– Jeśli na tym świecie istnieją dwie rzeczy, które uświadamiają mnie, że Bóg istnieje, to są nimi seks oraz koszykówka – mówi w nowym serialu HBO Jerry Buss, legendarny właściciel Los Angeles Lakers. Nie jest to jednak fragment archiwalnego nagrania, tylko kwestia wypowiedziana przez postać, w którą w „Winning Time: The Rise of the Lakers Dynasty” wcielił się… John C. Reilly. Sportowe dokumenty zrobiły w ostatnich latach furorę – czy fabularne produkcje o sporcie pójdą podobną ścieżką?

Zabawa na boisku i poza nim. Czy „Winning Time” przyniesie rewolucję?

Przełom na rynku?

Sport na kinowych ekranach pojawiał się już kilkadziesiąt lat temu. Niektóre dyscypliny sprawdzały się jednak lepiej, niektóre gorzej, a inne kompletnie nie przyciągały uwagi producentów. Trudno było – przykładowo – wątpić w potencjał boksu. Wejście w rolę Jake’a LaMotty przyniosło Robertowi De Niro Oscara, a Muhammada Aliego grał nie tylko Will Smith, ale i paru innych aktorów w osobnych produkcjach.

Przedstawienie wielkiej jednostki, boksera, czy innego sportowca sprawdzającego się w rywalizacji indywidualnej, przychodziło reżyserom i scenarzystom łatwiej. Podczas gdy stworzenie naprawdę dobrego kina, oscylującego wokół dyscypliny drużynowej, stanowiło ciężki kawał chleba. Nawet jeśli filmy jak „Gol” czy „Trener” miały swoich fanów.

„Winning Time: The Rise of the Lakers Dynasty” wchodzi jednak na jeszcze inny grunt, bo przenosi sport drużynowy do fabularnego serialu. Mimo że również sięga po prawdziwych sportowców oraz zespoły (w przeciwieństwie do „Friday Night Lights”), nie mówimy o kolejnym „The Last Dance”, „All or Nothing: Tottenham Hotspur” czy „Drive to Survive”. Produkcja HBO nie wchodzi nikomu do szatni albo garażu, nie odkopuje starych nagrań, uczestnicy wydarzeń nie są przepytywani przed kamerami – czyli odchodzi od kierunku, który był ostatnio popularny.

Jim Hecht, pomysłodawca serialu, uznał, że zamiast stworzyć kolejny sportowy dokument, można znaleźć potężnych aktorów do grania Kareema Abdula-Jabbara czy Magica Johnsona. Choć obaj koszykarze, będący już w nieco podeszłym wieku, nie chcą mieć z „Winning Time” nic wspólnego. Podobnie jak cała koszykarska organizacja z Los Angeles – mająca swoje, realne problemy na płaszczyźnie sportowej.

Obecni Lakers, a ci przedstawieni w „Winning Time”, to jednak dwa różne światy. Zmieniła się koszykówka, zmieniło się NBA – ale właśnie realia z lat osiemdziesiątych (i końcówki siedemdziesiątych), kiedy narkotyki, przygodny seks i brak szeroko pojętego profesjonalizmu szły w jednym szeregu ze sportem, są znacznie atrakcyjniejsze dla przeciętnego widza.

„Nie czekam na to, żeby go obejrzeć”

Na dobrą sprawę „Winning Time” bazuje… na książce, którą w 2014 roku stworzył Jeff Pearlman. Zwie się ona – „Showtime: Magic, Kareem, Riley, and the Los Angeles Lakers Dynasty of the 1980s” i naturalnie opisuje wojaże Lakers w latach osiemdziesiątych. Autor, przed przystąpieniem do pisania, przepytał około 350 osób związanych z klubem oraz światem koszykówki – mówimy zatem o niezwykle, rzetelnej dziennikarskiej robocie.

Produkcja HBO jednak co najwyżej wspomaga się książką – nie trzymając się w stu procentach tego, co w niej przedstawiono. Ubarwia niektóre wątki, dodaje pikanterii, wprowadza nowe (oczywiście mniej znaczące) postacie. Co oczywiście nie może podobać się realnym przedstawicielom koszykarskiej dynastii. – Nie czekam na to, żeby go obejrzeć. Pozostańmy na tym – mówił o „Winning Time” Magic Johnson. Podobnie wypowiadał się Abdul-Jabbar: – Historia „Showtime Lakers” jest najlepiej przedstawiana przez osoby, które były jej częścią.

Na komentarz nie zdecydował się jeszcze Jerry West. Legendarny koszykarz, którego sylwetka jest umieszczona w logu NBA – a po zakończeniu kariery trener oraz menadżer zespołu z Los Angeles. „Winning Time” nie obchodzi się z nim łagodnie. Na ekranie (od tego miejsca uczulamy na delikatne spoilery) obserwujemy furiata, który przeklina w co drugim słowie, ma problem z alkoholem, i jest w totalnej opozycji do wybrania przez Lakers w drafcie NBA w 1979 roku Magica.

To ostatnie akurat jest w pewien sposób zgodne z prawdą. West faktycznie wolał, aby klub postawił na Sydneya Moncriefa, niż wysokiego rozgrywającego. Ale może nie okazywał tego w aż tak wulgarny sposób jak w „Winning Time”. Warto też zaznaczyć, że Amerykanin przez większość swojego życia chorował na depresję – potrafił unikać towarzystwa, być wycofaną osobą. Niezmiennie dysponował za to fantastycznym koszykarskim umysłem – miał nosa do zawodników, do ruchów transferowych.

HBO przedstawiło Jerry’ego Westa w nieco inny sposób. – Znam tego gościa od 38 lat i nigdy nie widziałem, żeby wybuchnął ze złości. Jeśli już, potrafił się podporządkować – mówił dla „The Athletic” Gary Vitti, wielokrotny trener przygotowania fizycznego w Lakers.

Twórcy musieli jednak widocznie zadbać, żeby ich dzieło dobrze się oglądało. Dlatego West ma jeszcze trudniejszy charakter niż w rzeczywistości, dlatego Jeanie Buss, córka Jerry’ego, rozpoczyna pracę w Lakers w 1979, a nie 1995 roku, a Kareem, znany ze swojej niechęci do interakcji z fanami, potrafi powiedzieć młodemu kibicowi, żeby „się odpierdolił”.

Zabawa na i poza parkietem

Ktoś mógłby powiedzieć, że ubarwianie historii nie było wcale potrzebnym zabiegiem. Bo poczynania Lakers w latach osiemdziesiątych faktycznie stanowiły idealny materiał pod film albo serial. Wystarczy wspomnieć życiorys Jerry’ego Bussa – wieloletniego właściciela klubu, który przejął Jeziorowców w 1979 roku, i rządził nimi do swojej śmierci w 2013 roku.

Amerykański biznesmen oraz milioner (wzbogacił się w branży nieruchomości) był prawdziwym wizjonerem. Kiedy zainteresował się koszykówką, czyli w latach siedemdziesiątych, NBA miało problemy finansowe oraz spadającą oglądalność. Nikt nie wyobrażał sobie, żeby za klub wchodzący w skład tej ligi zapłacić kilkadziesiąt milionów dolarów.

Buss jednak bez wahania wyłożył pieniądze na stół. Wymarzył sobie Lakers, którzy przyciągają nie tylko kibiców, ale i celebrytów. Lakers, którzy są modni, którzy kojarzą się z miastem Los Angeles, równie mocno co Hollywood czy Venice Beach. Coś obecnie będącego oczywistością wtedy znajdowało się tylko w głowie Bussa.

W krótkim czasie od zakupu Lakers Amerykanin wprowadził na mecze cheerleaderki (słynne Lakers Girls), podczas przerw w grze pojawiła się muzyka, a koszykarze zaczęli wchodzić na parkiet nie tylko przy aplauzie fanów, ale grającej orkiestrze. Na znaczeniu zyskały też bilety pozwalające zająć miejsce przy parkiecie – wcześniej były dostępne za grosze (około 15 dolarów), ale stały się towarem „premium”, niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika (zaczęły kosztować… 1500 dolarów, a to był zaledwie początek).

W latach osiemdziesiątych – podczas meczów Lakers – można było na własne oczy zobaczyć nie tylko Magica Johnsona czy Kareem Abdula-Jabbara, ale dopingującego ich Jacka Nicholsona. Buss zresztą stworzył „Forum Club”, inicjatywę w ramach której „VIP-y” spotykały się przed samymi spotkaniami w Staples Center na drinka oraz pogawędkę.

– Klimat na meczach Lakers w latach 80. stanowił mieszankę gali rozdania Oscarów oraz nagród Grammy, z odrobiną rezydencji Playboya oraz Studia 54 [słynny klub w Nowym Jorku, uwielbiany przez celebrytów przyp.red.] – wspominał dziennikarz Vincent Bonsignore.

Co ciekawe – świat, który stworzył Buss, obrócił się swego czasu przeciwko niemu. Kiedy w 1997 roku chciał załatwić sobie oraz bliskiej rodzinie kilka miejsc przy parkiecie, okazało się, że nie jest to możliwe. Nie dlatego, że nie miał na stanie kilkudziesięciu tysięcy dolarów, ale wszelkie wejściówki zostały już zaklepane. Nie sposób było odebrać znanemu aktorowi czy piosenkarce najlepszej miejscówki w hali – dlatego Buss musiał obejść się smakiem. I zapewne doskonale to rozumiał.

HBO mogłoby stworzyć produkcję o samym Bussie. Ale przecież postaci w Lakers, które elektryzowały, było znacznie więcej.

Seks, narkotyki i… świętoszek

Jeśli chodzi o same wyniki sportowe – Lakers w latach 1980-1991 pięciokrotnie sięgali po mistrzostwo NBA oraz dziewięciokrotnie dochodzili do finałów. Nie tylko znakomicie grali w koszykówkę, ale byli przy tym szalenie widowiskowi. Stąd pojęcie „Showtime” – bo Jeziorowcy robili na parkiecie „show”, mieli bardzo szybki oraz ofensywny styl.

Wiele robiła też sama otoczka, łatka modnego klubu z Los Angeles, jak i również zawodnicy, którzy odgrywali pierwszoplanowe role. Magic Johnson, rozgrywający o wzroście środkowego, miał uśmiech oraz osobowość gwiazdy z Hollywood. Kareem Abdul-Jabbar był zjawiskiem – rzucał poza zasięgiem rywali, wyróżniał się nie tylko wzrostem, ale i łysiną oraz charakterystycznymi goglami.

Trzecią gwiazdę stanowił James Worthy. A po parkiecie biegali też znakomici zadaniowcy – wśród których wyróżnić należy: Norma Nixona, Kurta Rambisa, Michaela Coopera, Byrona Scotta, Jaamala Wilkesa, Spencera Haywooda, Boba McaAdoo, Mychala Thompsona czy A.C. Greena.

No ale właśnie – jeśli tworzymy głośną produkcję, nie interesuje nas, to jak dobrze w obronie grał Cooper, albo jak wszechstronnym strzelcem był Scott. Co innego pozaboiskowe ekscesy – których w Lakers było pełno.

Zacznijmy od Spencera Haywooda, który na jednej ze swoich pierwszych imprez w Los Angeles, odkrył nowy sposób na przyjmowanie kokainy. „Crack” stał się jego obsesją. Kilka miesięcy później zasnął podczas treningu, przez co został wyrzucony z drużyny przez Paula Westheada. To zezłościło go do tego stopnia, że… wynajął dwóch zbirów z Detroit, planując morderstwo swojego trenera. Na szczęście do niczego nie doszło, ale kariera koszykarza parę lat po przeprowadzce do Miasta Aniołów dobiegła końca.

Idąc dalej: James Worthy aż tak pokręcony nie był, ale został aresztowany po tym, jak wynajął dwie prostytutki i zaprosił je do hotelu w Houston. To okazało się gwoździem do trumny w jego małżeństwie – Byłam bardzo, bardzo naiwna. Im większą gwiazdą jesteś, tym w większym gronie kobiet się znajdujesz – wspominała była żona koszykarza.

Norm Nixon też cieszył się szczególnym zainteresowań płci przeciwnej. Ale nikt w Lakers nie mógł równać się z Magiciem – ten potrafił znaleźć się w łóżku… z szóstką kobiet jednocześnie. Było to podobno wynikiem bardziej ich fantazji niż jego.

– Zawsze kiedy podjeżdżaliśmy pod hotel w kolejnym mieście, czekały na niego dwie albo trzy kobiety. Brał je do siebie, a potem wyrzucał z pokoju. Następnie mieliśmy trening, po którym znowu umawiał się z dwójką czy trójką dziewczyn. Powtórka z rozgrywki. Wieczorem graliśmy mecz. Co było dalej? Kolejne dwie, trzy kobiety. To było niewiarygodne – wspominał Ron Carter, były gracz Lakers.

Dziewczyny stanowiły narkotyk Magica. Stronił od wszelkich tradycyjnych używek, w tym alkoholu. Ale jego styl życia w końcu się na nim odbił, bo w 1991 roku ogłosił światu, że choruje na HIV. To było cena, jaką zapłacił za lata przygodnego seksu, w którym miłowało się większość zawodników Lakers, czy nawet sam Jerry Buss. Właściciel Lakers nie tylko otaczał się młodszymi o kilkadziesiąt lat paniami, ale płacił im czesne na studiach, pomagał stawiać pierwsze kroki w Hollywood. Cóż, można powiedzieć, że wielu koszykarzy inspirowało się swoim szefem.

Ale nie A.C. Green. W gronie szalejących na mieście młodych chłopaków znalazło się bowiem miejsce dla sportowca, który czekał z seksem do ślubu. Koledzy z zespołu próbowali wpłynąć na jego wstrzemięźliwość, sprowadzając mu do hotelu przeróżne dziewczyny – jednak ten pozostał silny. Aż do… 2002 roku, bo dopiero wtedy, w wieku 39 lat, znalazł wybrankę swojego życia.

Oryginałów w szatni Lakers po prostu nie brakowało.

Nowy trend?

„Winning Time” bierze wszystko to, co napisało życie, ale dokonuje korekt, aby zainteresować nie tylko kibiców koszykówki, lecz także szerszą publiczność. To tak naprawdę nie jest produkcja o sporcie – tylko historia rozgrywana w sportowym środowisku. – Oczywiście koszykówką jest ważną częścią tej produkcji, ale jako osoba, która była na może pięciu meczach  swoim życiu, mogę powiedzieć, że to po prostu ludzka historia – zaznaczał Casey Bloys, prezydent do spraw programowych w HBO.

Co ciekawe – w tworzeniu serialu nie pomagały niemal żadne osoby związane z Lakers. Wspomnieć można tylko Gary’ego Vittiego, który jednak szybko zrezygnował z pracy przy planie, a także DeVaugna Nixona, który gra…. swojego ojca, Normana. Poza tym – klub z Los Angeles nie miał absolutnie nic wspólnego z „Winning Time”. Jeff Pearlman, z którego książki czerpie produkcja HBO, mówił, że miał z Jeanie Buss (córka Jerry’ego, obecna właścicielka Lakers) świetny kontakt, podobnie jak z wieloma osobami pracującymi w klubie. Ale teraz może się to zmienić.

– Mamy dobre intencje, ale ci ludzie tego nie rozumieją. Są przyzwyczajeni do mediów, które ich zazwyczaj atakują. Gdybym mógł z nimi porozmawiać, powiedziałbym: nie, proszę, nie martwcie się, my przedstawimy prawdziwy obraz tamtych Lakers. Ale rozumiem, że mnie nie znają, tak samo jak scenarzysty Maxa Borensteina, więc mają prawo nie lubić naszej twórczości – tłumaczył nastawienie Lakers do jego osoby Adam McKay, reżyser „Winning Time”.

To chyba zasadnicza różnica między sportowymi dokumentami, a fabularnymi produkcjami o sporcie. Pierwsze oddają hołd oraz głos bohaterom danych wydarzeń – w „The Last Dance” najpierw widzimy biegającego po parkiecie Michaela Jordana, potem jego starszą wersję, opowiadającą o tym, co działo się w danym roku czy meczu. Drugie może i czerpią z prawdziwej historii to, co najlepsze, ale potem podlewają całość dodatkową dramaturgią oraz pikanterią. Generalnie – robią wiele rzeczy po swojemu (a także… nie płacą byłym sportowcom za gadanie przed kamerą).

Trudno zatem nie rozumieć niechęci Magica, Kareema czy samych Lakers do „Winning Time”. Ich nastawienie nie ma jednak żadnego wpływu na to, co doświadcza widz. Jeśli dziecko HBO odniesie sukces (pierwszy odcinek, który już ujrzał światło dzienne, zebrał niezłe recenzje), być może będziemy świadkami podobnych produkcji, które będą o sporcie, ale w których sport będzie tylko bazą, wyjściową do tworzenia historii.

„Winning Time” może udowodnić, że wszelkie dyscypliny, nie tylko koszykówka, mają znacznie większy kinowy potencjał, niż się przez lata wydawało.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl

Ekstraklasa
14.08.2022

Niedziela w Ekstraklasie: Raków i Lech znów spróbują pogodzić ligę z pucharami

Niedziela w Ekstraklasie zapowiada się bardzo ciekawie, także dlatego, że trudno określić, czego się dziś spodziewać po naszych pucharowiczach. Raków Częstochowa i Lech Poznań znajdują się w punkcie kulminacyjnym jeżeli chodzi o próbę pogodzenia rywalizacji ligowej z areną międzynarodową. Przewidzenie składu Rakowa na Jagiellonię graniczy z cudem. Marek Papszun na wielu pozycjach ma duże możliwości rotacji. Na prawym wahadle może wystawić Frana Tudora, Deiana Sorescu lub Wiktora […]
14.08.2022
Suche Info
14.08.2022

Tanguy Ndombele ma trafić na wypożyczenie do SSC Napoli

Tanguy Ndombele ma trafić do SSC Napoli. Tak twierdzi Fabrizio Romano.Tanguy Ndombele Chodzi o roczne wypożyczenie z opcją kupna. Według włoskiego dziennikarza kluby doszły już do porozumienia werbalnego. Teraz Napoli ma rozpocząć negocjacje z zawodnikiem, który nie może liczyć na regularną grę w Tottenhamie. Wszystkim stronom zależy na czasie i rzekomo już w przyszłym tygodniu Francuz ma podpisać kontrakt z włoskim zespołem. Ndombele trafił do drużyny Kogutów przed startem sezonu 19/20. Na początku był bardzo […]
14.08.2022
Suche Info
14.08.2022

Stano: Na takie spotkania warto chodzić

Wczorajsze starcie Pogoni Szczecin z Wisłą Płock dobrze się oglądało. Mecz zakończył się remisem 2:2. Na konferencji pomeczowej trener gości ocenił poziom widowiska. Pavol Stano wypowiedział następujące słowa: – Myślę, że z obydwu stron był to bardzo fajny mecz. Na takie spotkania warto chodzić. Mieliśmy wiele emocji, wiele sytuacji podbramkowych. Rywalizacja zakończyła się remisem, ale dzisiaj wygrał futbol, bo za nami znakomite widowisko. Pogoń ma bardzo […]
14.08.2022
Suche Info
14.08.2022

Gustafsson: Jestem bardzo rozczarowany wynikiem

W sobotni wieczór Pogoń Szczecin gościła lidera Ekstraklasy i zremisowała z Wisłą Płock 2:2. Na konferencji pomeczowej trener Portowców nie krył niezadowolenia z powodu wyniku. Jens Gustafsson powiedział: – Przede wszystkim jestem bardzo rozczarowany wynikiem. Uważam, że zasłużyliśmy na więcej. Nasza gra w wielu aspektach była dziś satysfakcjonująca, dlatego sądzę, że możemy z optymizmem patrzeć w przyszłość. Oczywiście są też rzeczy, które możemy robić lepiej. Musimy być konkretniejsi […]
14.08.2022
Ekstraklasa
14.08.2022

Zaczął od rezerw Garbarni i inwestował w siebie. „Wierzyłem, że dyscyplina się opłaci”

Gdy złamał nogę rok po powrocie do Polski z Nantes, wziął się do pracy i w cztery lata przeszedł drogę z okręgówki do Ekstraklasy. W Garbarni Kraków to, co zarobił, wydawał na dodatkowe treningi i konsultacje. Michał Feliks wierzył i inwestował w siebie, a teraz chce zebrać tego efekty. Opowiada nam o tym, jak wyglądało jego życie we Francji i jaki ma plan na podbicie naszej ligi. Dlaczego młody zawodnik decyduje się na powrót z Francji do Polski? Przeważnie […]
14.08.2022
Suche Info
14.08.2022

Ten Hag: Zawodnicy powinni brać odpowiedzialność za błędy

Wczoraj Brentford pokonało Manchester United aż 4:0. Erik Ten Hag, trener Czerwonych Diabłów w rozmowie z klubowymi mediami ocenił przebieg spotkania. – Wygląda to tak, jakby indywidualne błędy przesądziły o wyniku, ale futbol to sport zespołowy. Konieczna jest współpraca, żeby możliwa była zmiana wyniku. Piłkarze powinni wiedzieć, że muszą brać odpowiedzialność za swoje czyny na boisku. Tu nie chodzi o obronę, tylko o postawę całego zespołu. Popełnialiśmy błędy i nie radziliśmy sobie z piłką. […]
14.08.2022
Tenis
13.08.2022

Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy. Hurkacz w finale Canadian Open!

Po pierwszym secie Casper Ruud miał pełne prawo myśleć, że już to ma. Że wygrał to spotkanie, a kolejna partia będzie tylko formalnością. Hubert Hurkacz był podłamany, snuł się po korcie, a na returnie nie miał nic do powiedzenia. Po czym posłuchał trenera Craiga Boyntona, który z trybun zaczął krzyczeć: – Musisz walczyć! Bo przecież można przegrać. Jednak ponieść porażkę, nie dając z siebie wszystkiego? Zawodowemu sportowcowi to po prostu nie przystoi. I Hubert pokazał, że jest […]
13.08.2022
Żużel
13.08.2022

Grand Prix Wielkiej Brytanii: Zmarzlik i Dudek na podium w Cardiff!

Tegoroczne Grand Prix w Cardiff pokazało magię jednodniowych torów. Niestety, pod koniec przedłużających się zawodów, które ostatecznie trwały trzy i pół godziny, okazało się że była to czarna magia. W decydującej fazie tor zaczął się po prostu rozlatywać i zawodnicy bardziej niż z rywalami, walczyli z nawierzchnią. Ale co najistotniejsze dla nas, Polaków, Bartosz Zmarzlik i Patryk Dudek wyjeździli w tak trudnych warunkach znakomite wyniki – obydwaj w Cardiff stanęli na podium! […]
13.08.2022
Tenis
12.08.2022

Hurkacz pokonał Kyrgiosa! Polak w półfinale turnieju w Montrealu

Mimo że trwał trzy sety, to był to szybki mecz. Obaj na korcie nie spędzili nawet dwóch godzin, a w tym czasie i tak zdążyli zagrać dwa tie-breaki. Wygrali po jednym z nich. W trzecim secie meczu Nick Kyrgios zaczął jednak popełniać więcej błędów, a Hubert Hurkacz z tego skorzystał i dwukrotnie go przełamał. I to Polak – znów udowadniający, że w Ameryce Północnej czuje się bardzo dobrze – awansował do półfinału. Za Oceanem najlepiej? Hubert Hurkacz […]
12.08.2022
Lekkoatletyka
12.08.2022

Memoriał Skolimowskiej. Pierwszy mityng Diamentowej Ligi w Polsce [WIDEO]

12.08.2022
Weszło
12.08.2022

Człowiek, którzy widzi palcami. Mueller-Wohlfahrt kończy 80 lat

Lekarz, który wzniósł medycynę sportową i fizjoterapię na nowe wody. W nieosiągalnym dla innych specjalistów tempie był w stanie podnieść wielu atletów na nogi. Przez lata był głównym lekarzem Bayernu Monachium i reprezentacji Niemiec. W skrócie: Hans-Wilhelm Mueller-Wohlfahrt. 12 sierpnia skończył 80 lat. Nie pracuje już w Bayernie Monachium, wciąż prowadzi jednak swoją klinikę, do której różne znane osoby, nie tylko ze świata sporu lgną drzwiami i oknami. Pomógł wielu z nich z Franzem […]
12.08.2022
Tenis
12.08.2022

Dwie polskie batalie w Kanadzie. Hurkacz swoją wygrał, Świątek niestety nie

To były szalenie ciężkie, grane w tym samym czasie mecze polskich tenisistów. Przy tym emocjonujące tak bardzo, że nie wiedzieliśmy na którym z nich skupić się bardziej. Ale wiemy jedno. Po dzisiejszym wieczorze z Igą Świątek oraz Hubertem Hurkaczem proponujemy wprowadzić do powszechnego użycia nowy termin. Jeżeli chcecie komuś życzyć dobrej formy i ogólnej krzepy, to spokojnie możecie powiedzieć „obyś miał zdrowie jak polski tenisista”. Chociaż ostatecznie to Hubert wygrał swoje […]
12.08.2022
Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Paweł
Paweł
5 miesięcy temu

Przedstawienie wielkiej jednostki, boksera, czy innego sportowca sprawdzającego się w rywalizacji indywidualnej, przychodziło reżyserom i scenarzystom łatwiej. Podczas gdy stworzenie naprawdę dobrego kina, oscylującego wokół dyscypliny drużynowej, stanowiło ciężki kawał chleba”
Litości. W Stanach powstało multum filmów o dyscyplinach zespołowych (może nawet więcej niż o indywidualnych): koszykówce, footballu, baseballu, rzadziej hokeju, zdarzyło się i rugby. Sporo z nich jest znakomitych, osiągały świetne wyniki kasowe, otrzymywały nagrody, a „Mistrzowski rzut” znalazł się w Bibliotece Kongresu jako część dziedzictwa kinowego, wybranego ze względu na wkład historyczny, kulturowy i estetyczny.
Po drugie „Friday Night Lights” opowiada o jak najbardziej prawdziwej drużynie Permian Panthers. O jej sezonie 1988/89 Bissinger napisał książkę pod tym tytułem, na której podstawie powstał film kinowy. A serialowe modyfikacje nie zmieniają faktu, że pierwowzór istniał w rzeczywistości.
Po trzecie Nixon, Rambis, A.C. Green, Wilkes, Scott to nie byli żadni zadaniowcy, tylko – w różnych okresach – pierwszopiątkowi zawodnicy. Wilkes był gwiazdą i w Lakersach i w Golden State, z którymi zdobywał mistrzostwo już w latach 70., a McAdoo przed przyjściem do LA był MVP ligi, trzykrotnie królem strzelców i pięć razy wybierany do All Star Game. Obaj od dawna są w Hall of Fame. Zadaniowcy…

Grafoman
Grafoman
5 miesięcy temu

Mordo, wyraz logo się nie odmienia. Widzę, że się tu wpasujesz.

Pietrek
Pietrek
5 miesięcy temu

Forum club mialo miejsce w The Great Western Forum albo poprostu w The Forum, stapless center otwarto jakos koncem lat 90tych