Mocni jak nigdy, w pucharach przegrywają jak zawsze – cały Manchester City w ostatnich latach. Bimbaliony funtów pompowane w zespół, efektowne skalpy na własnym podwórku, a potem kontynentalna katastrofa. Umówmy się jednak: na zdrowy rozum są za mocni, by nieustannie aż tak się wypieprzać. Czy to może być wreszcie pucharowa kampania „The Citizens”, podczas której zajdą daleko? Z nimi nigdy nic nie wiadomo, ale na pewno nie zdziwilibyśmy się.

Pucharowe egzorcyzmy City. W Sevilli efektownie klepnęli awans

Dziś bez ceregieli wytarli Sevillą podłogę. Pierwsze piętnaście minut to był nokaut, walka Tysona w formie z Witkiem spod Żabki bez formy: jeden gol, drugi gol, potem soczyste uderzenie w słupek. Sevilla niby później podniosła się z kolan, złapała kontakt po bramce Tremoulinasa, ale na dystans jednego ciosu trzymała City tylko przez jedenaście minut. Na więcej prawdę mówiąc Hiszpanie nie zasłużyli, tu naprawdę nie było złudzeń kto jest lepszy. No dobrze, może i potrafili w ataku się czasem odwinąć – zrywał się z łańcucha Vitolo, do tańca potrafił zaprosić rywali Konoplyanka, coś się działo na skrzydłach. Jednak na każdą tego typu akcję City odpowiadało dwoma, trzema, zwykle groźniejszymi. Dobrze określił to Twaro słowami „obrona Sevilli zasłużyła nie na kamyczek, a głaz narzutowy do ogródka”. Innymi słowy: defensywa gospodarzy istniała tylko teoretycznie, wprost zapraszała, by wchodzić w jej pole karne. Dość powiedzieć, że Sergio Rico, choć wpuścił trzy gole w pierwszej połowie, nawet za tamten okres był wyróżniającym się graczem bandy Emery’ego. Symptomatyczny był też fragment koło sześćdziesiątej minuty, kiedy City grało w dziadka właściwie na polu karnym Sevilli.

Jak zagrał Krychowiak? No cóż, pierwsza połowa jak wyjęta z koszmaru. Nic nie żarło, ani z piłką ani bez piłki. Przyłożył rękę do tego, by City panoszyło się po terenie Sevilli z dość dużym luzem – może jego lista przewin nie jest tak długa jak choćby u zmienionego w przerwie Iborry, ale jednak nie był sobą. Wyróżnił się głównie… zdjęciem spodenek Yaya Toure (w faulu, zamieszaniu, ale jednak), za co obejrzał żółtą kartkę. Po zmianie stron Polak wyglądał znacznie lepiej, ze wspomnianym Iworyjczykiem toczył zacięte, niemal brutalne boje, z których potrafił wyjść zwycięsko. Po staremu zagrzewał też do boju, bił się o każdą piłkę, włączał do ofensywy. To wszystko przyszło jednak za późno.

Ekipa Pellegriniego zagrała najlepsze spotkanie w tej edycji Ligi Mistrzów, pokazała pazur, zasłużenie wygrała. Nie drżała o wynik, kontrolowała go od początku do końca. Podręcznikowe zwycięstwo. Nas na teraz zastanawia w jaki sposób podejdą do dwóch ostatnich gier. Gra jest warta świeczki, bo lepiej być rozstawionym, ale Anglicy mają długą tradycję odpuszczania pucharów, a już szczególnie, gdy walczą o laur w Premier League i liczy się każdy punkt.

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments