Jeden z najzaradniejszych ludzi na Ziemi. Władca mórz i oceanów, któremu niestraszny Trójkąt Bermudzki. Mentalny nastolatek. Prezencją przypomina Boga pędzla Michała Anioła, jest na „ty” z Posejdonem. Kajakarz ekstremalny Aleksander Doba. Właściwie Olek – tak prosi by się do niego zwracać. Jest właścicielem najdroższego kajaku świata, choć nawet roczna emerytura nie wystarczyłaby mu, aby przetransportować sprzęt w pożądane rejony globu. Syn porównuje go do Indiany Jonesa. Spytany na Woodstocku, czy człowiek wody ma kobietę w każdym porcie, szczęśliwie żonaty żartował: „Też chcesz mieć powodzenie? Dobrze. Wystarczy jedynie przepłynąć Atlantyk”. Bo też – jak podkreśla – lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż sto będąc owcą.

Przy potężnym sztormie śpiewałem „Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal”

Pamięta pan siebie bez brody?

Jeden dziennikarz zapytał mnie ostatnio, czy miałem ją od zawsze. „Nie, jako dziecko nie nosiłem” – zaznaczam. (śmiech) 2 sierpnia obchodziłem 41. rocznicę ślubu, a żona nie zna mnie bez brody. Myślę, że ma ona niespełna pół wieku. Dokładniej 45 lat.

Podczas jednej z wypraw umówiliście się z żoną na randkę.

Mam duszę romantyka. Znajdowałem się na środku Atlantyku, a żona w domu, w Polsce. I w jednej chwili mogliśmy sobie popatrzeć na to samo. Na księżyc. Umówiliśmy się na spotkanie przy kraterze Kopernika.

Mówi pan, że na oceanie jest sam, ale nie samotny.

Czasem mówię, że samotność spotyka człowieka, który mieszka w bloku w dużym mieście i nikt się nim nie interesuje. Ja miałem z bliskimi kontakt SMS-owy, telefoniczny, mailowy.

Po pierwszej, udanej próbie przepłynięcia oceanu przerzuciliście się z żoną na SMS-y. Przestraszył was rachunek – 1500 zł.

Telefon satelitarny umożliwiał mi porozumienie z całym światem, lecz to droga zabawka. Minuta rozmowy kosztuje 8 zł. Ale jak trzeba było pogadać, to się gadało. Raz mieliśmy z żoną 15-minutową rozmowę. Udzielałem też z trasy wywiadów do radia, telewizji.

Dobrze, że miał pan z kim gadać. Przez tyle dni na wodzie zanika nie tylko zdolność chodzenia, ale i głos. Pan podczas kajakowych wypraw częściej spotykał ryby niż statki.

I ptaki, czasem z nimi rozmawiałem. Nagrywałem też różne filmy. No i śpiewałem! Nikt mnie nie słuchał, to mogłem pozwolić sobie na takie ćwiczenie głosu. (śmiech) Potężne, dziewięciometrowe fale, a ja przekornie: „Ach jak przyjemnie, kołysać się wśród fal”. Co tam będę się dodatkowo stresował.

Przechodził pan w czasie wypraw jakieś choroby?

Głównie dolegliwości skórne, ze względu na częsty i nieunikniony kontakt z paskudnie słoną wodą. Ta w Atlantyku zawiera 35 promili soli, to pięć razy więcej niż w Morzu Bałtyckim. Zaczęły się pojawiać swędzące wypryski, praktycznie na całym ciele. Przed drugą podróżą lekarze radzili: „Panie Aleksandrze, jeżeli nie życzy pan sobie tych dolegliwości, proszę trzymać skórę w suchym miejscu, z dala od wody”. Jakbym dostosował się do tych zaleceń, musiałbym siedzieć w domu. 

Schorzenia płuc, oskrzeli?

Nic, nawet katar. W pobliżu nie było ludzi, to kto miał mnie zarazić? Poza tym dawno, dawno temu – jeszcze za czasów kawalerskich – wybrałem się z kolegami do Turcji. Wtedy w tamtych rejonach panowała cholera. I odkąd się zaszczepiliśmy, żadna cholera mnie nie bierze! (śmiech)

Niedosłuch przeszkadza panu bardziej w wodzie czy na lądzie?

Od 20 lat mam postępujący ubytek słuchu. Konsultowałem się z wieloma lekarzami. Generalny wniosek, jak z tą przypadłością radzić, jest następujący: kupować coraz lepsze i droższe aparaty słuchowe. Na oceanie ich nie używam, są bardzo wrażliwe na wilgoć. Leżą bezpiecznie schowane i zabezpieczone, żebym mógł porozumieć się z ludźmi już po dopłynięciu. Te sprzęty pozwalają mi na co dzień jakoś funkcjonować. Wcześniej jak znajomy opowiadał dowcip, wszyscy się śmiali, a jedynie ja nie wiedziałem z czego. Głupie uczucie.

Przed każdą wyprawą jest pan badany?

Od kilku miesięcy współpracuję z menadżerką i ona nie daje mi pod tym względem spokoju. (śmiech) Przed ostatnią wyprawą na kompleksowe badania zaprosił mnie Dom Lekarski w Szczecinie. Mówię: „O nie. Jeszcze zostałaby postawiona diagnoza: «Przy takim stanie zdrowia proszę nie oddalać się zbytnio od cmentarza, by nie było niepotrzebnych problemów i kosztów dalekiego transportu zwłok»”. (śmiech) Wreszcie zgodziłem się na kardiologa i okulistę. Do pierwszego mówię: „Panie doktorze, ja to problemów z sercem nie mam. Ta samo żona od 41 lat, czego tu szukać?”. (śmiech) Okulista przepisał mi natomiast różne kropelki. Mam bardzo wrażliwe oczy, chroniczne zapalenie spojówek.

16145475_2191300171094435_1144701894_o

Przygotowuje się pan fizycznie do wypraw? Na oceanie wiosłuje pan po 12 godzin na dobę.

Czy chodzę na siłownię?

Na przykład.

Gdzie tam. Ja jestem tylko turystą. Czy turysta ćwiczy przed wyjazdem? Wprawdzie staram się uczestniczyć w wielu różnych spływach, ale bardziej rekreacyjnie niż po to, by wyrobić mięśnie. Nowe rzeki, szlaki. Chociaż muszę przyznać, że pani Magdalena (menadżerka Doby – przyp. HK) zmobilizowała mnie do biegania. Trochę ostatnio odpuściłem, ale obiecałem jej, że zimą znów do tego wrócę.   

Ile traci pan na wadze podczas wypraw?

Najwięcej ubyło mnie podczas pierwszej wyprawy. Trwała czternaście tygodni. Co tydzień traciłem 1,5 kilo. Łatwo policzyć, że łącznie zmniejszyłem się o około 20.

Nic dziwnego. Czytam „żywność liofilizowana” i nie cieknie mi ślinka.

Ale to smaczne jedzenie! No i urozmaicone, bez konserwantów. Tyle że pozbawione wody.

Pierwsza podróż – z Europy do Ameryki Północnej – zajęła mi 167 dób. 19 kwietnia dopłynąłem do Florydy. Dzień później w klubie żeglarskim urządziłem pokaz. Miałem małą kuchenkę gazową (niewielką butlę propan/butan), poprosiłem o kranówkę i zachęcam: „Czy ktoś z państwa jest tak odważny, że zechce spróbować jedzenia przygotowanego dla mnie w Polsce we wrześniu zeszłego roku?”. Podchodzili, patrzyli, wąchali. No i po jakimś czasie zjedli. Wszystkim smakowało.

Co jadał pan na Atlantyku?

Miałem trzy rodzaje śniadań: zdrowy poranek, czekoladowy poranek i słodki poranek. Kilkanaście drugich dań i cztery zupy typu krem: z pomidorów, cebulowo-porowy, pieczarkowy i mój ulubiony – z zielonego groszku.

Najbardziej tęsknił pan za ziemniakami i chlebem. Patriotycznie.

Nie tęskniłem za wyszukanymi daniami, lecz za tym, co mamy na co dzień. Nie ma to jak polski bochenek… Ziemniaki? Najwięcej odmian jest w Peru. Byłem tam, mnóstwo rodzajów. To niemniej nie to samo co nasze.   

Dokarmiał się pan latającymi rybami.

Nie określiłbym tego dokarmianiem, to był bardziej taki przysmak. Zabrałem ze sobą awaryjny zestaw do wędkowania, ale generalnie nie zakładałem, że będę łowił. No ale jak rybki same uderzały w pałąg czy w moje czoło, policzki, pierś i spadały martwe, to co? Przecież nie będę wyrzucał.

Nie bał się pan, że któraś jest trująca?

Nie miałem pojęcia, czy są jadalne! Żeby mi mniej zaszkodziły, gotowałem sobie zupkę. Któregoś dnia wpadła na kajak tylko jedna rybka, mniejsza od śledzia. Musiałem odpuścić zupę. Oczyściłem długie płetwy piersiowe, pozbyłem się łusek, wyjąłem wnętrzności. I zajadałem się nią jak sushi! Pyszny był ten surowy filet, a skoro przed dwa dni nic mi nie dolegało, śmiało wcinałem kolejne. 

Organizm ludzki – w przeciwieństwie do organizmów innych ssaków – nie produkuje witaminy C. Jeszcze nie tak dawno wielu marynarzy umierało na szkorbut, z powodu braku dostępu do świeżych warzyw. Bierze pan pod uwagę suplementację organizując żywność?

W pożywieniu liofilizowanym zachowane są różne witaminy. Problem w tym, że istota procesu liofilizacji polega na pozbawieniu jedzenia wody, a ja dostarczałem mu wodę bardzo jałową. Założyłem, że będę pił wodę oceaniczną, którą po przepuszczeniu przed odsalarkę była wyczyszczona z minerałów. Czym uzupełniałem te niedobory? Miałem zestaw tabletek podstawowych minerałów. Dodawałem je do pożywienia, aby było bardziej naturalne.

Popsuta odsalarka była pewnie sporym utrudnieniem.

Byłem zaopatrzony w trzy. Jedną o napędzie elektrycznym i dwie zapasowe o napędzie ręcznym. I w zasadzie w każdej wyprawie posłuszeństwa odmawiała ta elektryczna. Wyglądało to więc tak, że średnio po 8-12 godzinach wiosłowania, 2-3 dodatkowe pompowałem, żeby mieć wodę do picia.

W końcu zdecydował się pan naprawić sprzęt i zatrzymał się w Brazylii.

Musiałem wielokrotnie zmieniać swoje plany.

Odsalarkę wsadził w plecak i zabrał do kraju patron medialny wyprawy, który przyjechał na moje powitanie. Długo to trwało. Zanim wymienili membranę, zmieniły się warunki na oceanie. Wtedy padła propozycja, żebym zmierzył się z Amazonką. Przetransportowałem kajak w górę rzeki, widać było ośnieżone Andy. Przed startem, wybrałem się na pięciodniową wycieczkę po dżungli. Z przewodnikiem. W Yurimaguas dominują tereny podmokłe, mieszkaliśmy w domu na palach. Podpłynęliśmy łodzią i zaczęliśmy przechadzkę. Przewodnik z maczetą, ja z aparatem. Nagle on szepcze: „Teraz ciiii, biegnie jaguar”. Myślałem, że odgrywa jakiś spektakl, ja głuchy nic nie słyszałem. W napięciu poprawia maczetę, mija kilkanaście sekund i pokazuje na ścieżkę. A jednak! Z 20 metrów ode mnie przeszedł jaguar. Nie miał zamiaru nas atakować. 

Zdjęcie jaguara ukradli panu kilka dni później rabusie.

Przeżyłem trzy napady rabunkowe, jeden po drugim. Dwaj pierwsi bandyci podeszli z nożem. To byli młodzi chłopcy. Jednego kopnąłem, drugiego odepchnąłem – jakoś udało mi się ich spłoszyć. Pozostali napastnicy mieli rewolwery. Jedni udawali przyjaciół, ostrzegali przed złodziejami, po czym… sami splądrowali mój kajak. Amigos banditos.

Tydzień później mógł pan zaryzykować. Szybki rzut oka – cztery na sześć komór pistoletu było pustych.

Ha, ha, ha. Dzisiaj to tak się fajnie siedzi i rozmawia o rosyjskiej ruletce, ale wtedy…

Nic nie robili sobie z tego, że wkoło były inne łodzie. Musiałem usiąść na ich statku. Jeden nieustannie dźgał mnie w plecy karabinem, drugi przystawił rewolwer do skroni. Trwało to dobre pół godziny. Ich kolega w tym czasie buszował w kajaku.

To się nazywa mieć pecha…

Starałem się mówić rozwlekle i wykonywać powolne ruchy. Jak brakowało mi słów po angielsku i portugalsku, zwracałem się do oprawców w języku polskim. Wszystko po to, by wiedzieli, że nie stanowię dla nich większego zagrożenia. Ci trzeci uwinęli się szybko. Gorsi byli amigos, którzy bawili się ze mną z trzy godziny. Sprawdzali dokładnie każdą rzecz. Najbardziej bolało jak z grymasem niezadowolenia wyrzucali za burtę jedzenie, mapy, przewodniki, pamiątki. Bili po kajaku, chcieli ewidentnie mnie wkurzyć. Do dziś mam ślad od maczety na włazie. Cóż, prawo bandytów…

Czego przede wszystkim szukali?

Pieniędzy i kokainy. Potem nawet ktoś dał mi radę, że powinienem być w nią zaopatrzony. Miałem cztery karty bankomatowe, dwie z nich znaleźli. Została mi jedna ważna. Całe szczęście, że na czas podjąłem pieniądze. Kolejni bandyci mieli co zrabować. Naprawdę cieszyłem się, ze je znaleźli! Nie uwierzyliby, że nie mam. Miałem pokazać im protokół z policji? „Panowie bandyci, do widzenia. Ja już byłem obrabowany”. (śmiech)

Bandytów nie odstraszał wyraźny napis POLICE na kajaku?

Oni wręcz wyrywali sobie odznakę federalną, którą posiadałem! Co to była za szalona radość, jak znaleźli. Każdy bandyta chciał taką mieć.

Skąd u pana odznaka?

Jak płynąłem do Brazylii, zaczęto mówić w telewizji i radiu, że jakiś gość sunie z Afryki kajakiem. Wie pan, na Atlantyku nie ma dużego ruchu kajakami, była sensacja. W sumie przepłynięto ten ocean pięć razy. Dokonało tego dwóch Niemców, Brytyjczyk i dwukrotnie Polak. Przy odprawie granicznej policjanci zerknęli w mój paszport. „O, Police. Nasz kolega!”. Zrobiliśmy sobie zdjęcie, a na pamiątkę dali mi odznakę.

Ferdynanda Magellana zabili mieszkańcy Archipelagu Filipińskiego. Wcześniej udowodnił, że ziemia nie jest płaska. Kolumb odkrył Amerykę, Vasco da Gama zaopatrzył Europę w pieprz. Co odpowiada pan sceptykom podkreślającym, że w erze samolotów i swobodnego przepływu towarów pańskie wyprawy są pozbawione sensu? 

Że ja nie mam zamiaru nic odkryć, niczego udowadniać! Wiedziałem z geografii, że jest jedna Ameryka, druga i jako kajakarz postanowiłem dotrzeć do pierwszej z Afryki, a drugiej z Europy. Powód czysto egoistyczny – po prostu chciałem mieć frajdę z przepłynięcia. Jakbym nie miał z tego radości, nikt by mnie na siłę na ocean nie wysłał.

Zanim dwukrotnie przepłynął pan Atlantyk mierzył się pan m.in. z Bajkałem i wodami Skandynawii. Podczas tej drugiej wyprawy mało pan nie zginął. Mimo skrajnego wychłodzenia dobre obyczaje nie pozwoliły panu wybić okna w napotkanej chatce.

Mam przerwę w życiorysie, trwa 1,5 godziny. Niektórzy mocno zapiją i tracą przytomność, ja byłem w głębokiej hipotermii. Właściwie cudem z tego wyszedłem. Minąłem Morze Północne i znalazłem się na Norweskim. Doszło do mnie ostrzeżenie o sztormie, więc uciekałem w głąb lądu. Już byłem w fiordach, gdy mnie dopadł mnie biały szkwał. Wokół strome góry wysokości Tatr. Połączenie sztormu z wiatrem halnym to było za dużo. Żywioł mnie pokonał. Wywróciło mnie 300 metrów od brzegu. Przywiązałem kajak liną do kamizelki, ale za słabo, zaczął odpływać. Ja prawie goły – miałem tylko fartuch kajakowy – a temperatura koło 5 stopni. Nie wiem, jak to się stało, że dopłynąłem. Przestałem kontaktować. Ocknąłem się z poranionymi nogami. Drugi raz dane życie.

Zawsze pan protestuje, gdy mówią, że zwyciężył pan ocean.

Bo idąc za powiedzeniem sir Ernesta Shackletona (XX-wieczny badacz rejonów polarnych – przyp. HK) woda jest żywiołem, którego nie zwycięży się nigdy. Można być jedynie niepokonanym. Ja ocean tylko przepłynąłem nie dając się pokonać.

Przy trzeciej wyprawie Atlantyk wytknął panu błędy? Zmienił pan kierunek. Płynął po zimniejszych wodach, przy silniejszych sztormach.

Nie chcę zwalać na ocean – był gładziutki, spokojny. Niestety już w trzeciej dobie podróży miałem wypadek. W konsekwencji szeregu drobnych niedociągnięć kajak został kompletnie zniszczony. Sam nabawiłem się jedynie małego siniaka na udzie. Ja cały, zdrowy, a kajak… Nie ma się czym chwalić. Pięć godzin w nocy walczyłem o jego ocalenie. Uszkodzeniu uległa instalacja elektryczna i nie mogłem zdecydować się na tak poważną wyprawę.

Startowałem z New Jersey. Oceniliśmy z przyjacielem w Stanach, że lepiej będzie sprowadzić kajak do Polski i tu go naprawić. W maju chcę kontynuować wycieczkę z miejsca dokąd dopłynąłem, już blisko oceanu. Miałem wielkie pożegnanie, powitanie. Teraz start będzie honorowy. Tak po cichu, z małą grupką znajomych.

Pozostaje pan wierny słowom zasłyszanym na wojskowym szkoleniu studentów Politechniki Poznańskiej: „Wróg rozpoznany jest mniej groźny”. Lista przedmiotów, które zabrał pan na druga wyprawę wyniosła 87 pozycji.

Było ich znacznie więcej! Wymieniłem tylko te rzeczy, o których pamiętałem.

Jeżeli rozpoznamy wroga, wiemy jaki ma potencjał, jaką dysponuje bronią i możemy dobrać odpowiednią taktykę walki. Oczywiście nigdy nie traktowałem oceanu jako wroga. Dla mnie to taki wielki akwen, na którym mam spędzić kilka miesięcy życia. Starałem się rozeznać, jakie skrywa tajemnice. Studiowałem w Bibliotece Akademii Morskiej przeróżną literaturę, rozmawiałem z żeglarzami. No ale – w myśl prawa Murphy’ego – jak ma się udać, to się nie uda. 

Z wykształcenia jest pan magistrem inżynierem mechanikiem. Pański szef musiał być bardzo wyrozumiały.

W zasadzie pracowałem tylko w dwóch zakładach pracy. Przez trzy lata odpracowywałem w Poznaniu stypendium, potem trafiłem do Zakładów Chemicznych Police. Trwałem tam aż do emerytury, na różnych stanowiskach.

Brał pan udział w strajkach Solidarności.

W sierpniu 80’ Zakłady Chemiczne bardzo szybko włączyły się do strajku. Stanęły główne stocznie – gdańska i szczecińska, a my dosłownie kilka godzin później postanowiliśmy je wesprzeć. Strajkowałem aż do 30 sierpnia. Stacjonowaliśmy na terenie zakładu, nie wychodziliśmy na zewnątrz. Łącznie w sile 5 tys. ludzi. Chociaż nie można mnie nazwać styropianowcem, na styropianie nie spałem. Ja jestem dywanowiec – rozkładaliśmy na górze wykładzinę i tam się kładliśmy. Czasy były niepewne, nie wiedzieliśmy, czy nas nie zaatakują. Byliśmy uzbrojeni w węże, drewniane pałki. Pełna mobilizacja.

Drapieżne stado mahi mahi tylko czekało aż wypadnie pan z kajaku. Wieloryby i wyładowania atmosferyczne pan podziwiał. Z dziewięciometrowymi falami i rekinami walczył.

Za dużo powiedziane, to był jedynie taki rewanż.

Wiosłem. Coś w stylu: „A idź, ty cholero”?

Żadna walka, rekin nie miał ze mną szans. Kajak duży na siedem metrów, on połowę mniejszy, bał się. Uzbrojony w różne wydawnictwa, wiedziałem, że kiedy rekin spotyka coś nietypowego, chce sprawdzić czy jest jadalne i uderza w ten obiekt. A na oceanie, proszę pana, obowiązuje język angielski. Więc jak raz mnie stuknął i mu oddałem, to było takie przywitanie: „Hello”. Płynął dalej pod dnem i spróbował drugi raz, tym razem na wysokości moich kolan – znów go delikatnie pacnąłem, nie chcąc wyrządzić krzywdy: „Bye, bye”. No i byliśmy kwita.

„Czasem miałem luksus, bo mogłem wziąć prysznic ze słodkiej wody. Kiedy widziałem, że zbliża się duża chmura, przygotowywałem sobie szampon i czekałem aż lunie”. Pewnego dnia założył pan uprząż żeglarską i postanowił się wykąpać…

Ludzie dorośli stwarzają sobie ograniczenia. Podpełznąłem na rufę spontanicznie, jak radosny chłopiec. Usiadłem na niej, spuściłem do wody nogi i zacząłem gwałtownie pluskać. Czysta, cieplutka – darmowa kąpiel w wielkim basenie, nic tylko się cieszyć! Nikt mnie nie widzi, nikt mi nie przeszkadza. Plusk, plusk! Patrzę, a tam płetwa rekina. Gdzieś 20 metrów ode mnie, szybko się zbliża. „Co jest?!”. Ochota na kąpiel od razu mi odeszła. (śmiech)

Kiedy pańska żona przejdzie na emeryturę? Od ponad 30 lat jest dyrektorką Ośrodka Pomocy Społecznej.

Z końcem lutego. Gabi od dawna straszy mnie, że jak będzie emerytką, to skończy mi się swawola. Dokończenie trzeciej wyprawy już zapowiedziałem. Co potem? Czeka nas zupełnie nowy etap życia. Może nieco mniej ambitne wspólne wyprawy? Wiem, że niedługo weźmie mnie pod lupę. Muszę to uwzględnić. (śmiech)

Rozmawiał HUBERT KĘSKA

Fot. Wiktor Kęska

Suche Info
01.10.2022

Dudek tłumaczy się ze słów o powrocie Sousy. „To było głupie”

Jerzy Dudek napisał w Przeglądzie Sportowym, że „Cezary Kulesza powinien przeprosić się z Paulo Sousą, dopóki jest jeszcze wolny, bo może on będzie w stanie coś pozytywnego z tego bałaganu zbudować”, za co wylała się na niego słuszna fala polemicznej krytyki. Teraz zasłużony reprezentant Polski wycofuje się ze swoich słów.  Choć, przyznajmy, robi to, mhm, po swojemu. – Ostatnie trzydzieści minut po strzeleniu gola – rozpaczliwa obrona, gdy Walia cisnęła […]
01.10.2022
Weszło
01.10.2022

Jastrzębowski: Flavio powinien odejść. To absurd, że klubem chce rządzić piłkarz

– Szatnia podzieliła się na dwie grupy – grupę Kuciaka i grupę Flavio. Jedni drugim nie podają ręki. To jest chyba kwestia ego, że ten i ten chciał być najważniejszy w zespole. A skoro tak, to niech Flavio idzie do zarządu i niech powie: panowie, dajcie mi rolę trenera, ja będę ustalał skład, wtedy Lechia zdobędzie mistrzostwo Polski. Tyle że tego nie zrobi, bo wygodnie jest nie brać odpowiedzialności. W moim odczuciu Flavio przekreślił się […]
01.10.2022
Suche Info
01.10.2022

Prokuratura stawia zarzuty w sprawie pobicia „Miśka”

Gazeta Krakowska informuje, że prokuratura postawiła zarzuty w sprawie pobicia Paweł M., pseudonim „Misiek”, byłego pseudokibica związanego z Wisłą Kraków, zaatakowanego przez Roberta B. na jednym z krakowskich osiedli. Paweł M. w przeszłości był liderem grupy pseudokibiców „Wisła Sharks”. W 1998 roku trafił nożem piłkarza włoskiej Parmy, Dino Baggio. Po wyjściu z więzienia przejął dowodzenie w grupie, która swego czasu rządziła krakowskim klubem. W 2018 roku, gdy policja rozbiła małopolski […]
01.10.2022
Weszło Extra
01.10.2022

Saperzy, drony i kontener. Szczecin gotowy na imprezę życia

Prowizoryczny daszek zakrywający 1500 osób. Obdrapane krzesełka. Brak jakiegokolwiek zaplecza. Wyszydzana Papricana zamieniła się w godny podziwu stadion o europejskim standardzie. Pogoń Szczecin już dawno dobiła organizacyjnie do polskiej czołówki. Od dziś może poszczycić się także topową infrastrukturą. Bo to właśnie dziś, podczas meczu z Lechią, nastąpi oficjalne otwarcie nowego obiektu, budowanego od 2019 roku. Czy Pogoń jest gotowa? Jak przebiegała budowa? Co oferuje nowoczesna […]
01.10.2022
Prasówka
01.10.2022

PRASA. Reiss: Raków pokazał, jak grać z Legią. Stawiam na 3:0 dla Lecha

Szybki i krótki przegląd sobotniej prasy, w którym znajdziemy dwie rozmowy „Super Expressu” – z Piotrem Reissem oraz Cezarym Kucharskim. Pierwszy mówi o meczu Lecha Poznań i Legii Warszawa, drugi o formie Roberta Lewandowskiego w FC Barcelonie. Sport Górnik Zabrze ściągnął aż ośmiu obcokrajowców. Skąd taka decyzja? Skąd aż tak duży zagraniczny zaciąg w górniczej ekipie? Pytamy o to odpowiedzialnego za skauting w zabrzańskim klubie Romana Kaczorka. – Chciałbym przede wszystkim zauważyć, […]
01.10.2022
Suche Info
01.10.2022

Kulesza komentuje kontrowersje wokół swojego bratanka

Mariusz Kulesza, bratanek prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, pełni rolę pośrednika transakcyjnego Bartłomieja Drągowskiego. Czy nie tworzy to sprzeczności z zapisami z Uchwały nr III/42 z dnia 27 marca 2015 roku Zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej w sprawie współpracy z pośrednikami transakcyjnymi, według których osoba prawna lub inna jednostka organizacyjna nie może być powiązana (kapitałowo lub osobowo) z innymi podmiotami, o których mowa w ust. 3 lub działaniami tych podmiotów, […]
01.10.2022
Męski świat
07.02.2022

Łozo: W dzisiejszym świecie brakuje autorytetów. Kocha się kontrowersje

Swego czasu wokalista popularnego zespołu „Afromental” i człowiek, którego w szczycie popularności trudno było nie rozpoznać na ulicy. Muzyk, juror, pokerzysta, aktor, gracz komputerowy i… generalnie osoba, która chwyta się tak wielu rzeczy w  swoim życiu, że trudno zamknąć ją w konkretnych ramach. Po prostu „Łozo”, Wojciech Łozowski. Dzisiaj gość, który po odniesieniu sukcesu patrzy na świat show-biznesu z boku. Zrobił to celowo, odszedł w cień, stawiając na spełnianie się w zajawce gamingowej. W tej długiej […]
07.02.2022
Weszło
15.04.2019

Aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił

– Stawiam tezę, że Polska jest krajem przesiąkniętym korupcją i układami mafijnymi. To jest wielki problem. Moim zdaniem rynkiem finansowym rządzi grupa pięćdziesięciu facetów i kobiet, ale w większości facetów, którzy utworzyli skostniały układ rynkowy. – Mafia, o której mówię i którą opiszę w książce, nie ma powiązań politycznych. Nie jest związana ani z PiS-em, ani z Platformą Obywatelską. Ot, wykorzystuje każde rządy, które przychodzą. – Chcę udowodnić, że Polska nie jest krajem prawa. Że […]
15.04.2019
Weszło
18.03.2019

Hejt? Ludzie rzucali we mnie kamieniami

– Uwierz mi, miałbym dużo do powiedzenia na temat hejtu, jaki mnie spotkał w czasach największej popularności, w latach 2003-2007. Miałem mnóstwo fanów, ale zdarzały się na koncertach takie incydenty, że leciały w moim kierunku kamienie. Przychodzili dresiarze i mnie wyzywali. Automatycznie młodzież, która chciała się bawić, traciła dobry nastrój, bo kilku debili postanowiło go zepsuć. Jacek „Mezo” Mejer w pierwszej dekadzie XXI wieku był w środowisku polskiego hip-hopu […]
18.03.2019
Weszło
09.03.2019

Czasami tak mam, że chcę się zabić. Życie z Zespołem Tourette’a

– Wpadałam w depresję. Cierpiałam strasznie. W pewnym momencie nie chciałam żyć. Pomyślałam, że może warto dać ludziom święty spokój i odejść z tego świata. Skoro i tak wszystkim przeszkadzam ja i moja choroba… SPRAWDZĘ ROZKŁAD JAZDY. OSTATNI RAZ Paweł miał wiele sytuacji, kiedy mówił, że coś sobie zrobi. Wiesz, tu zerwała z nim dziewczyna, tam nie zdał ważnego egzaminu. Tu ludzie mierzyli go wzrokiem, bo miał tiki, tam wyzywali, kazali wysiąść […]
09.03.2019
Weszło
16.02.2019

Musiałem sporo przeżyć, by zrozumieć, że ryzykowanie życia nie ma sensu

Kraj, w którym ludzie nie żyją, lecz przeżywają. Kraj z 90-procentowym bezrobociem, w którym ceny benzyny podniosły się czterokrotnie. Więzienie o maksymalnym rygorze w Stanach Zjednoczonych. Więzienie, w którym paraliżuje strach tak uderzający, że zapominasz, co się działo w środku. Chłopak z oparzoną, zaropiałą nogą, któremu możesz pomóc. Ale i chłopak z oparzoną, zaropiałą nogą, którego kolegom pomóc nie jesteś już w stanie. Kambodża, gdzie 80 procent dzieciaków we wszystkich domach dziecka nie jest sierotami, ale jest tak wiele firm zachodnich, które […]
16.02.2019
Męski świat
09.02.2019

Wykład, który zmienił wszystko. Jak poczuć w życiu sens?

Jego wykład z TEDxWSB obejrzało już ponad trzy miliony ludzi. Wielu z nich te 20 minut zmieniło życie. Jacek Walkiewicz, psycholog i mówca, opowiedział nam o tym, jak ważna powinna być dla człowieka uważność. O pasji, która rodzi w nas profesjonalizm. O marzeniach i tym, dlaczego warto je realizować. O prostym zabiegu, który poprawia jakość korzystania… z toalety. Ale i o poczuciu życiowego sensu oraz szczęściu, które znaleźć można zupełnie gdzieś indziej, niż […]
09.02.2019
Liczba komentarzy: 8
Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
TommyBL
TommyBL(@tommybl)
5 lat temu

Miałem okazję poznać dzięki ojcu, parę razy woziliśmy mu kajak z/do Trzebieży. Niesamowicie normalny gościu mimo niesamowitych dokonań 😉

Krzysztof Bombolele
Krzysztof Bombolele
5 lat temu

Co to za bezdomny z bośni ?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty
5 lat temu

Treść usunięta

MaciejBKS1920
MaciejBKS1920(@maciejbks1920)
5 lat temu

Próbujesz się na siłe przyjebać Sherlocku, a jedyne kogo ośmieszasz – to samego siebie. Jeżeli myślisz „który kopacz” widząc na zdjęciu do artykułu wielki napis MĘSKIE GADKI i siwego brodatego dziadka i jednocześnie myślisz „który kopacz tak sobie nudził” to coś z Tobą nie tak 🙂
Czytając tytuł artykułu, spójrz też na zdjęcie, to nie zajmie Ci więcej jak 2-3 sekundy a rozjaśni umysł i nie będziesz musiał KLIKAĆ biedaku.

Franz
Franz(@franz)
5 lat temu
Reply to  MaciejBKS1920

Kretyn, który paradoksalnie, postanowił nadać sobie nick Sherlock Holmes

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty
5 lat temu

Treść usunięta

yesiu
yesiu(@yesiu)
5 lat temu

weszlo.com/category/weszlo/ dodaj sobie ten link do zakłądek, ileż można powtarzać. Wszystko jest ładnie rozdzielone, tylko że jak się jest durniem to się tego nie widzi.

Gordon
Gordon(@gordon)
5 lat temu

Bardzo fajny wywiad. Przyjemnie się czytało.