Na kłopoty Bartoszek. Czy uda mu się uratować Koronę?

redakcja

Autor:redakcja

06 marca 2020, 15:34 • 4 min czytania

Na kłopoty Bartoszek. Czy uda mu się uratować Koronę?

Nie trzeba było długo czekać na ogłoszenie nazwiska następcy Mirosława Smyły, niespodziewanie zdymisjonowanego ze stanowiska trenera Korony Kielce. Nowym szkoleniowcem zespołu zostanie doskonale w Kielcach znany i lubiany Maciej Bartoszek, któremu już raz udało się wyciągnąć Koronę z bagna.

Reklama

Jednak o powtórzenie tego wyczynu nie będzie łatwo. Bo czasu mało, a bagno głębokie.

Przypomnijmy sobie sezon 2016/17. Po piętnastu ligowych kolejkach Korona Kielce miała na swoim koncie ledwie 17 punktów i bilans bramkowy 19 – 34. Ze względu na niezadowalające rezultaty, posadę stracił więc Tomasz Wilman. I wówczas na scenę wkroczył Bartoszek, który w ekspresowym tempie poukładał zespół, a przy okazji swoją charyzmą nawiązał do czasów Leszka Ojrzyńskiego i niezapomnianej „bandy świrów”. Ostatecznie kielczanie zakończyli rozgrywki na znakomitym, piątym miejscu w tabeli. Biorąc pod uwagę, jakim materiałem ludzkim dysponował Bartoszek – nie może dziwić, że zewsząd spłynęły wielkie pochwały pod adresem jego pracy. Jest takie powiedzenie, że z gówna bata nie ukręcisz z pustego i Salomon nie naleje. No więc Wilman rzeczywiście nie nalał, a Bartoszek jakimś cudem dał radę. Przejął zespół zajmujący czternaste miejsce w tabeli, ekipę typowaną do spadku. Po czym wprowadził ją do ligowej czołówki.

Reklama

Jak zareagowali działacze Korony Kielce? Dali swojemu trenerowi podwyżkę, przedłużyli z nim kontrakt? No nie. Wypieprzyli go z roboty, zresztą jeszcze przed finałem sezonu. W klubie doszło bowiem do zmian właścicielskich, do akcji wkroczył inwestor z Niemiec, więc Bartoszek został odpalony, a na jego miejsce wskoczył Gino Lettieri. Ponoć Polak nie pasował do nowej koncepcji zarządzania drużyną.

Lettieri, cokolwiek o nim powiedzieć, okazał się niezłym fachowcem jak na warunki ekstraklasowe, więc od strony piłkarskiej ta podmianka się w jakimś sensie obroniła. Ale już od strony – nazwijmy to – etycznej, po prostu ludzkiej? Smród ciągnie się za okolicznościami rozstania z Bartoszkiem do dziś. Prezes Korony, Krzysztof Zając, opowiadał wtedy, że nawet gdyby Bartoszek zdobył z klubem mistrzostwo Polski, to i tak straciłby stanowisko. – Bartoszek nie gwarantował sukcesu w następnych latach. Nie chciałem tego podnosić na konferencji ze względu na szacunek do trenera – pierniczył beztrosko Zając, chyba samemu nie wierząc w te dyrdymały. Co zresztą potwierdzały kolejne spiżowe słowa płynące z jego ust: – Ja nie widzę w tym logiki. Taka jest decyzja.

Jak wiemy z perspektywy czasu – pozbycie się tej kuli u nogi, jaką według prezesa był Bartoszek, o dziwo wcale nie rozpędziło Korony w kierunku spektakularnych sukcesów. Podsumujmy. Jesienią 2016 roku Bartoszek wkroczył, żeby uratować klub przed spadkiem. Wiosną 2017 roku stracił pracę, bo blokował rozwój kieleckiego klubu i nie pasował do wizji nowych właścicieli. Wiosną 2020 roku Bartoszek ponownie przejmuje stery w Koronie, żeby… A jakże, uratować klub przed spadkiem.

Coś tam chyba właścicielom, prezesowi i reszcie osób odpowiedzialnych za klub nie weszło.

Widać zresztą, że Zając doskonale pamięta, w jak nieprzyjemnej atmosferze żegnał się z trenerem przed trzema laty. Pozwolił sobie dziś na takie słowa: – Nie kochamy się z trenerem Bartoszkiem, pewnie nigdy nie będziemy się kochać, ale mamy wspólny cel. Pomóc klubowi.

Wzruszające. Można powiedzieć, że z prezesa Zająca prawdziwy męczennik, dla dobra Korony ten przepełniony heroizmem człowiek nie cofnie się przed niczym. Nawet przed wyciągnięciem ręki do trenera, którego kiedyś bezpodstawnie z klubu odpalił (czy raczej: firmował odpalenie swoim nazwiskiem).

Oczywiście rodzi się pytanie – czy historia się powtórzy i Bartoszek znów wyratuje Koronę z opresji?

To jest już inny zespół niż ten, z którego trener odchodził wiosną 2017 roku. W 25. kolejce sezonu 2016/17 kielczanie zagrali w składzie: Borjan – Gabovs, Dejmek, Diaw, Grzelak – Marković, Możdżeń, Żubrowski – Abalo, Micanski, Palanca. Na ławce siedzieli: Kiełb, Górski, Mrozik, Aankour, Kwiecień, Kallaste i Pesković. Teraz porównajmy to sobie ze składem oddelegowanym przez trenera Mirosława Smyłę na ostatnie ligowe starcie ze Śląskiem Wrocław. Kozioł – Spychała, Gnjatić, Marquez, Szymusik – Żubrowski, Radin, Forsell – Cecarić, Pucko, Pacinda. Wśród rezerwowych: Papadopulos, Lisowski, Kiełb, Djuranović, Zalazar, Theobalds, Sowiński, Tzimopoulos, Osobiński.

Jak nietrudno zauważyć – powtarzają się tylko dwa nazwiska. Jakub Żubrowski i Jacek Kiełb. Do tego jeszcze trzeba doliczyć Marcina Cebulę. Totalnie przemeblowany skład. Bartoszek lubi nazywać Kielce swoim drugim domem, ale prawda jest taka, że w Koronie nie znajdzie się wcale w rodzinnym gronie.

Sytuacja jest więc trudna, choć na pewno nie beznadziejna. Mirosław Smyła nie pozostawia po sobie spalonej ziemi – jego pracę w Kielcach generalnie można nawet oceniać umiarkowanie pozytywnie. Dużo więcej dotychczasowy szkoleniowiec Korony zrobić po prostu nie mógł. Piłkarsko nowy-stary trener również zbyt wiele poprawić zwyczajnie nie zdąży. Sezon już niemalże na finiszu, nie ma czasu na wielkie kombinacje. Wydaje się, że podstawowym zadaniem Bartoszka będzie poprawa atmosfery w zespole, zaszczepienie w zawodnikach ducha walki. Korona na finiszu rozgrywek musi rywalom wyszarpywać punkty z gardła. Może rzeczywiście Bartoszek do pobudzenia drużyny nadaje się lepiej niż dobrotliwy Smyła.

Przede wszystkim jednak – trąci od tego ruchu desperacją. I wiarą w to, że wraz z powrotem Bartoszka sytuacja w zespole zmieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. No ale cóż – jeśli w zimowym okienku transferowym wzmacnia się drużynę takimi zawodnikami jak Johnny Spike Gill i D’Sean Theobalds, to potem pozostaje tylko liczyć na cud.

fot. FotoPyk

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama
Reklama