Reklama

Szukanie przewag. Dlaczego Korona zwolniła trenera, który na to nie zasłużył?

Jakub Białek

Autor:Jakub Białek

01 listopada 2022, 09:01 • 18 min czytania 65 komentarzy

Leszek Ojrzyński punktował tak, jak powinien punktować trener Korony Kielce. Leszek Ojrzyński preferował taką piłkę, jaką powinien preferować trener Korony Kielce. I jednocześnie Leszek Ojrzyński stracił pracę. Korona Kielce nie chce trenera, który punktuje na miarę możliwości. Chce trenera, który zapunktuje ponad stan. Zrobi coś, co od 2,5 lat robi cały odbudowujący się klub. Coś, co teoretycznie nie ma prawa się wydarzyć.

Szukanie przewag. Dlaczego Korona zwolniła trenera, który na to nie zasłużył?

Przyznam, że od soboty biję się z myślami, co mam tak właściwie myśleć na temat pożegnania Leszka Ojrzyńskiego. Raz bliżej mi do tego, że to decyzja, którą sam bym podjął, by za chwilę dojść do wniosku, że były trener złocisto-krwistych nie zasłużył na pożegnanie. To póki co najbardziej nieoczywista zmiana na stołku trenerskim w tym sezonie. Nigdy bym nie sądził, że napiszę to zdanie akurat w rundzie, gdy pracę w Piaście Gliwice straci Waldemar Fornalik.

Rację mają ci, którzy twierdzą, że Leszek Ojrzyński nie zasłużył na zwolnienie.

Rację mają także ci, którzy sądzą, że z Leszkiem Ojrzyńskim Korona obrała kurs na pierwszą ligę.

Czy to świadczy o słabości Korony Kielce? Tak.

Reklama

Ale czy można się jej dziwić, że chciała szybko się wyrwać z sentymentalnego potrzasku? Dla Korony to trochę jak wyprzedaż rodzinnych pamiątek w lombardzie, by spłacić chwilówkę. Niby głupio. Niby się nie powinno. Ale może nad głową nie będzie wisiał komornik.

Leszek Ojrzyński – jedna z największych postaci w historii Korony

O błędach popełnianych przez Krzysztofa Zająca i niemieckich właścicieli można napisać opasłą rozprawkę, co zresztą zrobiłem. Jednym z nich – pozornie mało istotnym, a jednak niezwykle ważnym – był brak świadomości, jakim miejscem się zarządza. Konsekwencją tego podejścia było nieposzanowanie zasłużonych postaci, które budowały tożsamość kieleckiego klubu. Na dłuższą metę nie da się fascynować Matejem Pućko, skoro zamiast niego mógł grać Jacek Kiełb, ale prezes nie potrafił się z nim dogadać. Na dłuższą metę ciężko jest lubić klub, który zwolnił każdego, kto budził powszechną sympatię.

Korona straciła swoją tożsamość, a absurdalne i patologiczne zarządzanie tylko pogłębiało kryzys wizerunkowy, który przełożył się na odwrócenie się kibiców od klubu. Kibiców nie tylko rozczarowanych, ale i zmęczonych. Bo Korona wywoływała u niemieckiego schyłku jedynie negatywne emocje. Kilka lat przed Zającem i resztą była – jak pisaliśmy na Weszło – obiektem pożądania całej kibicowskiej Polski. Wkrótce stała się klubem wręcz odrażającym.

Zwalniając Leszka Ojrzyńskiego, Korona sprzeniewierzyła się swoim nowym ideałom.

Odrzuciła jakikolwiek sentyment.

Jeśli miałbym jednym zdaniem opisać kierunek, w jakim podąża Korona Kielce od momentu odbicia jej przez miasto, napisałbym, że robi wszystko odwrotnie do niemieckiego właściciela. Korona była zamknięta na świat wewnętrzny i dialog z własnymi kibicami? Korona stara się być transparentna i docenia zdanie kibiców, czasem wręcz do przesady. Kielecka społeczność obserwowała z trybun przypadkowych obcokrajowców? Od 2,5 roku ogląda szatnię opartą na polskich piłkarzach. Poprzednie władze generowały straty? Obecne tworzą rozsądny finansowo, profesjonalny klub. No i szanują zasłużone postaci. Nie ma przypadku w tym, że akurat Paweł Golański został dyrektorem sportowym, Marek Mierzwa wrócił do klubu na wyższe stanowisko niż wcześniej, a kapitanem jest Jacek Kiełb.

Reklama

I nie ma przypadku w tym, że po zwolnieniu Dominika Nowaka kielecki klub sięgnął po Leszka Ojrzyńskiego.  Szereg tego typu ruchów sprawił, że Korona na nowo pozwoliła się lubić. Dlatego gdy zaczęły zgadzać się wyniki i Korona wróciła do elity, w Kielcach zapanowała euforia. Oglądaliśmy ponadprzeciętne zainteresowanie, ponadprzeciętną frekwencję, ponadprzeciętną ocenę tego, co dzieje się wewnątrz struktur klubu.

Tę euforię najbardziej zbudowały wyniki, sam awans, to oczywiste. Ale bez odbudowy tożsamości klub nigdy nie dostałby tak dużego kredytu zaufania. Bo prawdopodobnie nigdy wcześniej Korona nie cieszyła się takim poparciem, jak świeżo po powrocie do Ekstraklasy.

Jednym z najważniejszych elementów tej tożsamości był Leszek Ojrzyński.

Pożegnanie się z zasłużonym szkoleniowcem to niejako zaprzeczenie wizji, jaką Korona wyniosła na sztandary. Zwłaszcza, gdy żegna się go przed momentem krytycznym, nie dając mu możliwości wyjścia z kryzysu i jednocześnie w sytuacji, w której osiągnął poprawny wynik. Żeby dobrze zrozumieć tę historię, należy przypomnieć pierwszy okres pracy tego szkoleniowca w Kielcach. Trafił do klubu jako trener znikąd – wyszydzany i z marnym CV. Szybko stworzył unikalną drużynę, która trafiła na usta całej piłkarskiej polski.

Bandę, która wprowadziła jazdę na dupach na wyższy poziom. Może i było to mało finezyjne, ale dawało wyniki i ekscytowało kibiców.

Bandę wstawiającą się za trybunami, gdy tych ze stadionu wypraszała policja.

Bandę, która jako pierwsza w Polsce skradła serca nie tylko meczami, ale i filmikami klubowej telewizji, które pokazywały życie szatni od wewnątrz.

Bandę, która zajęła piąte miejsce w lidze – najwyższe w historii.

Autor tego wszystkiego został wówczas pożegnany w okolicznościach, które nie miały prawa się wydarzyć. Miał swoje zdanie, swój charakter, był niewygodny dla umocowanych w mieście władz, które nie miały zbyt dużego pojęcia o piłce. Wystarczyło mu więc pół potknięcia, by stracić pracę. Zwolniono go po trzeciej kolejce ligowej. Bez krzty szacunku.

Pamiętam, jak po zwolnieniu Leszka Ojrzyńskiego na stadion przyszła duża grupa kibiców. Przekonywała prezesa i dyrektora sportowego, że to nie jest dobra decyzja. Skandowała na cześć zwolnionego trenera. Wstawiała się za nim.

Pamiętam, jak w tym samym dniu zadzwoniłem do Leszka Ojrzyńskiego, by skomentował swoje odejście. Jechał autem. Łamał mu się głos.

Pamiętam, jak w moim wywiadzie Tomasz Lisowski komentując zwolnienie szkoleniowca powiedział, że wskoczyłby za Ojrzyńskim w ogień. Chwilę później przesunięto go do rezerw.

Nie było kibica ani piłkarza, który popierał to zwolnienie.

Nie było trenera, do którego trybuny Korony częściej wzdychały.

Jego związek z Kielcami był tak duży, że po utracie pracy przez kilka lat nie wyprowadził się z tego miasta. W stolicy województwa świętokrzyskiego osiedliła się jego rodzina, a on mieszkał tam w momencie, gdy akurat nie prowadził żadnej drużyny. Korona wiele zawdzięcza Ojrzyńskiemu, ale i Ojrzyński wiele zawdzięcza Koronie, bo od tamtego czasu zawsze podejmował pracę na poziomie Ekstraklasy. Aż do powrotu do Kielc, gdzie sam sobie tę Ekstraklasę wywalczył. Oba te okresy sprawiają, że Ojrzyński to jedna z najważniejszych postaci w historii Korony. W Łodzi mogą wspominać czasy Wielkiego Widzewa, w Górniku mogą wzdychać do któregoś z czternastu mistrzostw, w Legii czci się Deynę czy  Brychczego. Korona ma „Bandę Świrów”, Ojrzyńskiego i piąte miejsce na koniec sezonu.

To najlepszy okres w historii klubu.

Trener na zawsze

Gdy pracę stracił Maciej Bartoszek, Leszek Ojrzyński pracował jeszcze w Stali Mielec. Gdy z posadą pożegnał się Dominik Nowak, był już bezrobotny. Oczywistym było więc, że Korona zgłosi się po jego usługi. Tak oczywistym, że Paweł Golański nawet nie ukrywał w wywiadach, że prowadzi rozmowy z tym kandydatem. A przecież praktycznie żaden polski klub nie mówi otwarcie: rozmawiamy z tym i z tym trenerem.

Koniec końców to Ojrzyński zrobił ukłon wobec Korony, a nie na odwrót. Gdy odebrał telefon od Pawła Golańskiego, plotkowano o tym, że może przejąć Legię. Do tej pory przyjmował oferty wyłącznie z Ekstraklasy. Od czasów „Bandy Świrów” po raz pierwszy zszedł na niższy poziom.

Dla Korony.

Wyglądało to jak małżeństwo idealne. Zwłaszcza, że skończyło się ono powrotem do Ekstraklasy. W pierwszej lidze Ojrzyński wcale nie odmienił Korony. Punktował gorzej niż Dominik Nowak, który opuszczał ją będąc na trzecim miejscu. Ojrzyński skończył na czwartym. Awansował do Ekstraklasy, więc wszystko zostało mu zapomniane. Zapanowała euforia. W Kielcach można było wtedy usłyszeć, co słyszałem i ja od ważnych osób, że to trener na zawsze.

Nie na sezon.

Nie na pięć sezonów.

Na zawsze.

I jeśli ktoś będzie musiał go zwolnić, to prędzej sam zrezygnuje z pracy.

Wyniki zgodne z potencjałem

Zastanowiłem się, ilu zawodników Korony Z PEWNOŚCIĄ dostałaby szansę w Ekstraklasie, gdyby ta spadła z ligi. Nie mam wątpliwości tylko co do trzech nazwisk. Jakub Łukowski i Dawid Błanik – oni na sto procent dostaliby kilka propozycji, nawet z dobrych klubów. Bartosz Śpiączka także, skoro przed sezonem chciały go Widzew Łódź, a więc rewelacja ligi, i Lech Poznań, a więc aktualny mistrz. Może także Ronaldo Deaconu, który zdradza potencjał, ale nie jest on jeszcze wykorzystany. Zastanawiałbym się nad Trojakiem, może ewentualnie Takacem.

Ale pewność mam co do trzech piłkarzy.

Jeśli tylko trzech piłkarzy bezdyskusyjnie nadaje się na Ekstraklasę, to nie może być jakościowa drużyna.

Choć kadra Korony jest zbudowana w logiczny sposób, piłkarze pasują do siebie charakterologicznie, jest względnie szeroka, a trener otrzymał wzmocnienia przed rozpoczęciem przygotowań, nie mam wrażenia, że znajdę trzy zespoły, które dysponują gorszymi personaliami. Nie mam wrażenia wręcz, że znajdę choćby jeden. Pod względem nazwisk stawiałbym Koronę w szeregu z Miedzią Legnica i Stalą Mielec.

Gdyby o wyniku w Ekstraklasie decydowała logika oparta na suchym porównaniu kadr poszczególnych zespołów, Korona w najlepszym wypadku byłaby szesnasta. Czyli spadłaby z ligi.

Z tego powodu trudno obwiniać Leszka Ojrzyńskiego za to, że skończył na siedemnastym miejscu, mając jednocześnie jeden punkt straty do bezpiecznej pozycji. To wynik, który odzwierciedla potencjał Korony. Po prostu. Ojrzyński ani nie punktował ponad stan, ani nie punktował poniżej potencjału. Wykręcił dokładnie taki rezultat, jaki powinien wykręcić z tą kadrą. Logiczny. Jego zespół strzelił tyle goli, ile wskazuje współczynnik xGoals. Według klasyfikacji xPoints, powinien być na piętnastym miejscu, ostatnim bezpiecznym.

Dlatego nie da się powiedzieć, że Ojrzyński w oczywisty sposób zmarnował potencjał zespołu. Nie pozostawia też drużyny w dramatycznej sytuacji. Choć nie wygrał od dziewięciu meczów, jeśli policzymy je z Pucharem Polski, to dopiero w jedenastej kolejce zawitał po raz pierwszy w strefie spadkowej. W dwunastej kolejce z niej wyszedł. W trzynastej znów do niej trafił i Korona tkwi w niej do dziś, trzymając jednocześnie kontakt z zespołami, które są nad nią. Rywale jej nie uciekli. Wciąż wystarczy jedno zwycięstwo, by wydostać się z czerwonych miejsc.

Można nazwać to kryzysem. Można stwierdzić też, że po niezłym początku Korona zaczęła równać do średniej i znalazła się w miejscu, w którym powinna znajdować się przez cały sezon. Leszek Ojrzyński, tak po prostu, punktował zgodnie z możliwościami. Wykręcał logiczny wynik i jednocześnie nie dostał szansy na wyjście z… no właśnie, z dołka? Skoro punktował zgodnie z logiką, to jaki to dołek?

To wymiar czysto sportowy, do którego dochodzi także wymiar ludzki. Gdy władze Korony sięgają akurat po Ojrzyńskiego, po najlepszego trenera w historii klubu, po tak zasłużoną postać, to aż prosi się o większy kredyt zaufania. Prawdziwą szansą na wyjście z kryzysu byłoby pozostawienie szkoleniowca na rundę wiosenną i ocenienie po kilku kolejkach, jak radzi sobie po zimowych wzmocnieniach (w Kielcach zapowiadają cztery-pięć transferów). Po ludzku Ojrzyński nie zasłużył na zwolnienie.

Było to bezduszne.

Bez sentymentów.

Trochę jak w starej Koronie.

Odpowiedni styl, który nie działa

W kontekście Leszka Ojrzyńskiego wiele mówi się o stylu. Reaktywnym, prymitywnym, uwłaczającym trenerom-idealistom. To styl idealnie skrojony pod Koronę. Tylko taka gra była w stanie dać jej przewagę nad rywalami, której nie można było szukać w nazwiskach. Tylko taki styl mógł zamaskować mankamenty jakościowe. Tylko taki styl mógł dać wyniki ponad stan. Zbyt wiele było w tej lidze beniaminków, którzy próbowali grać ładnie. Spadł ŁKS. Spadło Podbeskidzie. Dopiero co spadł Bruk-Bet. Choć przykład Widzewa robi wrażenie, beniaminkowie nie powinni snuć naiwnych wizji o efektownym futbolu. W ostatnich pięciu latach aż 63% z nich wróciło na zaplecze po pierwszym sezonie w Ekstraklasie.

Problemem nie był więc pomysł Leszka Ojrzyńskiego, a to, że ten pomysł przestał działać. Nie zawiodła idea. Zawiodło wykonanie. Gdyby Korona grała w każdym meczu tak, jak w pierwszej kolejce z Legią, spokojnie utrzymałaby się w lidze. Atakowała wtedy wysokim pressingiem. Uprzykrzała rywalowi życie ostrymi i zdecydowanymi pojedynkami. Trzymała piłkę z daleka od własnej bramki. Gdy już ją odebrała, z odwagą poczynała sobie na połowie rywala. Choć spotkanie zakończyło się remisem, to były naprawdę dobre zawody w wykonaniu kieleckiej drużyny.

Korona grała wtedy reaktywnie, prymitywnie i prosto. To nie jest więc tak, że w Koronie zawiódł sam styl i z tym pomysłem nie można ugrać utrzymania. Zawiodło to, że ten styl przestał działać. I nie dlatego, że rywale go rozczytali, a dlatego, że sami piłkarze nie potrafili przełożyć na boisko przewag wynikających z tego sposobu grania, co jest oczywiście zarzutem do szkoleniowca. Myśl trenera nie ma wartości, jeśli piłkarze nie potrafią jej zrealizować.

Można wybijać długą piłkę spod bramki, jeśli chce się od razu założyć wysoki pressing, by przechwycić ją na połowie rywala. Ale gdy wybija się ją tylko po to, by oddać odpowiedzialność za grę przeciwnikowi i na nowo uformować szyki ustawionego na własnej połowie autobusu, nie ma to sensu. Można postawić na głęboką defensywę w poszczególnych fragmentach meczu, ale nie w sytuacji, gdy to twój jedyny pomysł na 75 minut spotkania (jak z Piastem, gdy po zdobytej bramce złocisto-krwiści włączyli tryb „murarka”). Rywal nie musi grać wielkiej piłki, ale i tak coś ci wciśnie albo samemu pod nieustanną presją popełnisz błąd, jak Corral z Rakowem. To nie jest pech. To nie jest porażka po przypadkowym indywidualnym błędzie. To naturalna konsekwencja nastawienia, z jakim wychodzisz na boisko.

Nie możesz też stawiając na prosty futbol nie opanować takiego elementu jak stały fragment gry. Nie licząc karnych, Korona strzeliła tylko trzy takie bramki, z czego dwie po rzutach z autu. Po rzutach rożnych – okrągłe zero. To duża porażka Ojrzyńskiego i jego specjalisty od stałych fragmentów gry, Michała Macka, który cieszy się dobrą opinią w środowisku. I także został zwolniony. Jeśli grasz prostą piłkę i rzadko tworzysz efektowne akcje pod bramką rywala, ten element gry musi być twoją przewagą. Tak jak w Stali Mielec, która strzeliła już jedenaście goli po SFG, co stanowi prawie 53% jej wszystkich trafień.

Można ograniczać efektywny czas gry, ale trzeba robić to z głową. Jeśli jedynym pomysłem Korony na mecz z Rakowem było urywanie sekund od początku spotkania, by jakoś dotrwać do 0:0, to trudno nazwać to inaczej niż pogwałceniem futbolu. Efektywny czas gry kielczan w tym meczu to około 10 minut, mieli 26% posiadania piłki, wymienili o 332 mniej podań niż przeciwnik, a ich celność to zaledwie 58%. Niemalże co drugie podanie Korony w tym meczu było nieudane. CO DRUGIE. Wynik 0:1 z Rakowem nie wygląda źle. Ale wyjście na boisko z chęcią gry o 0:0 poprzez kopanie na auty wygląda katastrofalnie. Tak samo jak statystyka efektywnego czasu gry, jaką pokazaliśmy w Weszłopolskich. Żadna drużyna od sezonu 15/16 nie miała piłki przy nodze rzadziej niż Korona. Żadna.

Inne statystyki też są brutalne – najwięcej fauli w lidze, ścisła czołówka obejrzanych żółtych kartek, najmniejsze posiadanie piłki.

Korona zagrała w tym sezonie sześć naprawdę słabych spotkań. Z Cracovią, kiedy nie miała żadnych argumentów. Z Wisłą Płock, gdzie miała ich ciut więcej, lecz choć przegrała po błędach indywidualnych, to nie zasłużyła na nic innego niż porażka z rozpędzoną ekipą „Nafciarzy”. Z Górnikiem, gdy przeszła do głębokiej defensywy w momencie, gdy wyszła na prowadzenie. Z Piastem, gdy zastosowała podobny manewr. Z Zagłębiem Lubin, gdy żadna ze stron nie miała pomysłu na przejęcie kontroli nad meczem, a Korona wyrównała po golu w doliczonym czasie gry, gdy w polu karnym zameldowali się dwaj stoperzy. No i z Rakowem.

Jednocześnie w kilku przegranych meczach można odnaleźć wiele pozytywów bądź usprawiedliwień. Warta Poznań? Sasza Balić szybko obejrzał czerwoną kartkę, co niejako ukształtowało losy tego spotkania. Inną sprawą jest fakt, że chyba tylko Leszek Ojrzyński mógł zaufać temu piłkarzowi na poziomie Ekstraklasy. Ze Stalą Mielec mylił się bramkarz, a Korona stworzyła sobie cztery realne sytuacje bramkowe po rzutach rożnych, lecz żadnej z nich nie wykorzystała. Z Jagiellonią przegrała przez dwukrotne zagranie ręką w polu karnym. Zagrała odważnie i stworzyła sporo sytuacji (siedem celnych strzałów). Z Pogonią zaliczyła katastrofalną pierwszą połowę, ale już w drugiej wręcz tłamsiła swojego rywala. W żadnym ze spotkań nie doznała sromotnej klęski, kompromitacji czy brutalnego oklepu. Zawodziła, ale nie na całej linii.

WESZŁOPOLSCY. ROZMOWA Z PREZESEM KORONY I BITWA O OJRZYŃSKIEGO:

Leszek Ojrzyński starał się reagować na to, co się dzieje. Przechodził z ustawienia czwórką w obronie na trójkę. Gdy Konrad Forenc nie dojeżdżał, dokonał zmiany w bramce. Z meczu na mecz rotował piłkarzami. Odsunął od jedenastki jednego z najbardziej zaufanych żołnierzy z pierwszej ligi, Jacka Podgórskiego. Zaufał Ronaldo Deaconu, który wygląda na gościa, który zaraz odpali. Nie miał planu B na kontuzję Śpiączki, ale nie miał prawa go mieć, skoro dysponował jedynie Szykawką, który nie jest znany ze strzelania goli. Nie jest też jego winą, że latem dostał tylko jednego nowego stopera (wspomnianego Saszę Balicia) i musiał wystawiać na tej pozycji defensywnych pomocników – Miłosza Trojaka i Adama Deję. Niespodziewanie ten pierwszy okazał się najsensowniejszym środkowym obrońcą w kadrze. Można mówić, że Korona nie pomogła Ojrzyńskiemu transferami, bo nie ściągnęła nikogo hitowego. To nie jest jednak tak, że Korona popełniła błędy albo nie chciała się wzmocnić. Jej po prostu nie było stać na szersze ruchy.

Sam Leszek Ojrzyński wygląda w tym wszystkim jak trener, który nieco zatrzymał się w rozwoju. Jeszcze niedawno wydawał się szkoleniowcem stworzonym dla ligowych słabeuszy. Jego pomysły przestały się sprawdzać na poziomie Ekstraklasy, w której nawet pragmatycznie grające zespoły oferują znacznie więcej niż jego Korona Kielce. Bo pragmatyzm też trzeba rozwijać i rzadko oznacza on jedynie zamknięcie się we własnym polu karnym. Po awansie oceniano tego szkoleniowca jednoznacznie pozytywnie. Euforyczny romantyzm szybko zabiła proza życia. Po odłożeniu różowych okularów na półkę na wierzch wyszły wszelkie warsztatowe mankamenty szkoleniowca.

Piłka idzie do przodu, nawet ta ekstraklasowa. To już nie są czasy, w których wystarczy solidna pompka motywacyjna. Dziś liczy się merytoryka, konkretne wskazówki, konkretne pomysły. A tych po drużynach Leszka Ojrzyńskiego widać coraz mniej. Mit „Bandy Świrów” okazał się mitem. Czymś, czego nie da się już odtworzyć w 2022 roku. Choć w Kielcach nikt głośno nie mówił o tworzeniu drugiej „Bandy Świrów”, a wręcz oburzano się na podobne porównania, to sposób budowania kadry jasno wskazywał na próbę stworzenia czegoś na wzór najlepszej drużyny w historii Korony.

Szukanie przewag

Korona Kielce zdaje sobie sprawę, że nie utrzyma się z trenerem, który punktuje na miarę możliwości.

Bo te możliwości nie są wyższe niż szesnaste miejsce na koniec sezonu.

Wartę Poznań też trudno się ogląda, ale Warta Poznań, od kiedy objął ją Szulczek, jest szóstą najlepiej punktującą drużyną w lidze. Młody trener również stawia na prostotę i pragmatyzm. Różnica pomiędzy Wartą a Koroną jest taka, że w Warcie pragmatyzm przynosi konkretne efekty, a w Koronie przestał działać. Stal pokazuje, że można połączyć prostą piłkę z odważnym kreowaniem akcji, oddalaniem piłki od swojego pola karnego i częstym nękaniem rywala próbami ataków. Dariusz Banasik również oparł rewelację ligi na prostym i bezpośrednim futbolu. Władze Radomiaka przekonują się właśnie, że postawienie na nieco ładniejszy futbol (a ten ma zagwarantować Mariusz Lewandowski) nie zawsze jest takie łatwe.

Korona chce mieć swojego Szulczka, swojego Majewskiego, swojego Banasika. Trenera, który może mieć identyczną wizję futbolu, co Leszek Ojrzyński, ale skutecznie ją wprowadzi. Sprawi, że piłkarze będą wiedzieli, jak grać. Postawią pressing, gdy trzeba to zrobić. Nie zamurują się pod własną bramką, bo to do niczego nie prowadzi. Znajdą pomysł na stały fragment gry. Będą w tym wszystkim powtarzalni.

Jak Warta Poznań.

Jak Stal Mielec.

Jak niegdyś Radomiak.

Korona Kielce chce znów wykręcić ponad stan, tak jak w poprzednim sezonie. Choć w Kielcach nikt nie przyznał, że postawiono wówczas wszystko na jedną kartę, to jednocześnie można było usłyszeć, że brak awansu spowodowałby ogromną restrukturyzację klubu – cięcia, oszczędności, obniżenie jakości sportowej kosztem zbilansowania budżetu. Palcem groził nawet główny sponsor, firma Suzuki, która odpowiadała w pierwszej lidze za 30% budżetu. W jednej z wypowiedzi zawiadujący nią Piotr Dulnik powiedział, że „musi być Ekstraklasa, ponieważ dalsza egzystencja w pierwszej lidze z punktu widzenia sponsora mija się z celem”. W wielu miejscach można było usłyszeć, że w razie braku awansu Korona może świadomie stać się przeciętniakiem pierwszej ligi. Bo na coś więcej zwyczajnie zabrakłoby pieniędzy. To nie był awans ponad stan dlatego, że Korona miała zbyt słabą kadrę. A dlatego, że zbudowanie tej kadry wiązało się z pewnym ryzykiem finansowym. Trochę wóz albo przewóz. Ewentualnie: wóz albo nie mamy pojęcia, co będzie dalej.

Klub grający w – jak się utarło – najdroższej lidze świata, spłacający dziewięć milionów długów i chcący jak najrzadziej posiłkować się miejskimi pieniędzmi, mógłby po prostu nie mieć środków na to, by podjąć kolejną próbę awansu.

Na tej samej zasadzie może sobie nie poradzić po spadku z Ekstraklasy.

Korona znajduje się w potrzasku finansowym. Z jednej strony zoptymalizowała swoje wydatki jak w sprawnej korporacji, zarabia na dniu meczowym i nigdy nie miała takich wpływów od szeroko pojętych sponsorów. Z drugiej, zgodnie z deklaracjami, nie chce posiłkować się miejską kroplówką. Jednocześnie gra w lidze, w której zdecydowana większość zespołów dostaje pieniądze z miasta, nawet te, które w stu procentach należą do prywatnego właściciela. Jeśli wkrótce miasto nie pomoże Koronie, nie będzie konkurencyjna budżetowo. Jeśli jej pomoże, zrobi coś, czego miało nie robić.

To dlatego w Kielcach zwalniają trenerów, zanim ci w ogóle zaczną mówić o tym, że drużyna jest w kryzysie. Dominik Nowak dostał wypowiedzenie, gdy był na trzecim miejscu w pierwszej lidze. Leszka Ojrzyńskiego pożegnano chwilę po tym, gdy trafił do strefy spadkowej. Maciej Bartoszek został zwolniony w sezonie, w którym Korona – budowana latem naprędce, a jesienią odbijana z niemieckich rąk – nie miała prawa myśleć o awansie. Głównym zarzutem do niego było to, że jego zespół nie walczy o promocję do wyższej ligi. Korona nie daje trenerom drugiej szansy. Wychodzi z założenia, że zwyczajnie nie ma na to czasu, bo szansa powodzenia tej misji jest niższa niż zatrudnienie nowego trenera. Działa pod presją, a tę wzmaga poczucie niepewności, co będzie w razie niepowodzenia. Dopóki wiszą jej nad głową długi, które trzeba regularnie spłacać, ta presja nie zniknie. 

Jest w tym pewna pochopność, gwałtowność i brak cierpliwości.

Jest w tym naiwna wiara w to, że znów uda się wykręcić wyniki ponad stan.

Jest w tym urocza marzycielskość.

Ale kto zabroni marzyć? Póki co nie ma żadnego logicznego powodu, by zakładać, że Koronę stać na coś więcej niż szesnaste miejsce.

Tym powodem ma stać się nowy trener.

I jeśli szkoleniowiec oferuje tylko punktowanie zgodnie z potencjałem, to dla Korony obranie kursu na pierwszą ligę. Beniaminek potrzebuje przewagi na stołku szkoleniowca. Ryzykuje jedynie zboczeniem z drogi, która w najlepszym wypadku może dać szczęśliwe utrzymanie.

A to żadne ryzyko.

Dlatego nie potrafię zająć w tej sprawie jednoznacznego stanowiska. Rację mają ci, którzy bronią Ojrzyńskiego. Rację mają też jego krytycy. W ostatecznym rozrachunku będzie się liczyło to, czy Korona znów będzie potrafić zakładać pressing tak dobrze, jak w meczu pierwszej kolejki z Legią Warszawa.

Jeśli tak, warto było.

WIĘCEJ O KORONIE KIELCE: 

Fot. FotoPyK

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Najnowsze

Igrzyska

Ten był kontuzjowany, ta też, a tego na igrzyskach nie chciała władza. Potem wszyscy zdobyli złota

Sebastian Warzecha
0
Ten był kontuzjowany, ta też, a tego na igrzyskach nie chciała władza. Potem wszyscy zdobyli złota

Ekstraklasa

Komentarze

65 komentarzy

Loading...