złe rzeczy. Ludzie popełniają samobójstwa. Przychodzą tu narkomani. Odbywają się tu czarne msze. Nie, nie ma tu niczego dobrego. 

Ale dla mnie to był odpoczynek. Wiedziałem, że w tym miejscu nikogo nie spotkam. Gdybym poszedł na rynek Łazarski, to wiadomo, że kogoś bym zobaczył, ktoś by biegał, ktoś by jechał na rowerze. Tu nie przychodzą w nocy szczęśliwe osoby. To miejsce, by zniknąć. Przed ludźmi albo w ogóle. 

Tu też myślałeś o samobójstwie? 

Myślałem. 

Intensywniej niż, powiedzmy, w domu? 

Nie. W domu te myśli były mocniejsze. Tu była izolacja. Ukrycie. Bywałem tu nawet po dwa dni, dwa-trzy razy w tygodniu.

Wychodziłeś stąd odmieniony? 

Nie. 

Nie miało to wartości terapeutycznej. 

Żadnej. Tylko odcięcie się. Gdy już doszedłem do siebie, szukałem tu ludzi, którym można pomóc. Nie zawsze znajdowałem, bo ludzie nie kiwają „ej, tu jestem”, ukrywają się. Chodzi tu wiele młodych osób, dzieci, nawet dziesięcioletnich… 

Dziesięcioletnich?! 

Złapałem takich. Szli w trójkę. Tłumaczyli, że chcą tylko zobaczyć. Przegoniłem ich, tu jest naprawdę niebezpiecznie. Popełnisz błąd… Sami widzieliście. 

Cholernie niebezpiecznie. 

A mamy dzień. Co tu jest w nocy? 

Liczba przepaści, w które można spaść, jest spora.

Ja chodziłem tutaj po nocach na pamięć. Nie potrzebowałem latarki. Znam to miejsce jak swój pokój. Wiedziałem, gdzie skręcić, żeby nie spaść w przepaść. 

Każdy przychodzi tu ze swoim krzyżem. 

Na sto procent są tu teraz ludzie. Ale nikogo nie widzimy, nikt się nie afiszuje. Nie o to tu chodzi. Tu nikt nie mówił: weź się w garść, zrób coś. To nie pomaga, a jeszcze bardziej dołuje. Jak mam się wziąć w garść? To słowo, które jest łatwe do powiedzenia, ale jak wziąć się w garść, jak dać radę?

Nikt nie wytrzymałby ze mną godziny, gdy byłem w depresji. Moich zachowań, moich miejsc, moich rąk. Cięcie się nie sprawiało mi bólu. Poznałem kiedyś osobę, która też się okaleczała. 

– Ciebie to nie boli? – pytałem ją.
– Nie.
– Jak to możliwe? Mnie napierdala, kiedy się zatnę nożykiem, gdy kroję chleb.  
– Nie wierzę. Nie ma szans.

Później zobaczyłem: nie boli. Nie stanowiłem zagrożenia dla innych, ale byłem tykającą bombą dla samego siebie. Dla kogoś to ciągły strach o to, czy czegoś nie odwalę. Czułem, że coś we mnie umarło. Były momenty, że już miałem… 

Żyletkę? 

Ochotę, żeby skoczyć. Chodziłem, patrzyłem, sprawdzałem. 

I robiłeś krok w tył. 

Hamulcem były dzieci. Nie dopuszczałem myśli, że mogą stracić ojca w podobnym wieku, w jakim ja straciłem. Na pewno by to przeżyły. Myślałem, że jest jeszcze dużo do zrobienia, wrócić dla nich, pokazać, że jestem zdrowy, zawalczyć o ich przyszłość. Pokazałem wam to miejsce, żebyście zobaczyli, gdzie ucieka człowiek, który jest z depresją sam. Jego myśli wyglądają jak to miejsce. Są upiorne. W dodatku nikt go nie rozumie, bo trudno zrozumieć depresję, jeśli się jej nie miało. Można się uświadamiać poprzez czytanie forów czy oglądanie programów, ale jeśli tego nie przeżyłeś… 

To wszystko, o czym mówię, nie jest użalaniem się nad sobą. To historia, która pokazuje, że każdego może to spotkać. Są zachowania, na które nie mamy wpływu. Taką osobę trzeba spróbować zrozumieć. A jeśli jej nie rozumiemy, warto po prostu z nią być. Nic więcej. Dać jej swoją obecność. Wskazać drogę. W moim wypadku pomogło odstawienie alkoholu, sport, wypełnianie sobie dnia zajęciami i pewnie trochę farmakologia, choć po lekach jest się otumanionym, jechanie na tabletkach nie jest dobre dla zdrowia. Ważne jest powiedzieć sobie samemu, że jest się chorym. Ja jestem chory. Będę nim do końca życia. Do końca życia będę miał depresję.

ROZMAWIALI JAKUB BIAŁEK I JAN MAZUREK

Jeśli czujesz, że potrzebujesz pomocy, odczuwasz lęk i smutek, masz myśli samobójcze — nie czekaj, zadzwoń pod jeden z numerów pomocowych dostępnych bezpłatnie i czynnych całą dobę, siedem dni w tygodniu:

800 70 22 22 – Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym

800 12 12 12 – Wsparcie psychologiczne w sytuacji kryzysowej – infolinia dla dzieci, młodzieży i opiekunów

116 111 – Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży

112 – W razie bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia

CZYTAJ WIĘCEJ O DEPRESJI W SPORCIE: 

Fot. Własne/Newspix

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Weszło Extra

Inne kraje

Życie i śmierć w RPA. Dlaczego czarni są rozczarowani wolnością i partią Mandeli?

Szymon Janczyk
63
Życie i śmierć w RPA. Dlaczego czarni są rozczarowani wolnością i partią Mandeli?
Polecane

Aleksander Śliwka: Po igrzyskach czułem się, jakbym był chory. Nie mogłem funkcjonować [WYWIAD]

Jakub Radomski
4
Aleksander Śliwka: Po igrzyskach czułem się, jakbym był chory. Nie mogłem funkcjonować [WYWIAD]
Ekstraklasa

Droga Kapralika wiedzie przez Górnika. „Może być wart więcej niż 10 milionów euro”

Jakub Radomski
10
Droga Kapralika wiedzie przez Górnika. „Może być wart więcej niż 10 milionów euro”

Komentarze

67 komentarzy

Loading...