Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Pot. Krew. Łzy. Heroiczna Lechia chce wydrzeć utrzymanie…

Jakub Białek

Autor:Jakub Białek

22 kwietnia 2023, 18:40 • 7 min czytania 58 komentarzy

Zaczęło się już dzień przed meczem. Najpierw skomplikowana, przepełniona nieprzyswajalnymi treściami odprawa taktyczna. Aż piętnaście minut, piętnaście minut żyłowania intelektualnego silnika, po których normalny człowiek wysyłany jest na kilkudniowe L4. Ale nie oni. Oni dali radę. Uważnie słuchali. Później szereg wyrzeczeń. Spędzenie wieczora w domu. Odstawienie na bok ciężkostrawnych potraw. Koncentracja. Rozciąganie. Nawet wczesne położenie się do łóżka. O 23:00 trzeba było już spać. Budzik dopiero za dziewięć godzin. Bite dziewięć godzin makabrycznych tortur. Niewiele osób doświadczyło tak nieludzkiego cierpienia. Mąk, których przetrwanie oznacza wejście na szczyty męstwa.

Pot. Krew. Łzy. Heroiczna Lechia chce wydrzeć utrzymanie…

Lechia przekracza granice wytrzymałości

Pobudka. Nie jest łatwo wstać z łóżka, każdy o tym wie. To ten dzień. Dzień, w którym być może trzeba będzie nawet oddać życie na boisku. Najpierw owsianka, bo taki posiłek w dniu meczu zaleca dietetyk. Już sam ten fakt (konieczność zjedzenia lekkiego śniadania) sprawia, że cała kadra Lechii z marszu powinna zostać nominowana do nagrody za największe bohaterstwo w 2023 roku. Jeśli w Trójmieście takowa nie obowiązuje, należy ją stworzyć. Zwłaszcza, że te poświęcenia mnożą się, kumulują, rosną do rozmiarów, w których trzeba mówić już o heroizmie.

Szybki prysznic i zaczynamy prawdziwą orkę. Prysznic… To już jest orka. Wow, po prostu wow. Nawet w „Fear Factor” nie było takich zadań. Niektórzy musieli wzbić się na wyżyny swojej wytrzymałości, by stawić się w klubie kilka godzin przed meczem. Sama podróż na stadion to jak spacer po rozżarzonych węglach. Przecież nawet Paweł Żelem mówił, że obiekt Lechii jest ulokowany w złym miejscu. Piłkarze ledwo dojechali. W klubie rozciąganie. Długie i męczące. Kolejna odprawa taktyczna. Trzeba się skupić. Trzeba wysłuchać. Trzeba pomyśleć. Przebranie się w koszulkę. A ta biało-zielona naprawdę dużo waży, wszyscy zresztą dziś to widzieliśmy. Nałożenie butów. Ono trwa. Wiązanie sznurówek to test nawet dla tego zajebiście wyciszonego kwiatu lotosu na spokojnej tafli jeziora. Wyjście na rozgrzewkę. Trucht. Kilka sprintów. Znowu trucht. Tempo, po którym piłkarz z pierwszej łapanki ląduje na kozetce fizjoterapeuty (w najlepszym przypadku) lub gabinecie lekarza (w najbardziej prawdopodobnym). Lecz nie lechiści. Piłkarze wybierani według pewnego klucza. Zdolni do przekraczania własnych granic. Nieznający takich sformułowań jak „wymówka” czy „strefa komfortu”.

Nadludzko silni. I mentalnie, i fizycznie.

Niezwykle wytrzymali. I mentalnie, i fizycznie.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Niezłomni. Po prostu.

Lechia ryzykuje życiem i wychodzi na boisko

Tak wygląda poświęcenie piłkarzy Lechii Gdańsk na sześć kolejek przed końcem Ekstraklasy i z pięcioma punktami straty do bezpiecznego miejsca. Jeśli miałaby powstać pozycja „Jak walczyć o utrzymanie”, to za treść powinni odpowiadać biało-zieloni rycerze. Nie lubimy pisać o zapierdolingu, ale w kontekście Lechii na szczęście nie musimy tego robić. Nawet mimo miejsca w tabeli, kibice muszą być dumni z takiej drużyny. Drużyny, która w obliczu niezwykle ciężkiej sytuacji w tabeli wychodzi na boisko z przekonaniem, jakby jutra miało nie być.

Zostawia serce. Daje z wątroby. Wylewa pot, krew i łzy.

Powyżej opisaliśmy męki, z jakimi lechiści musieli się mierzyć podczas wycieńczających, kilkunastogodzinnych przygotowań do meczu. Możemy silić się na patetyczne metafory, ale skupmy się na przyziemnej sferze. A ta mówi: cud, że w ogóle żyją. A potem jeszcze trzeba było wyjść na mecz. Wyjść na mecz!!! Na boisku może nie wyglądali tak, jak powinni, ale czy ktokolwiek może powiedzieć na nich pół złego słowa wiedząc, jak bardzo poświęcili się w ciągu ostatnich kilkunastu godzin?

Oczywiście, że nie. Mimo że nie mieli prawa ruszać kończynami, dawali radę biegać, kopać piłkę, podać, czasem nawet skorzystać z próby dośrodkowania, liczyć na szalonego Diabate, którego w pierwszej połowie wszędzie było pełno. Że też chłop miał jeszcze siłę na cokolwiek. Biegał i tracił. Dryblował i gubił piłkę. Strzelał i nie trafiał. Ale próbował. Próbował, bo wierzy w utrzymanie. Chce go. Zrobi dla niego wszystko. Podobnie jak Flavio. Człowiek w tym wieku nie powinien myśleć o sporcie w ogóle, także takim amatorskim, a co dopiero wyczynowym. Widać to było w akcji, gdy biegł za piłką spod własnej bramki, by wywrócić się na połowie przeciwnika. Ze zmęczenia. Był już wtedy w agonalnym stanie. Dałby się pokroić za Lechię. Na pewno nie żałuje, że nie zakończył kariery wcześniej. Już jest legendą. Teraz będzie legendą-ratownikiem.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Lechia Gdańsk – wszystkie argumenty za utrzymaniem w Ekstraklasie

Ten akapit poświęcimy licznym argumentom, jakie przemawiają za tym, że Lechia Gdańsk pozostanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Są to:

Nie dośrodkowuje, kopie piłkę w pole karne

Pięknie powiedział podczas transmisji Bartosz Gleń o Henriku Castegrenie: „on nie dośrodkowuje, on po prostu kopie piłkę w pole karne”. Ta myśl jest kapitalna i chcielibyśmy za nią podążyć. David Badia? Oczywiście, że to nie jest trener. To po prostu kibic, który stoi najbliżej linii bocznej, gdy gra Lechia. Stawiamy w ciemno, że nawet tak katastrofalny występ jego drużyny nie popsuje mu humoru, a ten dopisywał mu już przed meczem w rozmowie z Canal+, i za chwilę znowu posłuży się twardymi faktami: do końca jeszcze pięć kolejek, do zdobycia piętnaście punktów, nie trzeba jeszcze bić na alarm. Ziemowit Deptuła? Nie wiemy, co powiedzieć. To nie prezes, to uśmiechnięty gość. Łukasz Smolarow? To nie dyrektor sportowy, a człowiek, który ma dostęp do WyScouta. Adam Mandziara? To nie (tu wstaw jedną z 124124 funkcji, jakie pełnił w Gdańsku), a człowiek, który wie jak się ustawić, by wyłowić z koryta jak najwięcej dla siebie.

Kuciak? Do niego akurat trudno mieć dziś pretensje, ale nad całą resztą możemy już się wyzłośliwiać do woli. Abu Hanna nie stoczył z Kallmanem powietrznego pojedynku przy golu na 0:1, on po prostu oderwał na chwilę nogi od podłoża. Maloca wcale nie bronił, czasem odbiła się od niego piłka. Nalepa nie blokował, bywało, że został akurat trafiony. Pietrzak, choć jedna z jego wrzutek zakończyła się groźnym strzałem Bartkowskiego, podobnie jak Castegren nie dośrodkowywał, a momentami wręcz go przebijał – nawet nie kopał piłkę w pole karne, a poza nie.

Diabate nie dryblował na skrzydle, po prostu trenował sprinty. Kubicki nie podawał, a pozbywał się problemu. Tobers nie asekurował, a biegał w okolicach piłki. Flavio nie rozgrywał, lecz udawał człowieka z głową pełną pomysłów. Terrazzino nie tańczył z rywalami, lecz próbował naśladować swojego brata z gracją tych, którzy śpiewają pod prysznicem, gdy nikt nie słyszy. Zwoliński nie polował na podania, lecz czekał na autobus myśląc, że to przystanek. Gajos nie wniósł ożywienia, Gajos wszedł między wrony i krakał jak one.

No i Bartkowski.

Jedyny, którego można pochwalić. Jedyny, który jakkolwiek zagroził bramce. Jedyny, który stworzył cokolwiek w ofensywie.

Kurwa, Bartkowski.

Prawy obrońca. I to wcale nie taki, który słynie z rajdów do przodu, bardziej z rzetelnej pracy w tyłach.

To jest właśnie symbol tego meczu. Jeśli twoim jedynym pomysłem w przerwie jest wpuszczenie obrońcy za skrzydłowego (katastrofalnego – Diabate) i zmiana systemu (oznaczająca de facto, że zespół dostaje kolejnego broniącego piłkarza kosztem teoretycznie ofensywnego), i jeśli tenże Bartkowski najpierw zalicza pierwszą udaną akcję, po której Niemczycki musi się wysilić (strzał głową po wrzutce Pietrzaka), a później w samej końcówce strzela gola kontaktowego (znów głową, tym razem podawał Kałuziński), to…

Sami nie wiemy, co powiedzieć.

Fajnie, że Bartkowski zagrał dobrze. Ale to jeszcze dobitniej pokazuje, jaki piach zagrała Lechia Gdańsk. Cracovia niczego wielkiego nie pokazała, nie była jakoś szczególnie zdeterminowana, nie postawiła szczególnie wymagających warunków. Oczywiście, kapitalne gole strzelił Kallman (najpierw idealnie wymierzona główka, potem zrobienie wiatraka z Nalepy i bomba z pola karnego – oba trafienia to gole klasy premium), ale to wszystko. Dobrze dysponowana Lechia ograłaby Cracovię w tej formie. Średnio dysponowana także. Słabo dysponowana miałaby szanse.

Ale ta Lechia to jakieś ekstremum beznadziei. To będzie spadek bez jakiejkolwiek walki. Bez dramaturgi. Spadek okraszony snuciem się po boisku. Spadek będący lustrzanym odbiciem gdańskiej organizacji.

Spadek, który jest nieunikniony. Nie będziemy tęsknić.

WIĘCEJ O LECHII GDAŃSK:

Fot. newspix.pl

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

58 komentarzy

Loading...