Reklama

Drugie miejsce wyjęte prosto z gardła

redakcja

Autor:redakcja

08 marca 2019, 20:28 • 4 min czytania 0 komentarzy

Mecz o awans? Nie, na takie słowa jeszcze o wiele za wcześnie. Mecz kluczowy w kontekście awansu? To już zdecydowanie bliższe prawdy, bo dla ŁKS-u i Stali Mielec to była niemal matura. Obie drużyny niepokonane od 14 spotkań. Obie z 40 punktami na koncie. Obie już raczej pogodzone, że do Ekstraklasy awansuje Raków Częstochowa, ale oba z ogromną nadzieją na drugie miejsce. 

Drugie miejsce wyjęte prosto z gardła

Jeśli to był egzamin dojrzałości, sprawdzian, który miał określić na ile obaj pierwszoligowcy są przygotowani na awans… Cóż, żadna z drużyn nas nie przekonała, że to już ten moment.

Najważniejsza informacja z perspektywy walki o awans to oczywiście wynik – Łódzki Klub Sportowy dowiózł do końca wyjątkowo chybotliwe prowadzenie 1:0, co oznacza, że awansował na 2. miejsce w tabeli z trzema punktami przewagi nad Stalą. Ale na tym właściwie koniec pozytywnych informacji. Dla fanów futbolu – bo starcie na szczycie I ligi rozczarowało, było pełne niedokładności i błędów, a jedyny gol padł po kuriozalnym zderzeniu w polu karnym – potknięcie (dosłownie, potknięcie o nierówność na murawie!) obrońcy Stali wykorzystał Piotr Pyrdoł, który umiejętnie dał się sfaulować. Dla kibiców z Mielca – bo ich klub nie tylko kończy passę 14 meczów bez porażki i 8 kolejnych zwycięstw, ale przede wszystkim traci trzy punkty z bezpośrednim rywalem w drodze po awans. I wreszcie dla kibiców ŁKS-u – bo choć łodzianie zwyciężają, to ich gra nie może napawać optymizmem.

Od początku łodzianie byli wręcz stłamszeni przez przeciwnika – o ile wysoki pressing Garbarni czy Odry Opole ełkaesiacy umiejętnie omijali całymi seriami podań, o tyle Stal wymuszała na nich dalekie wykopy, do których techniczni pomocnicy ŁKS-u niespecjalnie potrafili się ustawić. Efekt był taki, że przez całą pierwszą połowę goście stworzyli tak naprawdę dwie sytuacje – po podaniach z głębi pola w wykonaniu Ramireza i Łuczaka. Pod bramką Kołby zaś kotłowało się co chwila. Dwie setki miał Prokić – najpierw przegrał sam na sam po katastrofalnym błędzie Rozwandowicza, potem źle uderzył głową po niezłej szarży Tomasiewicza. Ten ostatni dorzucił jeszcze bardzo mocny strzał z boku pola karnego, po którym znów błysnął Kołba.

To nie była gra, do której przyzwyczaił nas ŁKS, ale też to nie była skuteczność, do której przyzwyczaiła nas Stal Mielec. Jasne, można chwalić dynamikę Tomasiewicza czy aktywność Getingera, ba, nawet niektóre zgrania Prokicia, jednak brak kropki nad i to prawdziwa zbrodnia mielczan. Zbrodnia, która zemściła się w najważniejszej akcji meczu.

Reklama

Wszystko układało się w niej pod ŁKS. Najpierw te interpretacje w przepisach, dzięki którym ręka Rozwandowicza w polu karnym nie została uznana przez sędziego za przewinienie. Potem murawa, która sprawiła że obrońca Stali potknął się wprost na Pyrdoła. No i wreszcie ta odrobina szczęścia przy samej jedenastce – Kiełpin wyczuł, w którym kierunku uderzy Rozwandowicz, ale do udanej interwencji zabrakło paru centymetrów.

Wydawało się, że bramka otworzy mecz, ale trudno powiedzieć, by tak się stało. Tak, ŁKS dwukrotnie miał okazję do podwyższenia prowadzenia właśnie po kontrach – raz, gdy fatalnie skiksował De Amo, raz w samej końcówce, gdy Bryła i Radionow zmarnowali sytuację dwóch na jednego. Ale poza tym? Stal zamiast frontalnego ataku wybrała jakąś dziwną przyczajkę, przez co jedyną godną uwagi sytuacją był dopiero słupek Wrońskiego w doliczonym czasie gry. A pamiętajmy – po dwóch żółtych kartkach na przestrzeni minuty, ostatni kwadrans ŁKS grał w dziesiątkę.

Efekt? Stal miała zalążki gry, ale nie potrafiła wykorzystać żadnej z czterech świetnych okazji. ŁKS gry nie miał prawie wcale, w dodatku grał w dziesiątkę, ale osiągnął swój cel.

Okoliczności usprawiedliwiające? Zwycięzcy przystąpili do meczu bardzo mocno osłabieni – na dłużej wypadł Bogusz, już z Garbarnią brakowało Sekulskiego i Piątka, w dodatku doszła pauza za żółte kartki u Sobocińskiego, przez co pełne 90 minut musiał dziś rozegrać młodzieżowiec Pyrdoł. Zresztą, czy można krytykować gości, którzy właśnie wygrali bodaj najważniejszy mecz wiosny bez czterech podstawowych piłkarzy, grając końcówkę w dziesiątkę?

ŁKS wyszarpał te trzy punkty z gardła, wymęczył, wydrapał. Ale je ma.

Na autostradzie do Ekstraklasy zostało jedenaście bramek, mecze u siebie z Rakowem, Sandecją i Podbeskidziem. Łódź powoli powinna zacząć dobudowywać te trybuny. Niewykluczone, że przydadzą się już w lipcu.

Reklama

Fot.FotoPyK

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...