Po prostu bardzo fajny mecz

redakcja

Autor:redakcja

19 listopada 2019, 10:23 • 4 min czytania

Reklama
Po prostu bardzo fajny mecz

Znacie nas – nigdy nie zawahamy się przed ostrą krytyką. Nasza dewiza jest prosta – lepiej trzy razy walnąć za mocno, niż raz za słabo. Okej, to wcale nie jest nasza dewiza, ale chcemy podkreślić, że dostrzegamy wszystkie błędy Jerzego Brzęczka i jego podopiecznych. Dostrzegamy problemy, które pojawiają się w każdym kolejnym meczu, dostrzegamy braki, dostrzegamy ogólną bylejakość. Ale jednocześnie trzeba pochwalić całą reprezentację Polski, za to, do czego doprowadziła. 

A doprowadziła do tego, że wreszcie mamy okazję zagrać mecz po prostu… fajny. 

Trudno o słowo bardziej oddające wszystko to, co się wokół spotkania dzieje. Zamykamy eliminacje meczem na własnym terenie z reprezentacją Słowenii. Dzięki dobremu punktowaniu (bo przecież nie dzięki dobrej grze…) spokój mieliśmy od początku zgrupowania. Z Izraelem można było spokojnie oszczędzać siły Roberta Lewandowskiego, a mimo to, mimo gry na totalnym luzie, wywieźliśmy stamtąd trzy punkty. Luz i psychiczne odprężenie towarzyszyło kadrowiczom przez cały ostatni tydzień, a zwieńczeniem tego sympatycznego okresu jest wypełniony do ostatniego miejsca Stadion Narodowy, który w dodatku będzie oficjalnie żegnał Łukasza Piszczka.

Szybko przyzwyczajamy się do luksusu, szybko uważamy, że to wszystko jest naturalne, ale postarajmy się spojrzeć na to z dystansu, na przykład z perspektywy kibica reprezentacji Rumunii. Gdy część drużyn o potencjale wcale nie tak szalenie różnym od naszego drżała o losy swojego awansu (Duńczycy wczoraj do ostatnich sekund wybijali piłkę byle dalej od własnego pola karnego!), my mogliśmy pielgrzymować do Ziemi Świętej w celach quasi-turystycznych. Nawet kibice podchwycili ten nastrój totalnej wyjebki, podśpiewując w Izraelu: „rakieta tu, rakieta tam, rakieta chuja zrobi nam”. Zapewniliśmy sobie awans bardzo wcześnie, co więcej – nawet nie było tak naprawdę kiedy o niego się pomartwić.

Reklama

Naturalnie dostrzegamy tutaj spore zasługi oficjeli UEFA, którzy nie tylko rozszerzyli turniej do granic możliwości, ale jeszcze wylosowali nam grupę szerokiego uśmiechu. Za dużo już jednak widzieliśmy w polskiej piłce przewracania się na prostej drodze, by nie docenić ostatnich miesięcy.

Spokój. Konsekwencja. Trochę farta, trochę umiejętności, trochę Lewandowskiego. Wystarczyło, by z meczu ze Słowenią zrobić sobie prawdziwą fetę. Jerzy Brzęczek dokazywał na konferencji prasowej przypominając Oblakowi, że Polacy na turniej jadą, a Słoweńcy obejrzą go w telewizji. Łukasz Piszczek cierpliwie odpowiadał na najgłupsze pytania, uśmiechał się do fotografów na treningach, budował atmosferę przed jego wielkim pożegnaniem. Kulisy na kanale „Łączy Nas Piłka” znowu szczelnie zapełniły się dowcipami i żartami sytuacyjnymi. Trwała i ciągle trwa sielanka, która wieczorem sięgnie szczytów sielankowatości.

Najpierw prezenty, patery i wszystkie inne zasłużone hołdy dla Piszczka. Skandowanie jego nazwiska, brawa od samego zawodnika dla kibiców, trochę wzruszenia, jakieś łzy na policzkach co bardziej wrażliwych fanów. Po meczu? Zapewne specjalne koszulki z napisem „Euro 2020”, szampan, krótka przemowa kapitana. Pomiędzy tymi ceremoniami będzie jeszcze oczywiście „Mazurek Dąbrowskiego”. Aż szkoda, że na 90 minut trzeba będzie przerwać tę całą imprezkę i grać w piłkę, co przecież nie zawsze nam wychodzi, szczególnie przeciw Słoweńcom.

Ale tu właśnie objawia się ta fajność. Dziś moglibyśmy wyjść zespołem U-21. Moglibyśmy wyjść Reprezentacją Artystów Polskich. Moglibyśmy wyjść drużyną „Piszczek i Przyjaciele”, co w sumie byłoby już naprawdę kozactwem do kwadratu. Tak rzadko w najnowszej historii naszej piłki mieliśmy do czynienia z meczami, w których nóż nie spoczywał na naszych gardłach. Wielu z nas jest ze specyficznego pokolenia – nie pamięta z boisk Bońka ani Deyny, za to świetnie pamięta reprezentację Smudy, Fornalika i Wójcika. Wiecie, drodzy młodsi czytelnicy, jak nam się kojarzą końcowe mecze eliminacji?

Reklama

Zamiast pożegnania Piszczka z honorami – wyliczanie, iloma golami Mołdawia musi wygrać z Golden State Warriors, by Polska w małej tabeli przeskoczyła Czarnogórę i awansowała do baraży.

Zamiast przemowy Lewandowskiego  – brutalne rozliczenie Szpakowskiego z futbolem (od 65. minuty).

Zamiast planowania podróży po Europie – rozmyślanie, czy Andrzej Niedzielan ustabilizuje formę w Nijmegen i da nam nadzieję na jakieś reprezentacyjne zwycięstwo.

Zamiast pełnego Stadionu Narodowego – 8 tysięcy widzów na stadionie GKS-u w Katowicach podczas meczu z Mołdawią.

Reklama

To będzie naprawdę fajny wieczór. Bo i mamy nawet fajne czasy dla naszej piłki, zwłaszcza na tle wcale nie tak odległej przeszłości.

Fot.FotoPyK

Najnowsze

Ekstraklasa

Legia planuje mecz gwiazd na 110-lecie klubu. „Też dostałem informację”

Wojciech Piela
11
Legia planuje mecz gwiazd na 110-lecie klubu. „Też dostałem informację”
Ekstraklasa

Czy od Jagiellonii odwróciło się szczęście? To chyba coś więcej…

Szymon Janczyk
40
Czy od Jagiellonii odwróciło się szczęście? To chyba coś więcej…

Weszło