Kiedykolwiek jestem w centrum Łodzi i widzę budynek Silver Screen, nie mogę uwierzyć. A zarazem nie wiem w co dokładnie nie mogę uwierzyć.

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Czy nie mogę uwierzyć w to, jak źle z Silver Screenem obszedł się czas. Tak jak gdyby byli po rozwodzie i czas wziął wszystko – dom, Fabię w gazie, dzieciaki. Silver Screen został natomiast ze spłatą hipoteki i ciągotami do sterydów anabolicznych.

Czy jednak nie mogę uwierzyć w to, że kiedyś miałem budynek Silver Screen za obiekt ukradziony z Ameryki, wyrwany z klatki piersiowej Manhattanu i wstawiony z impetem prosto w Łódź. Obiekt reprezentatywny. Przeszklony. Z nieskończoną ilością ruchomych schodów prowadzących na nieskończoną ilość pięter. Z panoramą Łodzi, z bilardem, z kręglami, z salonem gier. Z dziesiątkami amerykańskich filmów odgrywanych całą dobę. Z restauracjami o daniach ze zwierząt niewymienianych w atlasach.

Może nie tylko na mnie robił wrażenie, skoro trafił na łódzką pocztówkę.

Ale może nie zmienia to faktu, że zawsze był poszarzały jak skóra palacza. Że zawsze bliżej mu było nie do Times Square, tylko do szkoły tysiąclatki.

A jednak człowiek tak go widział. Miał nawet za przeszklony, choć przeszklony był tylko w niewielkim stopniu.

Dla nas jednak wizyta w Silver Screenie była wizytą w Nowym Jorku i Kalifornii jednocześnie; była wizytą w szerokim świecie. Jechałeś trzeci raz tego dnia ruchomymi schodami i czułeś, że twoje młode życie nie idzie na marne.

Dla nas, bo mieszkałem w małej, podłódzkiej miejscowości, charakteryzującej się tym samym, czym wszystkie podłódzkie miejscowości – nieokreślonym, nieuchwytnym niczym szczególnym. W promieniu kilometra od mojego rodzinnego domu znajdował się małopowierzchniowy sklep spożywczy, przystanek autobusowy, z którego można było dojechać na Centrum Handlowe Ptak, pieczarkarnia, firma transportowa, szkoła, wytwórnia tanich win, a także ogródki działkowe dla łodzian, którzy zstępowali do nas pod osłoną nocy, zajeżdżając lśniącą karocą zaprzężoną w anioły na podjazd z polbruku. Jestem do dziś skłonny dać się przekonać, że wszyscy mieszkańcy podłódzkich miejscowości, w promieniu kilometra od własnego domu mają ten sam widnokrąg, tylko z drobnymi wariacjami – na przykład zamiast pieczarkarni przetwórnia soków, albo karoce łodzian zamiast lśnić błyszczały.

Silver Screen sprawiał, że na jeden dzień to my wsiadaliśmy do karoc, a raczej na jeden dzień wypożyczony autokar w taką karocę się zmieniał.

Szkoły stanowią – lub stanowiły – istotny organizm w kinowym ekosystemie, do tego stopnia, że w pewnym momencie kręcono filmy według klucza „szkoły pójdą”. Nasza szkoła jednak na te filmy, na które iść powinna, nie chodziła. To znaczy, chyba byliśmy na czymś, ale przede wszystkim jeździliśmy na „Władcę Pierścieni” i „Matrixa” (od dwójki). Nie wiem, czy w innych szkołach te przesłaniające popkulturowy horyzont trylogie traktowano z równą powagą, ale my nie jechaliśmy na nie w jakiś wolny dzień – nie, lekcje w dniu wyjazdu na „Władcę Pierścieni” lub „Matrixa” były zawieszane. Odbywały się do jakiejś byle jedenastej. Zresztą na pół gwizdka, tak ze strony uczniów, jak i nauczycieli.

A potem my, prowincjusze, wsiadaliśmy w autokar i jechaliśmy.

Jechaliśmy niedługo po premierze doświadczyć najgłośniejszych aktualnie zjawisk popkulturowych na kuli ziemskiej.

Czasem myślę o tym, jak te wyjazdy były wyjaśniane wyżej. „Matrix” i „Władca Pierścieni” nie były żadną z lektur. Nie uczyły jak stać się dobrym Polakiem. Nie mówiły też nic o polskich świętych. Nie tłumaczyły zawiłej i heroicznej historii polskiej bitwy – nie, bito się pod Helmowym Jarem albo na położonym specjalnie dla drugiego Matrixa kawałku autostrady. Może nie potrzeba było się przed nikim tłumaczyć. Byliśmy reprezentantami jednej z tych szkół, których istnienie łatwo przeoczyć. A może patrzono na nas czasem z większą przenikliwością, niż nam się wydawało, i widziano korzyści płynące z włączenia nas w obieg obrazów, którymi aktualnie żył świat.

Nie wiem jak było, ale gdyby nie to, każdy z nas czekałby kilka lat, aż ten film ukaże się w kinie chleba naszego powszedniego, czyli poniedziałkowym „Megahicie” na Polsacie. Kiedy obejrzenie takiego filmu nie będzie już żadnym obejrzeniem, bo w oglądanie blockbustera wpisane jest obejrzenie go na gorąco, nawet niekoniecznie w kinie, ale w momencie, kiedy jest to temat, kiedy jest to blockbuster. Co dla nas najistotniejsze, byliśmy przyzwyczajeni, że artefakty nastoletniości docierają do nas z opóźnieniem – a tu poślizgu nie było. Tu byliśmy pełnoprawnymi obywatelami nowoczesności.

W konsekwencji atmosfera takiego wyjazdu, świąteczność usankcjonowanych wagarów z nauczycielami na pokładzie, do tego wizyta w centrum Łodzi, a więc w centrum świata – możecie sobie tylko wyobrazić w jakim świetle to wszystko stawiało te filmy. Były głośne same w sobie, ale tak stawały się i głośne w nas. I później już nieważne, że nikt nie zrozumiał nic z drugiego Matrixa. Że trzeci eksponował najmniej wiarygodny romans w dziejach kina. I tak stawały się doświadczeniami formatywnymi. Bo jest oczywistością, jak mocno historia odbioru dzieła potrafi wpłynąć na odbiór dzieła. I nie trzeba na potwierdzenie sięgać do wspomnień z PRL, jak smakowała zakazana przez cenzurę książka, czy też sięgać do historii pasterzy górskich szmuglujących przez zieloną granicę rękopis jednej z powieści Józefa Hena.

Może więc Silver Screen nie poszarzał przez toksyczny związek z czasem. Może nie dlatego, że w pobliżu zbudowano kilka obiektów ładniejszych, a nawet nowszych. Poszarzał przede wszystkim przez degradację swojej roli. Kiedyś był jednym z biegunów wyznaczających siły ciążenia. Miejscem pozwalającym nam przez chwilę żyć tym samym, czym żyli młodzi ludzie w Los Angeles; miejscem pozwalającym przez chwilę poczuć puls świata. Dziś dalej mu do jakiegokolwiek znaczenia, niż wyglądem – czy mówiłem, że przeszklony? – do przeszklonych drapaczy chmur Manhattanu.

***

Oglądanie filmów w głębokim dzieciństwie wydaje się czymś innym, niż oglądanie filmów kiedykolwiek indziej.

Nie twierdzę, że filmy przeżywane są prawie tak, jakby stanowiły rzeczywistość, czy chociaż rzeczywistości powidok. Ale znacznie krótsza jest droga do tego, by oglądanie było doświadczeniem, a nie tylko oglądaniem.

Może dzieje się tak dlatego, że film w dzieciństwie przetacza się przez umysł nie napotykając żadnego oporu. Ryje więc glebę wyobraźni aż po ciemię. Może też czerpie z tego, że pracą dziecka – bo każdy i wszystko ma jakąś pracę do wykonania – jest uważać i chłonąć. A z tego uważania i chłonięcia się uczyć. Co ma różne, często przypadkowe lub fatalne konsekwencje. Niemniej film poddawany jest tej samej pracy uwagi. Czy z tych powodów, czy z innych, w późniejszych latach nawet najlepszy film – czy inny środek przekazu treści – na poziomie emocjonalnym rzadko jest w stanie rywalizować z tym, co dzięki nie jakości, a wyłącznie dzięki pojawieniu się w odpowiednim miejscu i czasie, trafiło do prologu osobistej mitologii.

W dzieciństwie rodzina dzieliła się na tych, którzy raczej mają i tych, którzy raczej nie mają. Myślę, że każdy, kogo rodzinę prędzej określało nie posiadanie niż posiadanie, miał zarazem jakieś życzliwe, bogatsze wujostwo, które umożliwiało poznanie lepszego, a przynajmniej droższego. U mnie w rodzinie taką rolę spełniało wujostwo ze Zduńskiej Woli. Co więcej, ich syn był komputerowym freakiem, potrafiącym zawsze zdobyć w sobie tylko wiadomy sposób to, co aktualnie w świecie popkultury chodliwe.

To u niego oglądałem licząc sobie lat kilka „Dzień niepodległości”, film zajmujący pierwsze miejsca we wszelkich rankingach „guilty pleasure”. Film poklejony na klej w sztyfcie, film z postaciami powstałymi dzięki generatorowi stereotypów; można jeszcze długo strzelać, amunicji nie braknie, ale też, jak spojrzeć na ten film z dystansu, to widać, jak mocno mógł działać na wyobraźnię dziecka. Bo jeśli nie zwracać uwagi na te husarskie szarże nieprawdopodobnych szczegółów, jeśli przymknąć oko, jak tylko dziecko potrafi je przymknąć, to zostawały – cóż – tylko husarskie szarże. A husarskie szarże to jednak epickość.

Co wiem, bo tak było, gdy jako kilkulatek oglądałem ten film i jest trudno wyrazić, jak bezgranicznie mnie pochłonął. Oglądając go nie zazdrościłem nikomu. Kluczową kwestią tego seansu nie był jednak sam seans, a jego przerwanie w momencie kulminacyjnym. Gdyby chcieć wskazać moment, w którym przerwanie „Dnia niepodległości” mogłoby być najokrutniejsze dla kogoś, kogo „Dzień niepodłegłości” sobie całkowicie podporządkował, to byłaby to chwila tuż przed wylotem Willa Smitha i Jeffa Goldbluma na statek-matkę kosmitów, gdzie Goldblum miał załadować statkowi-matce komputerowego wirusa, który…

Jak już mówiłem, film ma swoje luki.

Ważne jest, że przerwanie nastąpiło z powodu niepodważalnej instancji – rodzice kończyli wizytę – a ja zostałem wyrwany w serca opowieści. Jak potoczyły się przygody Willa Smitha i Jeffa Goldbluma na statku-matce, dowiedziałem się dopiero kilka lat później, bo tak wówczas działał świat.

I choć to tak nieprawdopodobne zrządzenie losu, że nadawałoby się do fabuły „Dnia niepodległości”, tak to samo zdarzyło niebawem z „Matrixem”. Znowu Zduńska Wola, znowu obrotny kuzyn, znowu ponętne science fiction. Znowu konieczność wyjazdu przydarza się w scenie granicznej: Neo opuszcza Matrixa i budzi się w kapsule pośrodku niczego. Podobało mi się wszystko, co działo się do tej pory, ale dopiero ta scena, mnogość dających się postawić wokół niej pytań, obietnica odpowiedzi, w dodatku odpowiedzi w wyniku fabuły, której dalszego ciągu nie jestem w stanie przewidzieć… Wszystko oszołomiło i wyjeżdżałem ze środka oszołomienia.

Dziś trudno sobie wyobrazić co czuje ktoś, kto doogląduje film po dwóch, trzech latach. Jak przez ten czas film i stawiane przez niego pytania potrafią urosnąć. W zasadzie to powinno zbudować nierealne oczekiwania. Ale „Matrix”, dla mnie, wtedy, dowiózł.

***

Osoby, które posiadają przywilej bycia młodym, mogą nie pamiętać hype’u „Matrixa”. Może być im przez to trudno zrozumieć, dlaczego te trzy kiepsko starzejące się filmy były dwadzieścia lat temu tak istotne. Myślę, że o wiele łatwiej zrozumieć fenomen choćby pierwszych „Gwiezdnych Wojen”, tej sympatycznie zaprojektowanej przygody, której bohaterowie, choć w kosmicznych sceneriach, przeżywają rozterki, z jakimi łatwo każdy widz nawiąże dialog. Poza tym jest zło, jest dobro, a nawet jak ktoś dobry jest trochę zły, to tak naprawdę jest dobry, bo prawdziwie źli są tylko prawdziwie źli.

Czego tu nie rozumieć?

Ale „Matrix”? Te skóry, lateksy? Te wygibasy po ścianach, będące na granicy kampu? Te maksymy, z których wiele dziś wydaje się mieć głębię horoskopów z „Tele Tygodnia”? Postacie na jedno kopyto, zlewające w jedną, traktującą się z komiczną powagą?

Naprawdę ludzi tak to brało?

Ale czas „Matrixowi” sprzyjał.

Bo „siła obrazu bierze się nie tyle z faktu, że coś w nim dostrzegamy, ile z faktu bycia samemu w nim widzianym. To nie my patrzymy na obraz. To obraz patrzy na nas”*.

Na przełomie wieków nikt nie mógł już udawać, że nie zdarzyło się coś ważnego. Ważnego w skali cywilizacyjnej. Komputeryzacja życia tak powszechna, że trafiająca pod strzechy nawet w Polsce. Więcej, komputeryzacja życia tak powszechna, że przymuszająca wiele osób, które chętnie wyparłyby się tej rewolucji. Tak jak dzisiejsi czterdziesto i pięćdziesięciolatkowie bez trudu wypierają ze swojego horyzontu TikToka i Youtuberów, żyjąc mimo wyparcia spokojnie – wtedy wyparcie było niemożliwe. Często te roczniki przymuszane były wyższą siłą do zdobyczy technologii. Technologii wchodzącej z butami w codzienne życie, gdzie jeszcze w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych stanowiła ona pewnego rodzaju getto. Technologii, było już jasne, wszechobecnej, bo internet, bo strachy na lachy o milenijnej pluskwie (ale jak działające na wyobraźnię mas), bo telefony komórkowe, bo wszystko. Nawet najoporniejsi na zmianę, musieli spostrzec, że próg został minięty. Odwrotu nie było. Zdarzyło się coś, co nieodwracalnie zmieni bieg życia na każdym jego szczeblu. Wielu chciałoby odwrócić wzrok odwrócić, ale nie mogło. Co być może najistotniejsze – świat który znali, w którym czuli się swojo, nagle raptownie się oddalił.

„Matrix” miał te swoje efekty, bullet time’y i inne uderzenia helikopterów w ścianę przeszklonego budynku, które robiły wrażenie czysto wizualne. Ale one stanowiły wyłącznie interlinię do treści. Współgrały z nią bardzo spójnie. To nigdy nie były efekty same dla siebie. I nigdy nie obroniłyby się same w sobie. Każdy z nich dalej starał się konsekwentnie opowiadać to, co opowiadał film.

Bo przede wszystkim „Matrix”, ze swoją opowieścią o władzy komputerów nad światem, o ruchu oporu, generalnie mocno czerpiący z całego bogactwa motywów technologicznego skoku, wpisywał się doskonale w ówczesnego ducha lat. Jako pewien zbiór mniej lub bardziej luźno powiązanych ze sobą idei, ale też jako nastrój – szedł z nim ramię w ramię. Nie można powiedzieć, żeby komentował rzeczywistość – najwyżej komentował podświadome lęki. Przynajmniej u jednych, bo młodsze pokolenie, które wychowywało się w oczekiwaniu na to, aż będzie się można w technologii zanurzyć, czytało „Matrixa” jeszcze inaczej – z fascynacją. „Matrix” dawał dużo pola do interpretacji w ramach tematu, który unosił się nad wszystkim.

Był wówczas fenomenem społecznym. To widać gdzie nie spojrzeć na tamten czas. Jak określenia z filmu, które wchodziły do nowo powstającego słownika pojęć. Nawet u nas, by wspomnieć przecież Neostradę. Idąc dalej przez przełom wieków: wspomnienia koszulek bazarowych, tuż obok piłkarskich Del Piero czy innego Raula. Były osoby, które czytały „Matrixa” jako pierwszy odcinek popularnego kanału teorii spiskowych („Czy nigdy nie czułeś, że z tym światem jest coś nie tak”, wypowiadane przez Morfeusza, karmiące się na podskórnym przekonaniu każdego z nas, że coś z tym światem jest nie tak; bo w istocie, coś z tym światem jest nie tak, z tym, że żadne symulacje i matrixy nie są do tego potrzebne). Albo recenzja Quentina Tarantino, który nigdy nie był większy niż wówczas, a mówił wprost, że dla niego „Matrix” jest jednym z najlepszych filmów lat dziewięćdziesiątych. A przecież w latach dziewięćdziesiątych, znając Quentina, musiały mu się podobać wszystkie filmy.

Quentin z czasem wymazał film z tej listy. Może tylko dlatego, że był rozczarowany dwoma kolejnymi częściami, jak wszyscy. Ale może dlatego, że tym, którym sprzyja konkretny czas, moment, nie sprzyja tego czasu upływ.

Nie twierdzę, że „Matrix” był w 1999 zamknięty jak owad w bursztynie. Do dziś ma momenty. Dylemat Cyphera – lepsze skutecznie odwracające twój wzrok kłamstwo, czy prawda, ale w której jesz tylko pozbawiony smaku kleik – czy gdy przyszło zrozumienie, o co chodziło z tymi spadającymi znakami, mają dla mnie wartość wykraczającą poza nostalgię, poza Silver Screen. Ale uważam, że tylko w tamtym powietrzu miał prawdziwą moc. Przecież dziś nawet sama fabuła o wielkim, złym SI, który ciemięży ludzi – OK, zawsze będzie całkiem kreatywne to, jak zrobili z nas bateryjki, ale w szerszym kontekście zostałoby prawdopodobnie uznane za banał. Może w 1999 to brzmiało, bo w myśleniu o sztucznej inteligencji – a tak naprawdę o tym, że komputeryzacja zmieni wszystko – byliśmy pomiędzy fazą wyparcia i złości, więc to pasowało. Dziś jesteśmy gdzieś na fazie negocjacji, więc i bardziej do naszych czasów pasuje SI w rodzaju SARS-a z „Interstellar”. W takiej formie wywołuje reakcję.

„Matrix 4” nie odpowiada dziś praktycznie na nic.

Odpowiada tylko na jedno – na zew nostalgii. Tę rozumie dobrze. Zdanie „nothing comforts anxiety like a little nostalgia” – nic nie koi niepokoju jak odrobina nostalgii – jest celne. Bo pragnienie omamienia się nostalgią nie unosi się może tak nad dzisiejszymi czasami, jak tematy „Matrixa” nad 1999, ale jest wyczuwalne. Nostalgia – jak się nad tym zastanowić – bywa używana jako metoda kontroli. Można powiedzieć: nostalgia bywa bronią masowego rażenia.

Gdzieś wokół zagadnienia nostalgii, pogoni za nią, ale też tym, jak jest wykorzystywana przeciw nam, myślę, że kryje się jakaś istotna prawda o świecie. W filmie widać ją najwyraźniej – sequeloza, ale też nieustanne rebooty, czy też te przemalowane filmy Disneya – natomiast na pewno wychodzi poza ten świat. Ja też prawem nostalgii nie miałem nawet wyboru – musiałem iść na „Matrix 4”, choć nie spodziewałem się niczego dobrego, choć nie oczekiwałem kolejnego filmu, nie miałem nawet żadnej ekscytacji. Ale musiałem, bo prawem przeszłości to sprawa osobista, i kolejna część, jaka by nie była, także nią jest.

I można wiele powiedzieć krytykując ten film, ale najbardziej dobitne jest to, że znalazł temat, temat, który nie tylko byłby do zrealizowania, by powiedzieć coś istotnego. Co więcej, temat, do którego być może nadawał się idealnie.

I dlatego ostatecznie oglądając go nie mogłem uwierzyć, a zarazem nie wiedziałem w co nie mogę uwierzyć. Czy, że go odkryto jako ropodajne źródło, a potem je porzucono. Czy że pomysł rozpoznano, a potem został aż tak zakrzyczany, rozmyty, bo moglibyśmy go trochę zgłębić, ale słuchajcie, teraz trzeba dać jeszcze jedną walkę kung-fu. To tamto może potem.

Leszek Milewski

Weszło
01.10.2022

Urs Fischer. O wędkarzu łowiącym w morzu grubych ryb

Urs Fischer w przerwie reprezentacyjnej przedłużył kontrakt z Unionem Berlin. Szkoleniowiec z przeciętnej drużyny Żelaznych stworzył silny zespół lidera Bundesligi. Jest detalistą i zawziętym wędkarzem, trzyma się swoich twardych zasad i nigdy nie traci czujności. Właśnie dlatego do zwycięstw podchodzi z dystansem, a największe zagrożenie widzi, gdy wszystko układa się dobrze. Jako piłkarz nie wybił się ponad przeciętność, mimo to uznaje się go legendą zarówno Zurychu, jak i St. […]
01.10.2022
Suche Info
01.10.2022

Kapitalny rajd Kwaracchelii. Zieliński z asystą [WIDEO]

Piotr Zieliński z czwartą asystą w tym sezonie Serie A. Polak uruchomił prostopadłym podaniem Chwiczę Kwaracchelię, który zdobył gola po długim, kilkudziesięciometrowym rajdzie. Napoli w sobotnie popołudnie podejmowała u siebie Torino. Wygrali 3:1. Dwa pierwsze gole dla neapolitańczyków zdobył Zambo Anguissa. Przy trafieniu na 3:0 asystował Piotr Zieliński, ale trzeba przyznać, że ten gol to w pełni zasługa Gruzina, który przebiegł pół boiska i zapakował piłkę do siatki. 🇵🇱 ASYSTA PIOTRA […]
01.10.2022
Weszło
01.10.2022

Kanonierzy wypatroszyli Koguty. Arsenal lepszy w derbach północnego Londynu

Sobota, godzina 13:30, piękna pogoda, derby północnego Londynu i mnóstwo kontrastów. Starcie zwaśnionych obozów, pojedynek różniących się od siebie koncepcji taktycznych, hulająca ofensywa kontra głęboko cofnięta defensywa – to wszystko doprawiało ten mecz. Czego chcieć więcej? Kanonierzy dziś zrobili swoje, złapali koguty i bez większych problemów wypatroszyli rywali zza miedzy. Tym razem Mikel Arteta po prostu rozłożył Antonio Conte na łopatki,  a jego […]
01.10.2022
Suche Info
01.10.2022

Kownacki i Karbownik z asystami w 2. Bundeslidze

Dawid Kownacki i Michał Karbownik zaczęli mecz z Arminia Bielefeld w pierwszym składzie Fortuny Dusseldorf. Obaj zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i zaliczyli ładne asysty.  Polski napastnik jest gwiazdorem i liderem Fortuny. Jego przytomna piętka przy bramce Shinty Appelkampa stanowiła jego dziewiąty wpis statystyczny w tym sezonie 2. Bundesligi, na co składają się cztery asysty i pięć bramek. Tym samym Kownaś zbliża się do wyjazdu […]
01.10.2022
Weszło
01.10.2022

Weszło Fuksem: Lech nastrzela Legii?

Co wydarzy się w hicie kolejki? Łapcie nasze podpowiedzi co do typów na mecz Lech Poznań – Legia Warszawa!
01.10.2022
Live
01.10.2022

LIVE: Czas na hit! Lech podejmuje Legię

Zaczynamy sobotę z Ekstraklasą, która zapowiada się więcej niż ciekawie. Okej, jeszcze na starcie Górnika z Zagłębiem można patrzeć nieco przez palce, ale hit Lech-Legia czy otwarcie stadionu Pogoni w ramach meczu z Lechią, to wszystko zapowiada się kapitalnie. Jedziemy! Fot. FotoPyk
01.10.2022
Prasówka
01.10.2022

PRASA. Reiss: Raków pokazał, jak grać z Legią. Stawiam na 3:0 dla Lecha

Szybki i krótki przegląd sobotniej prasy, w którym znajdziemy dwie rozmowy „Super Expressu” – z Piotrem Reissem oraz Cezarym Kucharskim. Pierwszy mówi o meczu Lecha Poznań i Legii Warszawa, drugi o formie Roberta Lewandowskiego w FC Barcelonie. Sport Górnik Zabrze ściągnął aż ośmiu obcokrajowców. Skąd taka decyzja? Skąd aż tak duży zagraniczny zaciąg w górniczej ekipie? Pytamy o to odpowiedzialnego za skauting w zabrzańskim klubie Romana Kaczorka. – Chciałbym przede wszystkim zauważyć, […]
01.10.2022
Prasówka
30.09.2022

Dziekanowski: Była żona zrobiła ze mnie osobę bez serca. Nie byłem taką kanalią

Weekendowa prasa to szeroki przegląd tego, co dzieje się w polskich ligach. Mamy wywiady z Dariuszem Dziekanowskim, Patrykiem Dziczkiem czy Jarosławem Mrozkiem, sylwetki i rozmówki o aktualnych wydarzeniach. Sport Bogdan Pikuta o najlbiższej serii gier. Na który z meczów11. kolejki ekstraklasy ostrzy pan sobie kibicowski apetyt? – Na pierwszy plan wysuwają się dwa spotkania, czyli Lecha z Legią i Widzewa z Rakowem. W pierwszym goniący czołówkę aktualny mistrz Polski zmierzy się […]
30.09.2022
Prasówka
29.09.2022

PRASA. Radomski: Czas Krychowiaka i Glika w kadrze się skończył

Czwartkowa prasówka.  PRZEGLĄD SPORTOWY Jarosław Gambal i Sławomir Morawski przeanalizowali grę kadry w ostatnich meczach. Krychowiak, czyli sztuka pozorowania W centralnej części boiska nie mamy defensywnego pomocnika: mobilnego, pokrywającego dużą przestrzeń, gotowego na intensywne bieganie od „16” do „16”, szybko reagującego na stratę piłki, gotowego do zbierania drugich piłek, dominującego w pojedynkach; potrafiącego efektywnie utrzymać się przy piłce pod presją w otwarciu i budowaniu gry; identyfikującego moment uwolnienia […]
29.09.2022
Niezły numer
28.09.2022

Tylko 2 beniaminków utrzymało się w dywizji A. Co wiemy po trzech edycjach Ligi Narodów?

Kolejna edycja Ligi Narodów za nami — do rozstrzygnięcia pozostała już tylko kwestia zwycięstwa w Final Four. Co wiemy o tych rozgrywkach po trzech sezonach? Na przykład to, że rozpoczęcie kolejnego w dywizji A to wcale nie takie łatwe zadanie. Reprezentacja Polski w czwartej edycji pozostanie w najwyższej dywizji Ligi Narodów. Czy znów będziemy trzęśli portkami przed starciami z silnymi rywalami? Z pewnością. Jest jednak tak, jak ujął to Czesław Michniewicz (i nie tylko on) – trzeba uczyć się […]
28.09.2022
Prasówka
28.09.2022

Dziekanowski: Michniewicz nie ma pomysłu na kadrę

Środowa prasa jeszcze w większym stopniu pisze o reprezentacji niż o klubowej piłce. PRZEGLĄD SPORTOWY Turniej „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” spełnia piłkarskie marzenia. W poprzednich edycjach grało w nim wielu późniejszych reprezentantów Polski. Po przyjeździe do stolicy na twarzach młodych zawodniczek i zawodników malowały się ogromne emocje. Wszyscy wiedzieli, że za kilka chwil z korytarza hotelowego wyjdą „Lewy”, „Zielu”, „Krycha” i spółka. – Uszczypnij mnie, to Wojciech Szczęsny, […]
28.09.2022
Na zapleczu
27.09.2022

Świnia w szaliku, skrojona oprawa, jednoczesny awans i spadek. Jak wyglądają derby w 1. lidze?

W najbliższej kolejce pierwszej ligi czeka nas pierwszy derbowy mecz w sezonie. Naprzeciw siebie staną Stal Rzeszów oraz Resovia, które nie tak dawno walczyły między sobą w finale drugoligowych baraży. Wtedy było gorąco, gorąco będzie pewnie i teraz, bo podkarpacka rywalizacja ma tradycję sięgającą blisko 90 bezpośrednich spotkań. Z tej okazji warto przypomnieć pamiętne starcia odwiecznych rywali na zapleczu Ekstraklasy w XXI wieku. O tym, że walka o dominację w Rzeszowie będzie […]
27.09.2022
Liczba komentarzy: 45
Subscribe
Powiadom o
guest
45 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
123
123
8 miesięcy temu

Co do życia w małej pipidówie to coś wiem. I nie chcę się licytować, ale miałem nawet gorzej (najbliższa okoliczna miejscowość 70tysięcy mieszkańców 20 km obok; do Poznania ok. 100km), więc doskonale rozumiem to „zacofanie”. Bez kitu, wyjeżdżając z rodzinnego miasta w wieku 19 lat czulem się jakbym niejako wyszedł z kamienia.

A jeśli chodzi o Matrix 4 – ten film miał być o niczym i miał wkurwić osoby, które jakkolwiek cenią sobie trylogię, no albo chociaż pierwszego Matrixa, bo 2 i 3 to temat dość kontrowersyjny (nie mam z nimi problemu z mojego punktu widzenia), ale bynajmniej Matrix sam w sobie nie jest o technologii czy życiu w symulacji (wskazówka: reżyserzy wszystkich czterech filmów). Na plus jedynie dałbym część po stronie „prawdziwej”, gdzie historię popchnięto w na prawdę ciekawy sposób i nawet się nie obrażę na kolejny film.

I na koniec – serio taka przykra ocena lovestroy Neo i Trinity?

qwd
qwd
8 miesięcy temu

Nie zdawałem sobie sprawy że zwykła sieciówka Silverscreen mogła być aż tak cennym punktem życia w Łodzi. Podobnych multipleksów było w Warszawie kilka. Biurowce ze szkła czy ruchome schody to może robiły wrażenie w latach 70 tych gdy oddawano Dworzec Centralny czy Wieżowce ściany zachodniej. Nie jest to żadna pogarda czy krytyka Łodzi. Pokazuje to bardziej jak bardzo Łódź była w tyle z rozwojem za innymi miastami w latach 90 tych. Co do Matrixa to kluczem tego filmu nie były świetne jak na tamte czasy efekty specjalne a fabuła dajaca dużo do myslenia. Nawet teraz często sie zastanawiamy czy my nie żyjemy w jakimś wirtualnym albo prawdziwym śnie. Film dawał do myślenia.

Edek
Edek
8 miesięcy temu
Reply to  qwd

Ruchome schody to już nawet były przed wojną w Katowicach.

Jerzy
Jerzy
8 miesięcy temu
Reply to  qwd

Ruchome schody też w Łodzi były od lat 70., ale tu Panredaktor to ma na myśli, że Sliver Screen odznaczał się nowoczesnością, nie miał w sobie nic z prlowskiej czy postprlowskiej przaśności, bylejakości i stylu, wówczas bardzo źle rozumianego prze swe zaniedbanie.

Łodzianin
Łodzianin
8 miesięcy temu
Reply to  qwd

pamietaj, ze jest to punkt widzenia człowieka z małej miescowosci gdzie nic sie nie dzieje. Dla Łodzian SS nie był czymś niesamowitym i wiekszosc osób jak miała do wyboru Bałtyk czy SS to wybierała kino Bałtyk, a silvescreen juz wtesy wydawał się obrzydliwy architektonicznie.

qwd
qwd
8 miesięcy temu
Reply to  Łodzianin

No jednak był czymś wyjątkowym skoro były z nim produkowane pocztówki.

Tomek Chajto
Tomek Chajto
8 miesięcy temu
Reply to  qwd

Nie ma co, warszawa to wielki świat, mają kina!

qwd
qwd
8 miesięcy temu
Reply to  Tomek Chajto

Widze że nie zrozumiałeś. W Warszawie pod koniec lat 90 tych była cała masa podobnych budynków to tego silverscreena. Nikomu nie przyszłoby do głowy aby umieszczać je na pocztówkach i trakotwać jako wielki świat ameryki

Przemek
Przemek
8 miesięcy temu
Reply to  qwd

Ruchome schody to i w Łodzi od 1967 roku były, natomiast Silver Screen był pierwszym multipleksem w obecnym tego słowa znaczeniu (no może jeszcze trochę kino Bałtyk)

Władek Niwinski
Władek Niwinski
8 miesięcy temu
Reply to  qwd

Silverscreen powstał niemal równocześnie z hotelem Ibis (po sąsiedzku, widoczny na widokówce ) Dziś można rechotać ale wtedy by to… najlepszy hotel w Łodzi. Pozostałe (łącznie z Grandem) były już mocno zużyte i wołały o remont. Ibis musiał udzwignąć wizyty zagranicznych gości, przywykłych do znacznie wyższego standardu. Natomiast Silversceen juz w momencie powstania był raczej przestarzałym i mało funkcjonalnym budynkiem, ale rzeczywiście był forpocztą nowej rzeczywistości kinowej. Chociażby takiej że kino ma wiele sal i że koniecznie trzeba kupić takie wielkie pudełko z pop-cornem i jeść podczas seansu.

Pietrucha
Pietrucha
8 miesięcy temu

No i redaktor Leszek coraz bardziej się starzeje. Pytanie czy warto zagłębiać się w tę nostalgią, czy nie odwracać się i przeć ślepo do przodu z całą resztą, jak muchy do g.. Odpowiedzi dobrej nie ma, jednakże świat zmienia się coraz szybciej, niekoniecznie na lepsze, a przynajmniej nie tylko, ale chociaż częściowo trzeba się dostosować. Zostanie w tyle jest nie do nadrobienia.

Norbert
Norbert
8 miesięcy temu

Panie Redaktorze – więcej tekstów osobistych prosimy, a czasem mniej piłkarskich. Pan Redaktor ma tak dobre pióro, że jak się Redaktorowi nie chce, to aż bije po oczach. Najlepiej widać to na powyższym – wspaniały tekst, choć z Weszło wspólnego ma niewiele [no, może przynajmniej w pierwszej warstwie].
Od razu widać, że „się chciało”.

Podziwiam mocno.

PS 4 literówki, korektor się chyba za bardzo zaangażował emocjonalnie w czytanie 😀

Kalarepa
Kalarepa
8 miesięcy temu

Pod koniec wkradło się trochę błędów (zmęczenie?) ale ogólnie fajny tekst. Dla mnie jedynka wciąż pozostaje jednym z najlepszych filmów jakie oglądałem i twórcy powinni na niej poprzestać. Wiadomo, dobrze zarobiły kolejne dwie części, ale „artystycznie” jedynka przez nie oberwała.

Smrc
Smrc
8 miesięcy temu
Reply to  Kalarepa

Dwójka miała fabułę do treściwego przekazania w 25 minut. Trójka może w godzinę. Trochę za dużo „szczylomy sie, a jak nie idzie, to się bijemy”, co jest generalnie nie do końca sensowne. Oglądałem całą trylogię niedawno i uważam, że jedynka starzeje się całkiem nieźle. Dziury logiczne są do przymknięcia oka. Ale fakt faktem, że WTEDY (musiało to być niedługo po premierze kinowej) zdarliśmy na śmierć taśmę w kupionym nie-wiem-skąd VHS’ie.

Bartek BAchorski
Bartek BAchorski
8 miesięcy temu

Leszek? Klasa.

Pdg
Pdg
8 miesięcy temu

Scena na autostradzie z 2 Matriksa jest spektakularna nie ma co ukrywać 🙂

kol. Zenon
kol. Zenon(@kol-zenon)
8 miesięcy temu

Pan jest już bardzo stary, panie Milewski, mimo że ja chyba metrycznie mam więcej, bo kiedy powstawał „Dzień niepodległości” ja miałem juz 16 lat, a „Matrix” był dla mnie tak samo niezrozumiały jak dzisiaj fascynacja moich synów filmami Marvela … wracając do tematu: zrobiło się mocno nostalgicznie, ciężka tęsknota za czasem minionym i niepowracalnym jest domeną ludzi, którzy już nie mają zbyt dużej perspektywy przeżycia jeszcze czegoś nowego … z jednej strony szkoda, z drugiej strony – teraz będzie przyziemnie – w tym felietonie ja cały czas czekałem na tę główną treść, ukrytą esencję w Panskich tekstach, która wychodzi gdzieś po 1/3, a czasem w połowie pojawia się sedno, pod koniec trafnie podsumowane jakąś zawiłą figurą myślową – no ogólnie zawsze trzeba pomyśleć „co poeta miał na myśli” … dzisiaj – dla mnie przynajmniej – tego zdecydowanie brakło, po prostu czytałem i czytałem i cały czas czekałem do czego Pan zmierza i byłem chyba zawiedziony kiedy zobaczyłem kątem oka ten pomarańczowy napis na końcu z okrągłym zdjęciem… a Panu się po postu na wspominki zebrało. Okej, czasem też trzeba odpocząć.

Blee
Blee
8 miesięcy temu
Reply to  kol. Zenon

Matriksa oglądałem pierwszy raz na Gravity 99. Dla kogoś na demoscenie i crackscenie było to misterium, którego nie musisz rozumieć.

Blee
Blee
8 miesięcy temu
Reply to  kol. Zenon

https://youtu.be/7MnD4Ugco1g

Na tym party wygrał Wonder – pierwsze polskie demo w OpenGL

obiektywny
obiektywny
8 miesięcy temu

Gdyby nie tekst „Dla nas, bo mieszkałem w małej, podłódzkiej miejscowości, charakteryzującej się tym samym, czym wszystkie podłódzkie miejscowości – nieokreślonym, nieuchwytnym niczym szczególnym.” to tekst można by przypisać Olkiewiczowi. Z drugiej strony pewnie gdyby to napisał Olkiewicz to wylał by się hejt ludzi pochodzących z małych podłódzkich miejscowości…

Hulk Hogan ze Szwecji
Hulk Hogan ze Szwecji(@hulk-hogan-ze-szwecji)
8 miesięcy temu

Poczułem się staro, zmień nazwy miast i budynków a powiedziałbym że w wielu aspektach ten felieton to prawie jak moje wspomnienia. Nawet na tych samych filmach byłem.

Te czasy hmm było jakoś tak biedniej ale z punktu widzenia dziecka weselej i ciekawiej. Teraz wszystko jest od ręki w internecie, wtedy cieszył każdy zdobyty film albo gra. Lata 90 są takim naszym PRL’em. Śmiejemy się z rodziców jak mówią „za komuny było lepiej” a sami gloryfikujemy biedę przełomu wieków – i wcale nie jest mi tego wstyd.

Neo
Neo
8 miesięcy temu

Matrix 4 wygląda jakby ktoś popełnił plagiat na pierwszej części. Sam punkt wyjścia do opowiedzenia kolejnej historii jest bardzo dobry. Scenarzyści wybrnęli z tego lepiej niż się spodziewałem. Problemem jest rozwinięcie, postać samego Neo i sceny akcji, które są słabe zarówno pod względem choreografii, jak i samej reżyserii. Z filmu sci-fi/akcji zrobili sci-fi/melodramat. Najbardziej boli niewykorzystanie potencjału Keanu, który pomimo wieku, dałby radę stworzyć fantastyczne pojedynki (vide John Wick 3). Szczególnie, że przecież środowisko Matrixa sprzyja przezwyciężaniu ograniczeń fizycznych. Reżyser(ka) wplotła swoje światopoglądowe przekonania, co samo w sobie nie jest złe, natomiast w przypadku tego filmu, szczególnie końcówki, jest groteskowe.

Meo Lessi
Meo Lessi
8 miesięcy temu

Tekst z którym utożsamiam się w takim stopniu, jakbym sam go pisał albo chociaż współtworzył. Pozdro z Sieradza, z opisem Silver Screena w latach 90-tych i 2-tysięcznych trafione w sedno. Nostalgia.

Dzięki za tę podróż w czasie.

Gareth Bejl
Gareth Bejl(@gareth-bejl)
8 miesięcy temu

Czytałem i spodziewałem się na koniec czegoś w stylu: „Ceterum censeo Carthaginem esse delendam”.

haunted
haunted
8 miesięcy temu

Ale redaktor Leszke się refleksyjny zrobił, niemniej fajnie się czytało – lubię takie duchologiczne klimaty, choć u mnie było trochę inaczej: jako dzieciak z podupadłego robotniczego miasta na Śląsku nie miałem jakoś szczególnie daleko do lokalnego centrum świata w Katowicach, ale może przez to kontrast był jeszcze bardziej wyczuwalny.
btw ten robot z Interstellara nazywał się TARS.

qdlaty81
qdlaty81(@qdlaty81)
8 miesięcy temu
Reply to  haunted

SARS bardziej na czasie…;)

Roomcajs
Roomcajs
8 miesięcy temu

Do brzegu Leszku, do brzegu.

LuigiVercotii
LuigiVercotii
8 miesięcy temu

,,(…) choć nie spodziewałem się niczego dobrego, choć nie oczekiwałem kolejnego filmu, nie miałem nawet żadnej ekscytacji. Ale musiałem, bo prawem przeszłości to sprawa osobista, i kolejna część, jaka by nie była, także nią jest.” Leszku, to zdanie uderzyło mnie najmocniej. Obecni twórcy showbiznesu, chyba jak nigdy wcześniej, w tak krótkim czasie próbują odwoływać się do naszej nostalgicznej młodości. Te filmy powracające po 20 latach, spotkania aktorów z kultowych seriali, płyty aranżowane na nowo po latach nie wnoszą niczego nowego jakościowo, niczego konstruktywnego, niczego świeżego i przełomowego. Dla nowych pokoleń nie są tak istotne, ale dla nas… Dla nas to podróż w krainę dzieciństwa i choć chwila uśmiechu. Więc ja im nie mam tego za złe, ale zmierza to w jednym kierunku, (tak jak wszystko w świecie komercji), do spadku jakości i przesytu.

qdlaty81
qdlaty81(@qdlaty81)
8 miesięcy temu
Reply to  LuigiVercotii

To samo z produktami typu Frugo, Sofix, Relaks itd.
Nawet Widzew zostal odrestaurowany po 20 latach i co? I na trybunach te same gęby co 20 lat temu tylko z dziecmi.
Przyszły czasy zarabiania na nostalgii

cibor74
cibor74(@cibor74)
8 miesięcy temu

Moja córka mówi o mnie „Pan Maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci”. Ja oglądałem Matrixa po pierwsze jego stary koń (miałem 25 lat), po drugie jako człowiek zawodowo zajmujący się komputerami, więc to co zauważyłem wtedy od razu, to fakt, że główne założenie nie ma sensu. Z człowieka nie da się zrobić źródła zasilania, bo człowiek jest istotą o ujemnym bilansie energetycznym – więcej zużywa energii niż wytwarza.

Niestety – za stary byłem na Matrixa 1. A co dopiero na kolejne.

47robic
47robic
8 miesięcy temu
Reply to  cibor74

biedne dziecko, że ma takiego zgorzkniałego zgreda za ojca

Szymas
Szymas
8 miesięcy temu

Świetnie się rozwija ten tekst, pięknie
budowana narracja, jednak zakończenie jest dla mnie rozczarowujące. Być może muszę obejrzeć M4 aby zrozumieć ten minimalistyczny finał. Chociaż jeżeli to tak bardzo film o niczym to szkoda na to czasu..

Stanislav Levinsky
Stanislav Levinsky
8 miesięcy temu

Co do filmu przerwanego w połowie i oglądanego kilka lat później, u mnie to uczucie odtworzyły współczesne seriale. Te których cały sezon wychodzi w jeden dzień, a potem przez dwa lata trzeba czekać na kontynuację – a pytania też dorastają z człowiekiem. Pierwszy raz chyba w ten sposób zamieniłem filmy na seriale przy Lostach, gdzie pewnie tak jak pół Polski siadaliśmy całą rodziną w czwartki do telewizora, a każdy sezon zostawiał więcej pytań niż odpowiedzi. Do tej pory mam ciarki gdy przypomnę sobie ostatnią scenę drugiego sezonu. Nieważne co potem, ta wyspa mnie bardziej uformowała niż jakiekolwiek kino za dzieciaka.

garret
garret
8 miesięcy temu

Hehehe, jak byłem w gimnazjum to wymyśliłem sobie, że odwiedzę Łódź, bo miałem tam chyba z trzech „kolegów z internetu”. I oczywiście zabrali mnie do Silver Screena na automaty, była też chyba w budynku obok jakaś wielka kafejka internetowa. W 2003 roku, na człowieku z Suwałk zrobiło to piorunujące wrażenie 😀

Fredert
Fredert
8 miesięcy temu

Skąd jest ten cytat?

Bo „siła obrazu bierze się nie tyle z faktu, że coś w nim dostrzegamy, ile z faktu bycia samemu w nim widzianym. To nie my patrzymy na obraz. To obraz patrzy na nas”*.

Kalbar
Kalbar
8 miesięcy temu
Reply to  Fredert

Też mnie to dręczy! Jak przeczytałem, to wiedziałem, że to znam i za żadne skarby nie mogę skojarzyć skąd.

KubaCski
KubaCski(@kubacski)
8 miesięcy temu

Pamiętam dobrze jak starsza siostra opowiadała, że po Matriksie wychodząc z kina nie wie się czy rzeczywistosc jest prawdziwa czy nie. Ja jako 8latek byłem pewien, że ten film bezpośrednio działa na mózg. Jak alkohol, bez wlewania żadnego płynu, lub na podobnej zasadzie. Rozczarowałem się, że nic podobnego nie odczułem po seansie.

Jeszcze bardziej się rozczarowałem gdy okazało się, że niemiłosiernie katowany przeze mnie podczas wizyt u wujostwa, film Mistrz Kierownicy Ucieka nie jest na żadnej liście najlepszych filmów w historii. Mało tego on się po angielsku nawet tak nie nazywa. A to była dla mnie perła VHS, choć chodziło się do wypożyczalni. Ten film był najlepszy.

Pozdrawiam z małego miasta pod Wrocławiem. Dzięki za tak ujmująco delikatne przywrocenie barw, szaremu krajobrazowi dzieciństwa.

P. S. Te filmy młodości to dawajcie z recenzjami do terykow!

qdlaty81
qdlaty81(@qdlaty81)
8 miesięcy temu
Reply to  KubaCski

Ojojoj! David Hasslehoff i jego Pontiac?! Czy to Burt Reynolds byl?
Mistrz kierownicy na VHS u sasiadow conajmniej 2x w tygodniu byl grany!!!

Józek z Browaru
Józek z Browaru
8 miesięcy temu

Leszku, Top!

Maly Sukinsyn
Maly Sukinsyn
8 miesięcy temu

Leszek, wiecej – nie znaczy lepiej. Mial byc „epokowy” felieton, wyszlo nudne wypracowanie szkolne: za duzo literek, za malo przekazu.
Masz pioro, nawet w tym tekscie bylo pare blyskotliwych sztuczek jezykowych. Ale poza nimi: ciagnace sie w nieskonczonosc, nostalgiczne miekkie myyyyyydlo.
Pycha kroczy przed upadkiem.

Ambermozart
Ambermozart
8 miesięcy temu

Pełno dzisiaj filmów typu Matrix 4 – kontynuacji hitów sprzed lat. I prawie żaden nie jest dobry. Po części dlatego, że przez nostalgię stare wydaje się lepsze niż było, czasem nowi twórcy nie rozumieją co przyczyniło się do sukcesu (w przypadku Mateixa to wręcz oryginalni twórcy). A czasem jest to zwykłe dojenie krowy zanim pokolenie na którym nazwa robi wrażenie całkiem nie przeminie. No i oczywiście główny powód – strach, że nowa marka się nie sprzeda, więc bezpieczniej postawić na starą, nawet jeśli nikt jej nie chce

Kalbar
Kalbar
8 miesięcy temu

Felietony top. Z miłą chęcią do wielu z nich wracam, chociażby tak, jak wczoraj przy okazji czytania felietonu Kuby Olkiewicza (podlinkował o budowaniu domu). Tekst o prezentach urodzinowych przesłałem nawet żonie, żeby pokazać jak świetnie czyta się Tetryków i żeby wreszcie zrozumiała, dlaczego poświęcam im tyle czasu. Niestety, akurat niezbyt szczęśliwie wybrałem, bo o mały włos a doszłoby do kłótni o zakupionych już upominkach…
Zdanie to było przytaczane już w innych komentarzach: „Dla nas, bo mieszkałem w małej, podłódzkiej miejscowości, charakteryzującej się tym samym, czym wszystkie podłódzkie miejscowości – nieokreślonym, nieuchwytnym niczym szczególnym”. Zawiesiłem się nad tym i zastanawiałem chwilę gdzie jest granica między dziennikarstwem a twórczością literacką. O ile uważam siebie za osobę, która podołałaby w tym pierwszym, to mój umysł nie podpowiada mi niestety tak wspaniale (przynajmniej pozornie) sprzecznych w sobie, a jednak idealnie opisujących rzeczywistość fraz. To był moment (już kolejny podczas cotygodniowego czytania Twojego cyklu), w którym uznałem drogi Leszku, że jakbyś wydał książkę, to stanęłaby ona na szczycie mojej listy potrzeb.
Cały czas też próbuję wynaleźć w pamięci gdzie natrafiłem na cytat „siła obrazu bierze się nie tyle z faktu, że coś w nim dostrzegamy, ile z faktu bycia samemu w nim widzianym. To nie my patrzymy na obraz. To obraz patrzy na nas”. Nie potrafię skojarzyć czy przewinął się gdzieś w latach szkolnych przez czyjeś usta, może w jakimś filmie… Nawet wujek Google nie jest w stanie mi na szybko pomóc. Jak już gdzieś się stawia „*”, to warto ją wykorzystać.

Cały tekst bardzo nostalgiczno-melancholijny, momentami wywołuje ciekawe refleksje i w całej tej nostalgii nie byłoby nawet nic zdrożnego, gdyby nie urywał się bez odpowiedniej pointy. Czyta się świetnie aż do przedostatniego akapitu. Zabrakło weny? Zabrakło czasu? Limit znaków został wyczerpany? No niestety tak to wygląda. Aż chciałoby się dopisać jakieś krótkie zakończenie, spinające klamrą całą tą nostalgiczną podróż w czasy dzieciństwa, ładnie podsumowującą w kilku zdaniach kto w tym filmie co mógł dla siebie znaleźć i co rzeczywiście sam, drogi Leszku, znalazłeś (albo właśnie utraciłeś, chociaż nigdy nie miałeś). Zabrakło jak dla mnie kilku krągłych zdań pozostawiających po sobie trochę męczące, ale jednocześnie dające dużo satysfakcji świdrowanie w głowie.
Widząc podpis zamiast kolejnego akapitu poczułem się trochę jak oderwany włąśnie przez rodziców od „Matrixa” czy „Dnia Niepodległości”. Ile trzeba będzie teraz czekać na doczytanie tej historii?

Felek
Felek
8 miesięcy temu

Pierwszy Matrix jest źle starzejącym się filmem? 😐

Saffron
Saffron
8 miesięcy temu

Panie Leszku, takiego snucia nostalgicznej podróży nie powstydziłby się nawet słynący z zamiłowania do wegetacji roślin, niedawno zwolniony gaffer pewnego krakowskiego klubu 😉
Parafrazując papieża Polaka – każdy ma swoją Niecieczę. Choć przywoływanie słów Jana Pawła w kontekście piłkarstwa strasznie się zestarzało, szkoda że trzeba bylo poświęcić innego „Papieża” żeby sie o tym przekonać. Mądry Polak po szkodzie. Pozdrawiam wierny widz Tetryków (fajne q&a! )

Cocker Spaniel
Cocker Spaniel
8 miesięcy temu

Mój film z dzieciństwa to Terminator 2. Obejrzałem go u kolegi na VHS gdzieś około 95 roku. W owym czasie to co zobaczyłem odcisneło na moim 9 letnim umyśle takie piętno, że przez przeszło dekadę w moich snach ganiał mnie T-1000 – to były po prostu koszmary gdzie lęk był realny jak w prawdziwym świecie. Dziś już mi się to nie śni, ale film pozostał w moim Top 10 najlepszych filmów w historii.