Od dzisiejszej Korony ciekawszy byłby wyścig kropel na szybie

redakcja

Autor:redakcja

18 maja 2019, 18:25 • 3 min czytania

Od dzisiejszej Korony ciekawszy byłby wyścig kropel na szybie

Dwa wyjścia mieli piłkarze Korony. Albo zagrać swoje ostatnie spotkanie na luzie, ale takim pozytywnym, czyli dając radość kibicom paroma bramkami, albo rozstawić leżaki i tylko co jakiś czas się z nich podnosić, by pozorować grę. Napisalibyśmy, że zawodnicy Korony wybrali bramkę numer dwa, ale to nie byłaby do końca prawda. Otóż zawodnicy gospodarzy w bramkę numer dwa wpieprzyli się jadąc bez trzymanki.

Reklama

Pokusiliśmy się nawet o listę rozrywek, które byłyby ciekawsze niż oglądanie dzisiejszych 90 minut w wykonaniu kielczan:

– seans Klanu od pierwszego odcinka, czyli po raz kolejny trzeba przetrawić zdrady Jerzego, śmierć Ryśka i zamkniętą łazienkę,
– obserwowanie wyścigu kropel,
– szczegółowa analiza spotkania Cracovia – Zagłębie z 2006 roku,
– szczegółowa analiza ostatnich minut starcia Polski z Japonią na mundialu,
– czytanie „Nad Niemnem”,
– siedzenie w pustym pokoju bez okien przez 24 godziny.

Reklama

Marketingowcy kielczan zapraszali kibiców na mecz, kibice kupowali bilety, ale na tenże mecz dojechała tylko jedna ekipa, więc w gruncie rzeczy spotkanie się nie odbyło. To tak, jakbyście kupowali bilety na Spidermana, a w filmie nie byłoby złego charakteru, więc człowiek-pajak nie miałby co robić, tylko siedziałby przez cały czas w domu. Krótko mówiąc: tym, którzy przyszli i starali się dzielnie wspierać swoją drużynę, należy się zwrot pieniędzy.

Z występu Korony zapamiętaliśmy trzy rzeczy. Pierwsza to sytuacja, w której Gardawski chciał wybić piłkę, ale trafił Jukicia w głowę i Górnik miał rzut z autu. Druga to dwa „strzały” w krótkim odstępie czasu, które kończyły swój lot w okolicach chorągiewki. Ostatnia to rzut wolny Arweładze, który wylądował w oddalonej dwie godziny drogi Częstochowie.

Dramat. Jeśli ktoś myśli, że tę żenadę może w jakiś sposób przykryć uderzenie Jukicia w słupek, to się myli. Korona była dziś na wakacjach, mimo że wciąż powinna pracować.

I wiecie co, po pierwszej połowie sądziliśmy, że to samo będzie można napisać o Górniku. On też wyglądał wakacyjnie, oczywiście próbował bardziej niż Korona, bo mniej się nie dało, ale te wszystkie flaki wypuszczone przed przerwą w Miśkiewicza nie mogły nas przekonywać. Jednak trzeba gościom oddać, że nie widząc na boisku rywala, po prostu skorzystali z łatwej okazji. Zaczęło się od Angulo, który z pomocą rykoszetu otworzył wynik, potem drugą sztukę dorzucił Wolsztyński, skończył wszystko znów Hiszpan, ładnym uderzeniem zza pola karnego.

Słówko o nim – kończy ten sezon z 24 bramkami na koncie, zostanie królem strzelców i to takim porządnym, bo wyrównał osiągnięcie Carlitosa z poprzedniego sezonu, a przecież pamiętamy nasze zachwyty nad rodakiem Angulo. Było trochę narzekania na snajpera Górnika, bo potrafił być cholernie nieskuteczny (choćby mecz z Legią u siebie), ale na koniec trzeba mu oddać, że wykonał swoją robotę bardzo dobrze. Gdyby wszyscy się do niego dostosowali, Górnik mógł powtórzyć wyczyn z zeszłego sezonu. Tak się nie stało, ale coś nam mówi, że jeśli zabrzanie dobrze przygotują się do rozgrywek 19/20, to będzie z nimi lepiej, gdyż nic nie przemawia za tym, by Angulo miał nagle przestać strzelać.

[event_results 584568]

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama
Reklama