Reklama

Premia za angielski, obietnica złożona bratu, harówka rodziców. Historia Emiliano Martineza

Przemysław Michalak

Autor:Przemysław Michalak

21 grudnia 2022, 18:34 • 14 min czytania 71 komentarzy

Gdyby zakończył karierę na początku czerwca 2020 roku, byłby to news do umieszczenia gdzieś obok doniesień o spadku cen w punkcie skupu żywca. Prawie nikogo by ten fakt nie interesował i trudno się dziwić. W tamtym momencie już blisko 28-letni bramkarz w całej seniorskiej karierze klubowej miał na koncie zaledwie 103 mecze, podczas gdy taki Gigi Donnarumma przekroczył setkę spotkań przed dwudziestymi urodzinami. I nagle karta całkowicie się odwróciła, czego ukoronowaniem jest zdobycie mistrzostwa świata z reprezentacją Argentyny.

Premia za angielski, obietnica złożona bratu, harówka rodziców. Historia Emiliano Martineza

Historia Emiliano „Dibu” (pseudonim nawiązujący do bohatera argentyńskiej kreskówki „Mi familia es un dibujo”) Martineza chwilami jest szalona. Szalona jak on sam.

Każdy w życiu, aby do czegoś dojść, musi mieć czasem trochę szczęścia. Inna sprawa, czy jak już to szczęście nadejdzie, jest się gotowym do jego wykorzystania. Martinez był gotowy.

Emiliano Martinez – historia bramkarza, który został mistrzem świata z reprezentacją Argentyny

Kontuzja Leno przełomem

20 czerwca 2020. Premier League wzorem innych lig wznowiła rywalizację po covidzie, do końca sezonu jeszcze daleko. Arsenal mierzy się na wyjeździe z Brighton. Powoli dobiega końca pierwsza połowa. Bernd Leno wychodzi na przedpole i łapie piłkę szybciej niż próbujący do niej dojść Neal Maupay. Francuski (dodatkowy smaczek z perspektywy czasu) napastnik nie odpuszcza i popycha Leno. Niemiecki bramkarz doznaje kontuzji kolana, opuszcza boisko na noszach i wściekły wskazuje palcem na Maupaya, jakby chciał dać do zrozumienia, że go zapamięta.

Reklama

Między słupki „Kanonierów” wskakuje Martinez. Będzie to dla niego pierwszy występ w angielskiej ekstraklasie od kwietnia 2017 roku. Nie okazał się on zbyt szczęśliwy dla Argentyńczyka. Co prawda Arsenal potem prowadził, ale najpierw na kwadrans przed końcem wyrównał Lewis Dunk, a w 95. minucie zwycięskiego gola dla Brighton strzelił… Tak, właśnie Maupay.

„Dibu” nie załamał się i w kolejnych trzech meczach zachowywał czyste konto. W pięciu ostatnich już mu się ta sztuka nie udała, ale i tak zbierał pozytywne recenzje. W międzyczasie nie dał się pokonać gwiazdom Manchesteru City (2:0) w półfinale Pucharu Anglii, a w finale z Chelsea (2:1) został jednym z bohaterów i z nieukrywanym wzruszeniem mógł świętować swój największy sukces w dotychczasowej karierze. Wreszcie udało mu się pokazać najlepsze oblicze przed szerszą publicznością.

Argentyńczyk nie zamierzał zwlekać z pójściem za ciosem. Po zakończeniu sezonu głośno mówił, że dalsze siedzenie na ławce Arsenalu nie wchodzi w rachubę. – Pokazałem klubowi, że mogę dla niego grać. W następnym sezonie muszę zaliczyć więcej meczów. Tylko w takim wypadku zostanę w Arsenalu. Moim celem jest umocnienie swojej pozycji w drużynie i zostanie numerem jeden w reprezentacji Argentyny. Nie spocznę, póki tego nie osiągnę. Jeśli nie będę grał w Arsenalu, to oczywiście pójdę gdzie indziej – mówił jasno w rozmowie dla radia Continental.

Najdroższy argentyński bramkarz

Nowy sezon Argentyńczyk zaczął od zdobycia Tarczy Dobroczynności (wygrana w rzutach karnych z Liverpoolem). Mimo to menedżer Mikel Arteta nadal wyżej cenił Leno i to na niego zamierzał stawiać, więc sprawa stała się jasna: Martinez po dziesięciu latach definitywnie pożegna się z „The Gunners”. Liczył na to, że klub doceni jego lojalność i nie będzie sprawiał mu problemów, a w razie potrzeby nawet zejdzie trochę z ceny, zwłaszcza że rynek transferowy w obliczu pandemii wyhamował. Arsenal jednak nie zamierzał oddawać go za bezcen i po pewnych perturbacjach dopiął swego. Martinez za blisko 17,5 mln euro przeszedł do Aston Villi, stając się najdroższym argentyńskim bramkarzem w historii.

Reklama

Od tej chwili wszystko układa się dla niego znakomicie. W barwach „The Villans” jest nie do ruszenia. Już w debiucie obronił rzut karny z Sheffield United (1:0), błyskawicznie zaskarbiając sobie sympatię kibiców. Później wybronił jeszcze trzy jedenastki – dwie w ubiegłym sezonie (pojedynki z nim przegrali Bruno Fernandes i Pierre-Emerick Aubameyang) i jedną w obecnym (Wilfried Zaha).

Czy rywalami do gry byli Lovre Kalinić i Tom Heaton, czy Robin Olsen – bez znaczenia. Wszyscy musieli uznawać wyższość szalonego Argentyńczyka, który przez dwa i pół roku pobytu w Aston Villi opuścił zaledwie dwa ligowe spotkania. Dla tego klubu rozegrał już łącznie 91 meczów, niemalże wyrównując dorobek w liczbie oficjalnych występów ze wcześniejszych dziesięciu lat profesjonalnej kariery.

Co najważniejsze, wreszcie spełnił on największe marzenie i naprawdę został numerem jeden w reprezentacji. Premierowe powołanie otrzymał już w 2011 roku od Sergio Batisty, gdy drugim i trzecim sortem trzeba było wypełnić kadrę na towarzyskie konfrontacje z Nigerią i Polską (2:1 dla nas po golach Adriana Mierzejewskiego i Pawła Brożka). „Dibu” w obu meczach murawy nie powąchał, a na kolejnym zgrupowaniu stawił się dopiero po ośmiu latach. Znów czekała na niego ławka w sparingach. W październiku i listopadzie 2020 podczas eliminacji do katarskiego mundialu powtórka z rozrywki – Lionel Scaloni stawiał wtedy na Franco Armaniego z River Plate.

Gdy w 2018 roku karierę reprezentacyjną zakończył Sergio Romero (96 występów), Argentyńczycy zaczęli mieć problem z bramkarzami. Poza Armanim szansę dostawali Esteban Andrade, Geronimo Rulli, Paulo Gazzaniga czy Juan Musso, ale na dłuższą metę żaden nie przekonywał.

Narodziny córki motywacją w rzutach karnych z Kolumbią

Przełomem okazało się zaufanie Martinezowi. Scaloni w czerwcu 2021 dał mu zadebiutować, stawiając na niego w eliminacyjnych bojach z Chile i Kolumbią. W tym drugim golkiper Aston Villi doznał kontuzji i zszedł przed przerwą, ale na zaczynające się kilka dni później Copa America zdołał się wykurować. Tam po raz pierwszy pokazał swój mocny charakterek. Nie wpuścił nic z Urugwajem i Paragwajem w grupie oraz w ćwierćfinale z Ekwadorem i finale z Brazylią, ale najgłośniej było o nim po półfinale z Kolumbią. Doszło w nim do serii rzutów karnych. Martinez obronił aż trzy strzały rywali, których wcześniej prowokował i próbował wyprowadzić z równowagi.

Ewidentnie wybierał sobie zawodnika, którego chce podłamać. Odpuścił na początku Juanowi Cuadrado (trafił) i na końcu Edwinowi Cardonie (nie trafił), a wcześniej prowadził swoją grę z Davinsonem Sanchezem, Yerrym Miną i Miguelem Borją. – Śmiejesz się, ale jesteś zdenerwowany… Zjem cię żywcem! – krzyczał w kierunku Miny. Non stop gadał, w jego gestach było mnóstwo egzaltacji. Efekt? Z tej trójki tylko Borja posłał piłkę do siatki. Po wszystkim wymownie cieszył się tuż przy bramkarzu Albicelestes.

„Dibu” przed tym meczem był zmotywowany podwójnie, bo dopiero co jego żona urodziła córeczkę Avę. Mógł ją zobaczyć jedynie podczas wideokonferencji, ale i tak pękał z dumy. To ich drugie dziecko. Trzy lata wcześniej małżeństwo powitało na świecie syna Santiego. Żonę, portugalską projektantkę wnętrz Mandinhę Martinez, poznał w 2013 roku, gdy… czekał na autobus, który miał go zawieźć na trening Arsenalu. Zauroczył się od pierwszego wejrzenia, zaprosił ją na randkę i dalej poszło jak z płatka. Na początku porozumiewali się po angielsku. Z czasem ona nauczyła go portugalskiego, a on ją hiszpańskiego. Same korzyści.

Po czterech latach para wzięła ślub. Zaproszenie otrzymał m.in. Arsene Wenger, ale odmówił. Nie dlatego, że mu się nie chciało lub miał jakiś uraz do Argentyńczyka. Francuski menedżer generalnie wyznaje zasadę, że należy utrzymywać dystans w relacjach z zawodnikami, co przejawia się również w tym, że na takich uroczystościach nie bywa.

Docenienie w ojczyźnie

W finale Copa America Argentyna skromnie pokonała Brazylię. Wywalczyła pierwsze trofeum od 28 lat i pierwsze w erze Leo Messiego, który w dużej mierze dzięki temu sukcesowi dostał Złotą Piłkę za ubiegły rok. Martinez rzecz jasna został uznany najlepszym bramkarzem turnieju. – Dzisiejszej nocy będę spał jak niemowlę. To coś, o czym marzyłem od dziecka. Od pierwszego dnia zakładanie koszulki reprezentacji nie było presją, ale czymś, na co zasłużyłem – mówił uradowany.

Sukces zadedykował Messiemu i kibicom: – Dzisiaj biedni i bogaci znowu się uśmiechnęli, ta gówniana pandemia zjednoczyła nas wszystkich. Daliśmy im powód do radości. Chcę tylko powiedzieć, że Argentyńczykiem jestem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – komentował.

Ostatnie zdanie w jego przypadku mocno wybrzmiało. Martinez dotychczas był w ojczyźnie postacią praktycznie anonimową i mało poważaną. Trudno się dziwić, skoro wyjechał z kraju przed osiemnastymi urodzinami i nigdy nie rozegrał w Argentynie meczu na seniorskim poziomie.

Dzieciństwo miał raczej dobre. Nie pochodził z rozbitej rodziny, nie wychowywał się w skrajnej biedzie i patologicznym środowisku. Co nie znaczy, że w domu się przelewało. Zdecydowanie nie. Życie było bardzo skromne, ale godne.

Poświęcenie rodziców

Rodzice Martineza ciężko pracowali, żeby zapewnić mu dobry start. Ojciec harował w porcie, a matka sprzątała domy. – Uczniem byłem trochę leniwym, tak myślę, ale mimo to mama umieściła mnie i brata w Sagrada Família, która była czymś pomiędzy szkołą publiczną a prywatną. Zapewniano tam dobrą edukację. Mama pracowała po dziesięć godzin dziennie, by dać mi wykształcenie. A mój stary chodził do portu o świcie, rzadko go widywałem. Moja staruszka zostawiała nas na przystanku autobusowym o 6:30 lub 7 rano.  Widywałem się z nią dopiero późnym wieczorem, kiedy wracała z pracy do domu – wspominał bramkarz w rozmowie ze Star+.

Z piłką Martinez miał kontakt od małego, najpierw z jej halową odmianą. Do jedenastego roku życia grał w szkolnej drużynie futsalowej. W wieku dwunastu lat dostał się do CA Independente i zaczął trenować na poważnie. Spotkał tam swojego mentora Miguela Angela Santoro, byłego bramkarza i reprezentanta kraju. To on na dobre ustalił mu pozycję na boisku i odegrał kluczową rolę w jego rozwoju.

Dla rodziny zawodnika tak szybki wyjazd syna stanowił olbrzymie wyzwanie. I finansowe, i logistyczne. Jego ojciec wydawał praktycznie wszystkie pieniądze, by co dwa tygodnie podróżować do Avellanedy, oddalonej o 400 kilometrów od rodzinnego Mar der Plata. Czasami za pracę w porcie nie otrzymywał wypłaty terminowo i wtedy potrafił się zadłużyć u krewnych lub znajomych, byle znów mieć na bilet.

Najpierw Avellaneda, później Londyn

Rodzina starała się kontrolować, czy chłopak nie zaczyna schodzić na złą drogę i wszystko przebiega bez problemów. Kiedyś zaczęła być trochę zaniepokojona niektórymi nieodebranymi telefonami. Podejrzewała, że może zaczął opuszczać treningi, co zdarzało się jego kolegom. Ale nie „Dibu”. Okazało się, że każdego popołudnia dodatkowo zostawał po zajęciach na siłowni i dlatego meldował się w ośrodku trochę później.

Ta historia pokazywała jego charakter. Od małego był niesamowicie nakręcony na rozwój i sukces. – Od najmłodszych lat czuł, że osiągnie coś wielkiego, taką ma mentalność. Gdy był w kadrze U-17, od razu celował w pierwszą reprezentację, a nie w U-20. Był jak zaprogramowany. Widzisz wielu dobrych, obiecujących zawodników, ale nie wszyscy mają takie ambicje i taki głód chwały. On to ma – opowiadał portalowi infobae.com jeden z jego znajomych z Mar der Plata.

Nic więc dziwnego, że gdy w kwietniu 2009 zachwycił skauta Arsenalu podczas MŚ U-17 i otrzymał propozycję przeprowadzki do Londynu, zdecydował się na ten krok. Najpierw pojechał na 10-dniowy rekonesans, podczas którego towarzyszył mu trener z Independente, czyli wspomniany Miguel Angel Santoro. Spodobał się i ostatecznie w lipcu 2010 doszło do transferu.

Nagle 400 kilometrów od domu było niemalże jak wypad na drugą stronę ulicy, bo teraz od rodzinnych stron dzieliło go 11 tysięcy kilometrów. Rodzice przyjeżdżali do niego na zmianę, przeważnie w miesięcznych cyklach.

Premie za angielski

O syna mogli być spokojni. Ktoś tak żądny rozwoju trafił do idealnego środowiska. Przykład? W Arsenalu obiecano mu, że jeśli szybko nauczy się angielskiego, otrzyma premię. Nauczył się, po niewiele ponad miesiącu premię otrzymał. Dla klubu były to grosze, dla domowego budżetu znacząca kwota.

Martinez do dziś zwraca dużą uwagę na dietę, choć nie jest fundamentalistą. Zdarza mu się spałaszować ulubioną czekoladę, a na imprezie nie je tylko jarmużu. Po prostu się nie przejada. Swój postęp Argentyńczyk przypisuje też zajęciom z pilatesu, medytacji i – od niedawna – tajskiego boksu. Do swojej codzienności dołączył także współpracę z psychologiem.

Wsparcie mentalne z pewnością nieraz było mu potrzebne, bo ciągle nie mógł rozwinąć skrzydeł. Arsenal na przestrzeni dekady wypożyczył go do sześciu różnych klubów. Debiut w seniorskiej piłce zaliczył w ostatniej kolejce sezonu 2011/12, gdy odszedł jednorazowo do czwartoligowego Oxford United. Wspomnienie kiepskie, on i jego chwilowi koledzy przegrali 0:3 z Port Vale.

Wypożyczenie za wypożyczeniem

W następnym sezonie, 26 września 2012, w meczu Pucharu Ligi z Coventry (6:1) doczekał się premierowego występu w barwach „Kanonierów”. Pod nieobecność kontuzjowanych Wojciecha Szczęsnego i Łukasza Fabiańskiego sporo siedział też na ławce w Premier League, będąc zmiennikiem dla Vito Mannone. Czas jednak leciał, a on doświadczenia meczowego nie nabywał. Dopiero w październiku 2013 został awaryjnie wypożyczony na 28 dni do rywalizującego w Championship Sheffield Wednesday. Później jego pobyt w zespole „Sów” przedłużono na resztę sezonu. Rywalizację z Chrisem Kirklandem częściej przegrywał niż wygrywał, ale 11 meczów na zapleczu angielskiej ekstraklasy uzbierał. Coś się ruszyło.

Jesień 2014 przyniosła małe nagrody za ciężką pracę. „Dibu” zadebiutował i w Lidze Mistrzów (dwa mecze), i w Premier League (cztery mecze). W drugim przypadku chodziło o kontuzję Szczęsnego z Manchesterem United, konieczna była zmiana jeszcze w pierwszej połowie.

Wiosną na końcówkę sezonu Martinez znów zszedł szczebel niżej i wystąpił w ośmiu ostatnich spotkaniach Rotherhamu. Również dzięki jego postawie udało się tej drużynie utrzymać. Latem 2015 w Arsenalu doszło do bramkarskich przetasowań. Szczęsny odszedł do Romy, a w jego miejsce przyszedł Petr Cech. Nic się nie zmieniało dla samego Argentyńczyka. Ciągle musiałby się liczyć z rolą rezerwowego, dlatego tym razem od razu został wysłany na rok do Wolverhampton. Dobrze mu tam szło, bronił regularnie, lecz w listopadzie doznał kontuzji uda. Wypadł na półtora miesiąca, Carl Ikeme zdążył ugruntować swoją pozycję między słupkami i Martinez więcej murawy nie powąchał.

Czas leciał, a przełom nie nadchodził.

  • sezon 2016/17 – dwa mecze w Premier League, trzy w Pucharze Ligi
  • sezon 2017/18 – bezowocne wypożyczenie do Getafe (cztery spotkania w La Liga), przegrana walka o skład z rodakiem Oscarem Ustarim
  • sezon 2018/19 – dalsze grzanie ławy w Arsenalu przez pierwsze półrocze

Obietnica złożona bratu

Zimą 2019 „Dibu” powędrował na jedną rundę do Reading i miał najdłuższą serię nieprzerwanej gry w karierze. Od pierwszego do ostatniego dnia pobytu w klubie Championship był „jedynką”, rozegrał komplet osiemnastu meczów ligowych. Kilka razy mocno się wyróżnił.

Szóste wypożyczenie dobiegło końca, szósty raz argentyński bramkarz wrócił do Arsenalu. Poza Ligą Europy ciągle pełnił rolę zmiennika, aż wreszcie nadszedł covid, po pandemicznej przerwie kontuzji doznał Leno i reszta jest już historią. Po dziesięciu latach udało się wyjść z cienia.

Dla Martineza najważniejsze było to, że przebił się do reprezentacji. Podczas MŚ 2014 organizował grilla ze znajomymi i marzył. Podczas MŚ 2018 z wysokości trybun śledził z bratem mecz z Francją i marzył. – W Rosji obiecałem mu, że następne mistrzostwa świata będą moje, że na nich zagram – wyjawił.

Prawda jest taka, że ​​moim marzeniem było zagranie meczu w drużynie narodowej. Śniłem o tym od pierwszego dnia, to pchało mnie do przodu – ponownie podkreślił.

Swój błysk na mundialu w Katarze niejako przewidział po triumfie w Copa America. – Jak już się uda, zaczynasz marzyć o wielkich rzeczach. Kiedy zaczynało się Copa America, marzyłem o wygraniu go. Teraz zagram na mundialu i marzę o tym, żeby go wygrać, marzę o byciu najlepszym bramkarzem MŚ – mówił kilka miesięcy przed startem turnieju.

Show w Katarze

Cóż, nie rzucał słów na wiatr. W fazie grupowej jeszcze za bardzo nie rzucał się w oczy. Arabia Saudyjska oddała dwa celne strzały na jego bramkę i wygrała. Z Meksykiem i Polską nie miał poważnej interwencji. Show zostawił na fazę pucharową. W 1/8 finału w ostatniej akcji meczu wygrał pojedynek z Garangiem Kuolem, dzięki czemu Australia nie doprowadziła do sensacyjnej dogrywki. W ćwierćfinale z Holandią w serii rzutów karnych na „dzień dobry” odbił uderzenia Van Dijka i Berghuisa.

Został bohaterem po raz pierwszy.

Półfinał z Chorwacją był dla niego spokojny, za to decydujące spotkanie z Francją… Ależ zrobił różnicę! Gdyby nie jego fantastyczna interwencja w ostatnich sekundach dogrywki po strzale Kolo Muaniego, nawet nie mielibyśmy rzutów karnych. W konkursie jedenastek „Dibu” nawiązał do swoich wyczynów z Kolumbią. Gadał, prowokował, patrzył prosto w oczy, podchodził do piłki, wykonywał różne gesty. Szymon Marciniak w końcu pokazał mu żółtą kartkę. Na Twitterze powstała nawet obszerna analiza na ten temat autorstwa eksperta od psychologii w sporcie.

Swój cel Martinez osiągnął – strzał Comana zatrzymał, Tchouameni nawet nie trafił w bramkę. Argentyna została mistrzem świata z nim w bramce. Najśmielsze sny stały się jawą.

Szkoda tylko, że po sukcesie pokazał się z tej gorszej, trochę buraczanej strony. Obsceniczny gest zaraz po otrzymaniu Złotej Rękawicy dla najlepszego bramkarza mundialu, „minuta ciszy” dla Mbappe w szatni, zdjęcie gwiazdy PSG umieszczone na lalce podczas przejazdu autobusem. O ile pierwsze dwa momenty od biedy można jeszcze tłumaczyć adrenaliną i emocjami na gorąco, to na ostatnie zachowanie wytłumaczenia się nie znajdzie. Brak klasy, zdecydowanie.

Mówimy o gościu, którego nie lubi się z gruntu. W zasadzie może nawet lubią go tylko ci, którzy kibicują jego drużynom. Nie można mu jednak odmówić tego, że przeszedł niebywale długą i wyboistą drogę, by wdrapać się na sam szczyt. Wielu na jego miejscu by się poddało i dało sobie spokój. On ciągle walczył i dlatego po latach posuchy przeżywa teraz lata obfitości. W karierze klubowej najlepsze chyba dopiero przed nim. Media już łączyły go z Bayernem, Juventusem i Manchesterem United…

CZYTAJ WIĘCEJ O PIŁCE POLSKIEJ I ZAGRANICZNEJ:

Fot. FotoPyK/Newspix

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń

Najnowsze

EURO 2024

Były reprezentant Francji: Polska i Szkocja to najsłabsze drużyny na tym EURO

Arek Dobruchowski
9
Były reprezentant Francji: Polska i Szkocja to najsłabsze drużyny na tym EURO

Mistrzostwa Świata 2022

EURO 2024

Były reprezentant Francji: Polska i Szkocja to najsłabsze drużyny na tym EURO

Arek Dobruchowski
9
Były reprezentant Francji: Polska i Szkocja to najsłabsze drużyny na tym EURO

Komentarze

71 komentarzy

Loading...