Reklama

Od lidera do spadku? Historia rozkładu Wisły Płock

Damian Smyk

Autor:Damian Smyk

15 maja 2023, 19:26 • 11 min czytania 82 komentarzy

Przez pierwszych osiem kolejek byli liderem Ekstraklasy. Jeszcze na początku tego roku byli w TOP5 ligi. Miesiąc temu byli w górnej połowie tabeli. Ale Wisła Płock zaraz może z hukiem spaść z ligi i zaliczyć być może największy drużynowy zjazd na przestrzeni sezonu w XXI wieku w Ekstraklasie. Co poszło nie tak w ekipie Nafciarzy?

Od lidera do spadku? Historia rozkładu Wisły Płock

Nie musimy wcale cofać się do prehistorii, by znaleźć w polskiej lidze spektakularne zjazdy na przestrzeni tylko jednego sezonu. Przecież nawet teraz możemy zerknąć na to, jaki regres między jesienią a wiosną zaliczył Widzew Łódź. Radomiak Radom rok temu kręcił się wokół pucharów, ale później obniżył loty. Widzieliśmy też rajdy w drugą stronę – ot chociażby Warta Poznań, a już najbardziej widoczne jest to po wpływie Aleksandara Vukovicia na Piasta Gliwice.

Ale zjazd Wisły Płock jest czymś, co nawet nas – zatwardziałych fanów Ekstraklasy – zaskakuje. Owszem, można zagrać jedną rundę dobrą, drugą słabszą. Ale tu mówimy o drużynie, która zdobyła 16 na 18 możliwych punktów w pierwszych sześciu kolejkach. A w kolejnych 26 kolejkach na 78 możliwych do zdobycia punktów zdobyła ich… 21.

Tak, to nie jest chochlik, to nie błąd.

  • Wisła Płock kolejkach 1-6: 16 zdobytych punktów (na 18 możliwych)
  • Wisła Płock w kolejkach 7-32: 21 zdobytych punktów (na 78 możliwych)

Reklama

To jest wręcz przytłaczająca przepaść. Górką wypracowaną na początku sezonu Nafciarze mogli oszukiwać własną psychikę i wiarę władz klubu w kwestii możliwego przejścia przez wiosnę suchą stopą. Ale po meczu we Wrocławiu w ekipie Wisły musi się zrobić ciepło. Dwa punkty przewagi nad wrocławianami, których zaraz czeka mecz ze słabiutką Miedzią. Scenariusz, w którym płocczanie po 33. kolejce są na miejscu spadkowym wcale nie wygląda na science-fiction. A gdyby nam ktoś powiedział po szóstej kolejce, że Wisła będzie biła się o utrzymanie do ostatniej kolejki, to popukalibyśmy się w czoło.

Skoro ten zjazd jest aż tak spektakularny, to należy się zastanowić: z czego on wynika?

Wisła Płock oszukiwała przeznaczenie na początku sezonu

Futbol jest grą o wysokim wpływie losowości na rezultat pojedynczego meczu. To gra niskopunktowana – średnio w meczach piłkarskich pada około 2,5 gola. Gra się nogami, do tego dochodzą takie współczynniki jak gorsza/lepsza pogoda, decyzje sędziowskie, równość boiska. I tak jak w koszykówce czy siatkówce w znacznej większości wygrywa drużyna lepsza, tak w futbolu te proporcje są bardziej zachwiane.

I pewnie dlatego modele matematyczne obliczające prawdopodobieństwo zwycięstwa w meczu piłki nożnej są zawodne. Ale głównie w przypadku jednego spotkania. Długofalowo są już w stanie dużo lepiej oszacować siłę czy szanse danej drużyny.

Wisła Płock karmiła się tym na początku sezonu. Jasne, świetnie się ich wtedy oglądało – Vallo, Wolski, Sekulski, Pawlak, a zwłaszcza Davo potrafili przyciągnąć uwagę widzów. Drużyna Stano grała ofensywnie, tworzyła sobie sytuacje, strzelała dużo goli. Ale liczby podpowiadały, że ten medal miał też drugą stronę – szczęście.

O ile z Lechią i Wartą faktycznie płocczanie mieli wyższy współczynnik goli oczekiwanych, o tyle już w meczu z Lechem nie (a wygrali 3:1), z Miedzią nieznacznie wyższy (wygrali 4:1), od Pogoni niższy (a zremisowali) i od Korony też niższy (a wygrali).

Reklama
  • W pierwszych sześciu kolejkach ekipa Pavola Stano miała gole oczekiwane łączne sumie 10,52 xG, a strzelili 18 goli
  • Rywale Wisły mieli gole oczekiwane łączne 9,16 xG, a strzelili pięć goli
  • W każdym z tych meczów Wisła strzelała więcej bramek niż zakładał algorytm, a rywal strzelał mniej niż zakładał algorytm

I owszem – można powiedzieć, że to algorytm goli oczekiwanych jest głupi, nieskuteczny, nieadekwatny. Ale czas pokazał, że to właśnie matematyka jest bliżej prawdy, a Wisła wykręcała wynik ponad to, co prezentowała na boisku.

Przeznaczenie po prostu musiało dopaść płocczan. Długofalowo suma szczęścia powinna wychodzić na zero i w terminarzu Wisły musiały zdarzyć się mecze, gdy to oni grali lepiej, ale brakowało mu skuteczności pod bramką lub rywal z dwóch sytuacji strzelał dwa gole. I tak w rzeczy samej się stało. Zresztą podobny case tyczy się Widzewa, który też jesienią punktował ponad stan wobec goli oczekiwanych.

Według WyScouta Wisła jest w tym miejscu, w którym być powinna z punktu widzenia algorytmów.

W przypadku ekipy Stano można zatem stwierdzić, że początek sezonu był wynikiem wysokiej formy kilku zawodników, ale i pokłosiem bardzo dużej sumy szczęścia na przestrzeni sześciu spotkań. Skończył się fart, skończyło się punktowanie ponad stan. Przyszła szara ligowa rzeczywistość i brutalna matematyka.

Wyprzedaż kadry efektem zbyt dużego optymizmu

Wyobraźcie sobie, że podczas ostatniego okienka transferowego w Widzewie Łódź doszliby do wniosku: Wypracowaliśmy górkę punktową, finansowo jest kiepsko, musimy sprzedać kilku piłkarzy.

Następnie z Widzewa odszedłby podstawowy środkowy pomocnik – czyli np. Dominik Kun, najlepiej punktujący gracz ofensywy – czyli Bartłomiej Pawłowski, podstawowy środkowy obrońca – czyli Szota, a ponadto regularnie grający boczny defensor – czyli chociażby Mato Milos.

Jasnym jest, że Widzew zaliczyłby bardzo poważny spadek jakości wyjściowej jedenastki, a to w sposób oczywisty przełożyłoby się na gorszą grę. O ile oczywiście nie przeprowadzono by jakościowych transferów na zastępstwa. A właśnie do takiej sytuacji doszło w Płocku.

Na początku sezonu odszedł Damian Michalski, który z miejsca stał się podstawowym zawodnikiem drugoligowego Greuther Furth (w Płocku grał… do szóstej kolejki, z nim w składzie Wisła nie przegrała). Zimą odszedł Davo, autor dziewięciu goli, trzech asyst i dwóch asyst drugiego stopnia. Sprzedano Damiana Rasaka, który stał się ważnym elementem notującego niezłą drugą połowę rundy Górnika Zabrze. No i sprzedano też Antona Krywociuka, którego talentu specjalnymi entuzjastami nie byliśmy, ale swoje minuty na tej lewej stronie defensywy łapał.

Oczywiście sprzedaż Davo czy Krywociuka wynikała z tego, że klub potrzebował pieniędzy na bieżącą działalność, ale wydaje się, że na Hiszpanie można było zarobić więcej. Rasakowi wygasała umowa, więc Wisła wyczuła ostatnią szansę na jakikolwiek zarobek. Michalski odszedł jeszcze latem, więc tu była możliwość załatania tej dziury sensownym transferem.

Tymczasem podczas zimowego okna do klubu sprowadzono Martina Haska (zagrał dwanaście minut), Bartosza Śpiączkę (wypożyczony tuż przed końcem okienka, dwa gole i asysta), wypożyczono Pawła Chrupallę (51 minut gry), ściągnięto z Zabrza Jakuba Szymańskiego (więcej meczów słabych niż dobrych). Czyli tak naprawdę poza Śpiączką żaden z nich nie gra regularnie i przynajmniej przeciętnie. Jeśli dorzucimy do tego wynalazki z letniego okna transferowego pokroju Kvocery, Miroslava Gono czy Martina Sulka (mocny kandydat do najsłabszego zawodnika całego sezonu), to dostajemy rzeczywisty obraz kadry przeciętnej, która zimą stała się kadrą słabą.

Nawet stałe fragmenty nie działają

W dwóch ostatnich sezonach Wisła Płock zajmowała miejsce w TOP5 ligi pod względem liczby goli strzelanych po stałych fragmentach gry. Według EkstraStats w sezonie 2020/21 strzeli tak osiemnaście goli (czwarty wynik w lidze). Rok temu była to identyczna liczba i identyczne miejsce w ligowej stawce w tej klasyfikacji. 36 goli na przestrzeni dwóch sezonów – to naprawdę wynik wysokiej klasy. Na przestrzeni tego czasu tylko Raków Częstochowa częściej strzelał gole po strzałach lub wrzutkach z SFG.

Jak to wygląda w tym roku? Ponownie posiłkujemy się danymi EkstraStats – zaledwie siedem goli po stałych fragmentach, drugi najgorszy wynik w całej lidze (stan na 31. kolejkę). Najniższy udział procentowy goli po stałych fragmentach w ogólnej liczbie zdobytych bramek (zaledwie 18%).

Różnica między osiemnastoma a siedmioma golami wynosi jedenaście bramek. O dwa gole mniej w tym sezonie Davo, najskuteczniejszy strzelec Wisły (tak, nawet mimo tego, że odszedł zimą). Tyle samo goli co Davo w tym sezonie Ekstraklasy mają Ivi Lopez, Michał Skóraś, Kamil Wilczek oraz Łukasz Zwoliński. Dziewięć goli to niezły dorobek dość skutecznego napastnika drużyny z dolnej połowy tabeli. I właśnie tyle (a właściwie – jeszcze więcej) traci Wisła na braku skuteczności pod bramką rywala przy rzutach wolnych, rożnych czy autach.

Wyobraźcie sobie, że Lechia nie ma takiego Zwolińskiego. Albo że wymazujemy Lechowi dorobek Skórasia. Lub że Rakowowi zabieramy gole Iviego Lopeza. Już? Macie to przed oczami? To teraz zabierzmy takiego piłkarza Stały Fragment ze składu Wisły.

A jest to o tyle dziwne, że przecież płocczanie mają zawodników, którzy akurat przy stałych fragmentach są cenni. Niektórzy trenerzy twierdzą, że możesz trenować SFG rzadko, ale przy dobrych wykonawcach gole będą strzelały się same. Fundament, czyli dobrych wykonawców, podkreślał swego czasu u nas Maciej Kędziorek, który pracował w Rakowie i teraz pracuje w Lechu. Przylgnęła do niego łatka specjalisty od tego elementu gry.

Mówił tak: –  Musisz mieć właściwych wykonawców. W Rakowie mieliśmy Rafała Figla, Maćka Domańskiego, Petra Schwarza, który też dzięki treningowi indywidualnemu świetnie potrafił bić rzuty wolne czy rożne. Byli Petrasek, Niewulis, Musiolik, Kościelny, którzy albo sami wygrywali te wrzutki, albo odciągali uwagę rywali na tyle, że inni mieli więcej miejsca. Wisła Płock, również bardzo skuteczna w tym fragmencie, ma Dominika Furmana, który potrafi zagrać w punkt. Cracovia ma Sergiu Hancę. Więc to nie jest tak, że jak nic nie umiesz, to postaw na dośrodkowania z rogów. Musi być wykonawca i strzelec. Natomiast ja wychodzę z założenia, że jeśli możesz z jakiegoś elementu gry coś wycisnąć, to zrób to.

Wisła ma wykonawców przy piłce – Furmana, Szwocha czy Wolskiego, którzy przecież dowodzili w przeszłości, że wiedzą jak dośrodkować piłkę. Mają też kilku zawodników, który wyrośli powyżej 185 centymetrów – Chrzanowskiego (186 cm), Kapuadiego (196 cm), Vallo (186 cm), Sekulskiego (186 cm), Lewandowskiego (187 cm),

A po rzutach rożnych strzeliła ledwie trzy gole, z kolei po rzutach wolnych tylko jednego. To jedna z przyczyn tego, dlaczego Wisła jest tuż nad strefą spadkową. Dorzucenie gola w meczach stykowych – siedem remisów, dziesięć porażek jednym golem – mogłoby sprawić, że przewaga nad kreską byłaby już względnie bezpieczna. Wystarczyłoby strzelać po stałych fragmentach tak, jak w poprzednich latach.

Zbyt ambitne granie na taką kadrę?

Większość trenerów na swojej pierwszej konferencji prasowej opowiada o tym, jak to chce grać piłka, jak to chce grać ambitnie i miło dla oka. Czy to należy chwalić za same zamiary? Niekoniecznie. Oczywiście paskudna murarka i liczenie na farta to żadna taktyka, nie trzeba nawet licencji UEFA B, żeby wpaść na taki pomysł. Natomiast hiperoptymistyczne podejście do posiadanej kadry to też wyraz naiwności i lekkomyślności.

Dobry trener potrafi dostosować sposób grania do posiadanych zawodników w drużynie. Jeśli masz obrońców i bramkarza, którzy średnio radzą sobie z piłką przy nodze, to samobójstwem byłoby zmuszenie ich do wiecznego rozgrywana akcji od tyłu i zakazywanie gry dalszym podaniem. Jeśli masz niskich napastników, a chcesz grać wysokimi wrzutkami, to też skazujesz się na minimalizowanie szans na gole zdobywane po strzałach głową. Warto rozwijać piłkarzy, ale piłka seniorski to nie futbol młodzieżowy, gdzie kolejne tracone punkty można zwalić na to, że „niech się młodzi uczą”.

I trzeba zastanowić się nad tym – czy Pavol Stano dostosował sposób gry do możliwości Wisły?

Wisła ma jeden z najwyższych passing rate (liczby podań na minutę posiadania piłki) w lidze. Jest też w górnej połowie tabeli pod względem intensywności pojedynków, podań w pole karne. Tylko Legia i Lech pozwalają rywalom na wykonanie mniejszej liczby podań przed podjęciem akcji defensywnej (czyli Wisła nie przygląda się jak przeciwnik gra piłeczką, tylko próbuje mu ją zabrać). Jedynie wielka czwórka (Raków, Legia, Lech, Pogoń) ma średnie posiadanie piłki wyższe od Wisły Płock.

Problem jednak polega na tym, że choć Wisła ma piłkę i rozgrywa ją relatywnie szybko, to… niewiele z tego wynika. A wymagający sposób gry kończy się często kontrami czy prezentami dla przeciwników – płocczanie mają tylko Jagiellonia, Miedź i Lechia straciły więcej bramek, a tylko Jagiellonia i Lechia ma wyższy współczynnik goli oczekiwanych przeciwko (54,53 xGA).

Ktoś powie – jak się ma w składzie Furmana czy Wolskiego, to można sobie pozwolić na ryzykowne granie, bo są dobrzy technicznie. I owszem, Wolski rozgrywa dobry sezon, co do Furmana można już polemizować. Natomiast oni muszą z kim wymienić te podanie, przejście z piłką z obrony do linii pomocy wymaga rozegrania jej przez obrońców. A można mieć wątpliwości co do tego, czy Rzeźniczak, Chrzanowski czy Kapuadi faktycznie wyglądają dobrze w tym elemencie gry.

Wisła Płock przeszła proces lechizacji składu

O Lechii Gdańsk wielokrotnie mówiło się, że ma lepszy skład niż wskazują na to wyniki. Bo są doświadczeni ligowcy jak Pietrzak, Flavio, Gajos, Nalepa, Kuciak i tak dalej. To jednak częsta pułapka myślenia na zasadzie „są dobrzy, bo… kiedyś byli dobrzy”. Nie odmawiamy Pietrzakowi, Nalepie czy Flavio tego, że rozgrywali dobre sezony. Ale to było w przeszłości. Czas leci, piłkarze się starzeją, być może szczyt formy mają już za sobą. W przypadku Lechii zakończyło się to spadkiem.

I być może warto też zastanowić się nad tym, czy Wisła nie wpadła w podobną pułapkę.

W tym zespole jest 37-letni Rzeźniczak, 36-letni Tomasik, 31-letni Furman, 30-letni Szwoch, 31-letni Wolski, 33-letni Sekulski. Mówimy tutaj o zawodnikach albo postrzeganych jako „gwiazdy drużyny”, albo o podstawowych elementach tej szerszej układanki.

Trudno czepiać się Wolskiego za ten sezon. Do pewnego momentu cennym elementem był też Sekulski. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że ta doświadczona strona Wisły już nie daje rady, a młoda strona Wisły jeszcze nie daje rady. W konsekwencji dostajemy drużynę, która staje się – podobnie jak Lechia – przechowalnią dla piłkarzy o nieadekwatnej jakości. Pewnie jeśli płocczanie ostatecznie by spadli, to przypuszczamy, że przynajmniej kilku zawodników spokojnie znalazłoby zatrudnienie w ekstraklasowych klubach. Ale raczej punktowo – Wolski, Furman, pewnie Vallo, Pawlak, Sekulski, Chrzanowski czy Kamiński jako elementy szerszej układanki mogliby w tej lidze funkcjonować. Ale jako całość?

Widzimy jak to wygląda w tym sezonie.

CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:

Fot. 400mm.pl

źródła: WyScout, EkstraStats, Transfermarkt

Pochodzi z Poznania, choć nie z samego. Prowadzący audycję "Stacja Poznań". Lubujący się w tekstach analitycznych, problemowych. Sercem najbliżej mu rodzimej Ekstraklasie. Dwupunktowiec.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

82 komentarzy

Loading...