– Jeśli na tym świecie istnieją dwie rzeczy, które uświadamiają mnie, że Bóg istnieje, to są nimi seks oraz koszykówka – mówi w nowym serialu HBO Jerry Buss, legendarny właściciel Los Angeles Lakers. Nie jest to jednak fragment archiwalnego nagrania, tylko kwestia wypowiedziana przez postać, w którą w „Winning Time: The Rise of the Lakers Dynasty” wcielił się… John C. Reilly. Sportowe dokumenty zrobiły w ostatnich latach furorę – czy fabularne produkcje o sporcie pójdą podobną ścieżką?

Zabawa na boisku i poza nim. Czy „Winning Time” przyniesie rewolucję?

Przełom na rynku?

Sport na kinowych ekranach pojawiał się już kilkadziesiąt lat temu. Niektóre dyscypliny sprawdzały się jednak lepiej, niektóre gorzej, a inne kompletnie nie przyciągały uwagi producentów. Trudno było – przykładowo – wątpić w potencjał boksu. Wejście w rolę Jake’a LaMotty przyniosło Robertowi De Niro Oscara, a Muhammada Aliego grał nie tylko Will Smith, ale i paru innych aktorów w osobnych produkcjach.

Przedstawienie wielkiej jednostki, boksera, czy innego sportowca sprawdzającego się w rywalizacji indywidualnej, przychodziło reżyserom i scenarzystom łatwiej. Podczas gdy stworzenie naprawdę dobrego kina, oscylującego wokół dyscypliny drużynowej, stanowiło ciężki kawał chleba. Nawet jeśli filmy jak „Gol” czy „Trener” miały swoich fanów.

„Winning Time: The Rise of the Lakers Dynasty” wchodzi jednak na jeszcze inny grunt, bo przenosi sport drużynowy do fabularnego serialu. Mimo że również sięga po prawdziwych sportowców oraz zespoły (w przeciwieństwie do „Friday Night Lights”), nie mówimy o kolejnym „The Last Dance”, „All or Nothing: Tottenham Hotspur” czy „Drive to Survive”. Produkcja HBO nie wchodzi nikomu do szatni albo garażu, nie odkopuje starych nagrań, uczestnicy wydarzeń nie są przepytywani przed kamerami – czyli odchodzi od kierunku, który był ostatnio popularny.

Jim Hecht, pomysłodawca serialu, uznał, że zamiast stworzyć kolejny sportowy dokument, można znaleźć potężnych aktorów do grania Kareema Abdula-Jabbara czy Magica Johnsona. Choć obaj koszykarze, będący już w nieco podeszłym wieku, nie chcą mieć z „Winning Time” nic wspólnego. Podobnie jak cała koszykarska organizacja z Los Angeles – mająca swoje, realne problemy na płaszczyźnie sportowej.

Obecni Lakers, a ci przedstawieni w „Winning Time”, to jednak dwa różne światy. Zmieniła się koszykówka, zmieniło się NBA – ale właśnie realia z lat osiemdziesiątych (i końcówki siedemdziesiątych), kiedy narkotyki, przygodny seks i brak szeroko pojętego profesjonalizmu szły w jednym szeregu ze sportem, są znacznie atrakcyjniejsze dla przeciętnego widza.

„Nie czekam na to, żeby go obejrzeć”

Na dobrą sprawę „Winning Time” bazuje… na książce, którą w 2014 roku stworzył Jeff Pearlman. Zwie się ona – „Showtime: Magic, Kareem, Riley, and the Los Angeles Lakers Dynasty of the 1980s” i naturalnie opisuje wojaże Lakers w latach osiemdziesiątych. Autor, przed przystąpieniem do pisania, przepytał około 350 osób związanych z klubem oraz światem koszykówki – mówimy zatem o niezwykle, rzetelnej dziennikarskiej robocie.

Produkcja HBO jednak co najwyżej wspomaga się książką – nie trzymając się w stu procentach tego, co w niej przedstawiono. Ubarwia niektóre wątki, dodaje pikanterii, wprowadza nowe (oczywiście mniej znaczące) postacie. Co oczywiście nie może podobać się realnym przedstawicielom koszykarskiej dynastii. – Nie czekam na to, żeby go obejrzeć. Pozostańmy na tym – mówił o „Winning Time” Magic Johnson. Podobnie wypowiadał się Abdul-Jabbar: – Historia „Showtime Lakers” jest najlepiej przedstawiana przez osoby, które były jej częścią.

Na komentarz nie zdecydował się jeszcze Jerry West. Legendarny koszykarz, którego sylwetka jest umieszczona w logu NBA – a po zakończeniu kariery trener oraz menadżer zespołu z Los Angeles. „Winning Time” nie obchodzi się z nim łagodnie. Na ekranie (od tego miejsca uczulamy na delikatne spoilery) obserwujemy furiata, który przeklina w co drugim słowie, ma problem z alkoholem, i jest w totalnej opozycji do wybrania przez Lakers w drafcie NBA w 1979 roku Magica.

To ostatnie akurat jest w pewien sposób zgodne z prawdą. West faktycznie wolał, aby klub postawił na Sydneya Moncriefa, niż wysokiego rozgrywającego. Ale może nie okazywał tego w aż tak wulgarny sposób jak w „Winning Time”. Warto też zaznaczyć, że Amerykanin przez większość swojego życia chorował na depresję – potrafił unikać towarzystwa, być wycofaną osobą. Niezmiennie dysponował za to fantastycznym koszykarskim umysłem – miał nosa do zawodników, do ruchów transferowych.

HBO przedstawiło Jerry’ego Westa w nieco inny sposób. – Znam tego gościa od 38 lat i nigdy nie widziałem, żeby wybuchnął ze złości. Jeśli już, potrafił się podporządkować – mówił dla „The Athletic” Gary Vitti, wielokrotny trener przygotowania fizycznego w Lakers.

Twórcy musieli jednak widocznie zadbać, żeby ich dzieło dobrze się oglądało. Dlatego West ma jeszcze trudniejszy charakter niż w rzeczywistości, dlatego Jeanie Buss, córka Jerry’ego, rozpoczyna pracę w Lakers w 1979, a nie 1995 roku, a Kareem, znany ze swojej niechęci do interakcji z fanami, potrafi powiedzieć młodemu kibicowi, żeby „się odpierdolił”.

Zabawa na i poza parkietem

Ktoś mógłby powiedzieć, że ubarwianie historii nie było wcale potrzebnym zabiegiem. Bo poczynania Lakers w latach osiemdziesiątych faktycznie stanowiły idealny materiał pod film albo serial. Wystarczy wspomnieć życiorys Jerry’ego Bussa – wieloletniego właściciela klubu, który przejął Jeziorowców w 1979 roku, i rządził nimi do swojej śmierci w 2013 roku.

Amerykański biznesmen oraz milioner (wzbogacił się w branży nieruchomości) był prawdziwym wizjonerem. Kiedy zainteresował się koszykówką, czyli w latach siedemdziesiątych, NBA miało problemy finansowe oraz spadającą oglądalność. Nikt nie wyobrażał sobie, żeby za klub wchodzący w skład tej ligi zapłacić kilkadziesiąt milionów dolarów.

Buss jednak bez wahania wyłożył pieniądze na stół. Wymarzył sobie Lakers, którzy przyciągają nie tylko kibiców, ale i celebrytów. Lakers, którzy są modni, którzy kojarzą się z miastem Los Angeles, równie mocno co Hollywood czy Venice Beach. Coś obecnie będącego oczywistością wtedy znajdowało się tylko w głowie Bussa.

W krótkim czasie od zakupu Lakers Amerykanin wprowadził na mecze cheerleaderki (słynne Lakers Girls), podczas przerw w grze pojawiła się muzyka, a koszykarze zaczęli wchodzić na parkiet nie tylko przy aplauzie fanów, ale grającej orkiestrze. Na znaczeniu zyskały też bilety pozwalające zająć miejsce przy parkiecie – wcześniej były dostępne za grosze (około 15 dolarów), ale stały się towarem „premium”, niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika (zaczęły kosztować… 1500 dolarów, a to był zaledwie początek).

W latach osiemdziesiątych – podczas meczów Lakers – można było na własne oczy zobaczyć nie tylko Magica Johnsona czy Kareem Abdula-Jabbara, ale dopingującego ich Jacka Nicholsona. Buss zresztą stworzył „Forum Club”, inicjatywę w ramach której „VIP-y” spotykały się przed samymi spotkaniami w Staples Center na drinka oraz pogawędkę.

– Klimat na meczach Lakers w latach 80. stanowił mieszankę gali rozdania Oscarów oraz nagród Grammy, z odrobiną rezydencji Playboya oraz Studia 54 [słynny klub w Nowym Jorku, uwielbiany przez celebrytów przyp.red.] – wspominał dziennikarz Vincent Bonsignore.

Co ciekawe – świat, który stworzył Buss, obrócił się swego czasu przeciwko niemu. Kiedy w 1997 roku chciał załatwić sobie oraz bliskiej rodzinie kilka miejsc przy parkiecie, okazało się, że nie jest to możliwe. Nie dlatego, że nie miał na stanie kilkudziesięciu tysięcy dolarów, ale wszelkie wejściówki zostały już zaklepane. Nie sposób było odebrać znanemu aktorowi czy piosenkarce najlepszej miejscówki w hali – dlatego Buss musiał obejść się smakiem. I zapewne doskonale to rozumiał.

HBO mogłoby stworzyć produkcję o samym Bussie. Ale przecież postaci w Lakers, które elektryzowały, było znacznie więcej.

Seks, narkotyki i… świętoszek

Jeśli chodzi o same wyniki sportowe – Lakers w latach 1980-1991 pięciokrotnie sięgali po mistrzostwo NBA oraz dziewięciokrotnie dochodzili do finałów. Nie tylko znakomicie grali w koszykówkę, ale byli przy tym szalenie widowiskowi. Stąd pojęcie „Showtime” – bo Jeziorowcy robili na parkiecie „show”, mieli bardzo szybki oraz ofensywny styl.

Wiele robiła też sama otoczka, łatka modnego klubu z Los Angeles, jak i również zawodnicy, którzy odgrywali pierwszoplanowe role. Magic Johnson, rozgrywający o wzroście środkowego, miał uśmiech oraz osobowość gwiazdy z Hollywood. Kareem Abdul-Jabbar był zjawiskiem – rzucał poza zasięgiem rywali, wyróżniał się nie tylko wzrostem, ale i łysiną oraz charakterystycznymi goglami.

Trzecią gwiazdę stanowił James Worthy. A po parkiecie biegali też znakomici zadaniowcy – wśród których wyróżnić należy: Norma Nixona, Kurta Rambisa, Michaela Coopera, Byrona Scotta, Jaamala Wilkesa, Spencera Haywooda, Boba McaAdoo, Mychala Thompsona czy A.C. Greena.

No ale właśnie – jeśli tworzymy głośną produkcję, nie interesuje nas, to jak dobrze w obronie grał Cooper, albo jak wszechstronnym strzelcem był Scott. Co innego pozaboiskowe ekscesy – których w Lakers było pełno.

Zacznijmy od Spencera Haywooda, który na jednej ze swoich pierwszych imprez w Los Angeles, odkrył nowy sposób na przyjmowanie kokainy. „Crack” stał się jego obsesją. Kilka miesięcy później zasnął podczas treningu, przez co został wyrzucony z drużyny przez Paula Westheada. To zezłościło go do tego stopnia, że… wynajął dwóch zbirów z Detroit, planując morderstwo swojego trenera. Na szczęście do niczego nie doszło, ale kariera koszykarza parę lat po przeprowadzce do Miasta Aniołów dobiegła końca.

Idąc dalej: James Worthy aż tak pokręcony nie był, ale został aresztowany po tym, jak wynajął dwie prostytutki i zaprosił je do hotelu w Houston. To okazało się gwoździem do trumny w jego małżeństwie – Byłam bardzo, bardzo naiwna. Im większą gwiazdą jesteś, tym w większym gronie kobiet się znajdujesz – wspominała była żona koszykarza.

Norm Nixon też cieszył się szczególnym zainteresowań płci przeciwnej. Ale nikt w Lakers nie mógł równać się z Magiciem – ten potrafił znaleźć się w łóżku… z szóstką kobiet jednocześnie. Było to podobno wynikiem bardziej ich fantazji niż jego.

– Zawsze kiedy podjeżdżaliśmy pod hotel w kolejnym mieście, czekały na niego dwie albo trzy kobiety. Brał je do siebie, a potem wyrzucał z pokoju. Następnie mieliśmy trening, po którym znowu umawiał się z dwójką czy trójką dziewczyn. Powtórka z rozgrywki. Wieczorem graliśmy mecz. Co było dalej? Kolejne dwie, trzy kobiety. To było niewiarygodne – wspominał Ron Carter, były gracz Lakers.

Dziewczyny stanowiły narkotyk Magica. Stronił od wszelkich tradycyjnych używek, w tym alkoholu. Ale jego styl życia w końcu się na nim odbił, bo w 1991 roku ogłosił światu, że choruje na HIV. To było cena, jaką zapłacił za lata przygodnego seksu, w którym miłowało się większość zawodników Lakers, czy nawet sam Jerry Buss. Właściciel Lakers nie tylko otaczał się młodszymi o kilkadziesiąt lat paniami, ale płacił im czesne na studiach, pomagał stawiać pierwsze kroki w Hollywood. Cóż, można powiedzieć, że wielu koszykarzy inspirowało się swoim szefem.

Ale nie A.C. Green. W gronie szalejących na mieście młodych chłopaków znalazło się bowiem miejsce dla sportowca, który czekał z seksem do ślubu. Koledzy z zespołu próbowali wpłynąć na jego wstrzemięźliwość, sprowadzając mu do hotelu przeróżne dziewczyny – jednak ten pozostał silny. Aż do… 2002 roku, bo dopiero wtedy, w wieku 39 lat, znalazł wybrankę swojego życia.

Oryginałów w szatni Lakers po prostu nie brakowało.

Nowy trend?

„Winning Time” bierze wszystko to, co napisało życie, ale dokonuje korekt, aby zainteresować nie tylko kibiców koszykówki, lecz także szerszą publiczność. To tak naprawdę nie jest produkcja o sporcie – tylko historia rozgrywana w sportowym środowisku. – Oczywiście koszykówką jest ważną częścią tej produkcji, ale jako osoba, która była na może pięciu meczach  swoim życiu, mogę powiedzieć, że to po prostu ludzka historia – zaznaczał Casey Bloys, prezydent do spraw programowych w HBO.

Co ciekawe – w tworzeniu serialu nie pomagały niemal żadne osoby związane z Lakers. Wspomnieć można tylko Gary’ego Vittiego, który jednak szybko zrezygnował z pracy przy planie, a także DeVaugna Nixona, który gra…. swojego ojca, Normana. Poza tym – klub z Los Angeles nie miał absolutnie nic wspólnego z „Winning Time”. Jeff Pearlman, z którego książki czerpie produkcja HBO, mówił, że miał z Jeanie Buss (córka Jerry’ego, obecna właścicielka Lakers) świetny kontakt, podobnie jak z wieloma osobami pracującymi w klubie. Ale teraz może się to zmienić.

– Mamy dobre intencje, ale ci ludzie tego nie rozumieją. Są przyzwyczajeni do mediów, które ich zazwyczaj atakują. Gdybym mógł z nimi porozmawiać, powiedziałbym: nie, proszę, nie martwcie się, my przedstawimy prawdziwy obraz tamtych Lakers. Ale rozumiem, że mnie nie znają, tak samo jak scenarzysty Maxa Borensteina, więc mają prawo nie lubić naszej twórczości – tłumaczył nastawienie Lakers do jego osoby Adam McKay, reżyser „Winning Time”.

To chyba zasadnicza różnica między sportowymi dokumentami, a fabularnymi produkcjami o sporcie. Pierwsze oddają hołd oraz głos bohaterom danych wydarzeń – w „The Last Dance” najpierw widzimy biegającego po parkiecie Michaela Jordana, potem jego starszą wersję, opowiadającą o tym, co działo się w danym roku czy meczu. Drugie może i czerpią z prawdziwej historii to, co najlepsze, ale potem podlewają całość dodatkową dramaturgią oraz pikanterią. Generalnie – robią wiele rzeczy po swojemu (a także… nie płacą byłym sportowcom za gadanie przed kamerą).

Trudno zatem nie rozumieć niechęci Magica, Kareema czy samych Lakers do „Winning Time”. Ich nastawienie nie ma jednak żadnego wpływu na to, co doświadcza widz. Jeśli dziecko HBO odniesie sukces (pierwszy odcinek, który już ujrzał światło dzienne, zebrał niezłe recenzje), być może będziemy świadkami podobnych produkcji, które będą o sporcie, ale w których sport będzie tylko bazą, wyjściową do tworzenia historii.

„Winning Time” może udowodnić, że wszelkie dyscypliny, nie tylko koszykówka, mają znacznie większy kinowy potencjał, niż się przez lata wydawało.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl

Weszło
08.08.2022

Wisła – Miedź. Czy zadziała logika Ekstraklasy?

Wisła Płock, absolutna rewelacja początku rozgrywek, zmierzy się z Miedzią Legnica, dotąd jednym z najgorszych zespołów, który nie wygrał jeszcze meczu. Wiecie, co to oznacza? Tak jest, to idealne okoliczności do tego, by zadziałała logika Ekstraklasy. Na papierze murowanym faworytem są „Nafciarze”, którzy w dodatku grają u siebie. Ale ile razy widzieliśmy już w tej lidze historie, gdy właśnie w takim momencie padał nieoczekiwany wynik. Zresztą, przykładów nie trzeba daleko szukać — przecież rozpędzona Cracovia została pokonana […]
08.08.2022
Suche Info
08.08.2022

Włoski napastnik odchodzi z Widzewa

Mattia Montini odchodzi z Widzewa Łódź. Kontrakt z włoskim napastnikiem został rozwiązany za porozumieniem stron.  Montini przyszedł do Widzewa rok temu jako zawodnik wyróżniający się w rumuńskiej ekstraklasie, ale rozczarował. Przez cały pierwszoligowy sezon rozegrał tylko 10 meczów, w których strzelił dwa gole. Wiosną już praktycznie nie pojawiał się na boisku. Po awansie ani razu nie załapał się nawet na ławkę rezerwowych. Jak niedawno informował „Fakt”, Włoch miał problem z profesjonalnym […]
08.08.2022
Suche Info
08.08.2022

Grosicki: W pewnych momentach nasze granie jest naprawdę męczące

Pogoń Szczecin po czterech kolejkach Ekstraklasy ma na koncie dziewięć punktów, więc w tym względzie kibice narzekać nie mogą. Trudno jednak zachwycać się grą „Portowców”, którzy wygrywają w kiepskim stylu, często z dużym udziałem szczęścia. Zdaje sobie z tego sprawę Kamil Grosicki, autor pierwszego gola w meczu z Wartą. – Wygraliśmy i to jest najważniejsze, ale w pewnych momentach jest to naprawdę męczące na boisku i pewnie też dla kibiców. Staramy się jednak realizować […]
08.08.2022
Suche Info
08.08.2022

Papszun: Trochę przekombinowałem, niepotrzebnie zdjąłem Sebastiana Musiolika

Marek Papszun część winy za porażkę z Górnikiem Zabrze wziął na siebie. Trener Rakowa Częstochowa był mocno niezadowolony z wydarzeń przed przerwą.  – Słaby mecz w naszym wykonaniu. Pierwsza połowa bez kultury gry, dużo nerwowości, mało zawodników, którzy mieli odpowiednią jakość tego dnia. Na domiar złego daliśmy sobie strzelić gola przed zejściem do szatni, a poza jeszcze tą jedną sytuacją, którą sami sprokurowaliśmy, przeciwnik za bardzo nam nie zagroził. Grając […]
08.08.2022
Suche Info
08.08.2022

Gaul: Cieszy mnie, że szybko zrozumieliśmy, ile możemy osiągnąć intensywnością gry

Bartosch Gaul był bardzo zadowolony po zwycięstwie nad Rakowem Częstochowa. Trener Górnika Zabrze znów dużo mówić o intensywności w grze.  – Po tym intensywnym i emocjonalnym meczu cieszę się z wyniku i zagrania w drugim meczu z rzędu na zero z tyłu. Napracowaliśmy się na to zwycięstwo. Zagraliśmy bardzo dobrą pierwszą połowę, z dużą intensywnością i posiadaniem piłki. Może te piłki możemy zagrywać jeszcze głębiej za plecy, ale myślę, że wiele rzeczy mieliśmy pod kontrolą. Intensywność, […]
08.08.2022
Weszło
08.08.2022

Napędzany przez złość, dynamit w nogach. Skąd wziął się Jakub Myszor

Kiedy był chłopcem – Kubusiem, jako bramkarz brał piłkę, dryblował przez całego orlika i strzelał gole. Bo drużynie nie szło, a porażki zaakceptować nie umiał. Gdy był nastolatkiem – Kubą, zdarzyło mu się zapomnieć butów z hotelu, więc grał w pożyczonych, choć każdy ruch sprawiał mu ból i obcierał stopy. Bo nie wyobrażał sobie, by nie zagrać. Jako dorosły – Jakub, powoli zaczyna stanowić o sile Cracovii. Oto droga do Ekstraklasy Jakuba Myszora. Bojszowy, Tychy, […]
08.08.2022
Lekkoatletyka
07.08.2022

Wystartuję tu nawet bez nogi! – reportaż z Memoriału Kamili Skolimowskiej

Pierwszy w historii polskiej lekkiej atletyki mityng Diamentowej Ligi. Wyjątkowy moment dla wszystkich, którzy z tym sportem są związani. – Gdy tylko dowiedziałam się, że mogę wziąć udział w Memoriale, powiedziałam sobie, że choćbym była bez nogi, to muszę tu wystartować – mówiła Małgorzata Hołub-Kowalik. Jej zdanie podziela wielu innych polskich lekkoatletów. Jednak nawet ci z zagranicy mówią: Chorzów powinien mieć Diamentową Ligę. Na stałe.  Wbrew pogodzie Były obawy. Jeśli […]
07.08.2022
Inne sporty
06.08.2022

Memoriał Skolimowskiej nie zawiódł. Co za wynik Kaczmarek!

Takiego mityngu w Polsce jeszcze nie było – mówiliśmy już przed startem Memoriału Kamili Skolimowskiej. A teraz możemy to zdanie tylko powtórzyć. Bo w Chorzowie posypały się kapitalne wyniki. Ze strony Shelly-Ann Fraser-Pryce, Shericki Jackson czy Armanda Duplantisa. W tym lekkoatletycznym gwiazdozbiorze rywalizującym w zawodach Diamentowej Ligi wyróżniła się też Natalia Kaczmarek, która jako pierwsza Polka od czasów Ireny Szewińskiej zeszła poniżej 50 sekund na dystansie 400 metrów! Najważniejsze pytanie, […]
06.08.2022
Lekkoatletyka
06.08.2022

Gwiazdozbiór na Stadionie Śląskim. Czas na Diamentową Ligę

– Takiej obsady nie miał jeszcze żaden mityng w Polsce – mówił Piotr Małachowski, obecny dyrektor sportowy Memoriału Kamili Skolimowskiej. To pierwszy w historii naszej lekkiej atletyki mityng w cyklu Diamentowej Ligi, a osoby zaangażowane w jego organizację liczą, że nie ostatni. Widać to zresztą po tym, kto przyjechał na Stadion Śląski. Wszyscy mają nadzieję, że wyniki również to udowodnią.  13 tygodni pracy, ale było warto Kiedy początkiem maja gruchnęła […]
06.08.2022
Kolarstwo
05.08.2022

Tour de Pologne. Hayter wygrywa wyścig, Demare ostatni etap

Czesław Lang lubi powtarzać, że Tour de Pologne kreuje przyszłe gwiazdy peletonu. Kto wie, czy te słowa nie sprawdzą się po raz kolejny – zwycięzcą 79. edycji polskiego wyścigu został Ethan Hayter. I owszem, o sporym talencie i możliwościach Brytyjczyka wiadomo od dobrych kilku lat, ale nie zmienia to faktu, że na szosie – bo jest też świetnym torowcem – to dla niego najważniejsze zwycięstwo w karierze.  Zdecydowała czasówka Już przed wyścigiem, patrząc na mapy […]
05.08.2022
Inne sporty
05.08.2022

Tomala – najbardziej niespodziewany złoty medalista na letnich igrzyskach w historii Polski

Gdy Polska szykowała się do snu, on szedł. Chociaż to złe słowo, lepiej byłoby napisać, że sunął do przodu w tempie nieosiągalnym nawet dla wielu biegaczy, nucąc sobie pod nosem hit Eminema „Lose yourself”. Po naszemu oznacza to „Zatrać się” i Dawid właśnie to zrobił – kompletnie zatracił się w swoim starcie, który dał mu złoty medal w chodzie na 50 km. Właśnie mija rok od tego wydarzenia, zdaniem wielu będącego najbardziej niespodziewanym […]
05.08.2022
Inne sporty
04.08.2022

Brittney Griner skazana na 9 lat więzienia w Rosji

Koszmar Brittney Griner zaczął się w połowie lutego. Koszykarka została wówczas zatrzymana na lotnisku w Moskwie, po tym, jak w jej bagażu znaleziono olej haszyszowy. Przez miesiące przebywała w areszcie – nie pomagały jej głosy wsparcia ze Stanów ani działania amerykańskiego rządu. A dzisiaj usłyszała wyrok. Czeka ją dziewięć lat więzienia. Griner przed rosyjskim sądem przyznała się do „winy”, to znaczy przewiezienia na terytorium Rosji nielegalnej substancji. Tłumaczyła jednak, że znalazła […]
04.08.2022
Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Paweł
Paweł
4 miesięcy temu

Przedstawienie wielkiej jednostki, boksera, czy innego sportowca sprawdzającego się w rywalizacji indywidualnej, przychodziło reżyserom i scenarzystom łatwiej. Podczas gdy stworzenie naprawdę dobrego kina, oscylującego wokół dyscypliny drużynowej, stanowiło ciężki kawał chleba”
Litości. W Stanach powstało multum filmów o dyscyplinach zespołowych (może nawet więcej niż o indywidualnych): koszykówce, footballu, baseballu, rzadziej hokeju, zdarzyło się i rugby. Sporo z nich jest znakomitych, osiągały świetne wyniki kasowe, otrzymywały nagrody, a „Mistrzowski rzut” znalazł się w Bibliotece Kongresu jako część dziedzictwa kinowego, wybranego ze względu na wkład historyczny, kulturowy i estetyczny.
Po drugie „Friday Night Lights” opowiada o jak najbardziej prawdziwej drużynie Permian Panthers. O jej sezonie 1988/89 Bissinger napisał książkę pod tym tytułem, na której podstawie powstał film kinowy. A serialowe modyfikacje nie zmieniają faktu, że pierwowzór istniał w rzeczywistości.
Po trzecie Nixon, Rambis, A.C. Green, Wilkes, Scott to nie byli żadni zadaniowcy, tylko – w różnych okresach – pierwszopiątkowi zawodnicy. Wilkes był gwiazdą i w Lakersach i w Golden State, z którymi zdobywał mistrzostwo już w latach 70., a McAdoo przed przyjściem do LA był MVP ligi, trzykrotnie królem strzelców i pięć razy wybierany do All Star Game. Obaj od dawna są w Hall of Fame. Zadaniowcy…

Grafoman
Grafoman
4 miesięcy temu

Mordo, wyraz logo się nie odmienia. Widzę, że się tu wpasujesz.

Pietrek
Pietrek
4 miesięcy temu

Forum club mialo miejsce w The Great Western Forum albo poprostu w The Forum, stapless center otwarto jakos koncem lat 90tych