Ktoś powiedział, że największym plusem Rafy Beniteza w Realu jest to, że… Królewscy nie masakrują przeciwników. Że za Carlo Ancelottiego kibic zastanawiał się czy przeciwko Levante bądź innej Granadzie, Blancos wsadzą czwórkę, czy może szóstkę. Teraz jest lepiej, bo nie ma nudy. Teoria z pewnością nie do końca zadowalająca fanów Realu, ale jak najbardziej trafna. Dziś z Levante oczywiście wygrać się udało, ale o stopniu trudności niech świadczy fakt, że więcej niż o Cristiano Ronaldo mówi się na temat świetnej gry Keylora Navasa. 

Uno, dos, tres… Real wygrywa, ale najbardziej błysnął Keylor Navas

Wszystko zaczęło się od jego świetnej obrony, kiedy instynktownie obronił strzał Rogera. Później popisał się jeszcze kilka razy, a szczególnie w 26. i 29. minucie, gdzie bronił Realowi praktycznie pewne bramki. Napastnicy Levante zakrywali twarz rękami, przeklinali, ale na Navasa nie było rady. Chcieliśmy napisać, że grał jak z nut, ale on nie potrzebował ani pięciolinii, ani klucza wiolinowego. Doskonale improwizował. Prawda jest taka, że jeśli w Madrycie tęsknią za Casillasem, to bardziej za Ikerem jako postacią i legendą niż Ikerem jako piłkarzem. Jak na razie Navas nie daje powodów do tego, żeby na niego narzekać. Kto by pomyślał, że wielkiego Casillasa zastąpi facet z Kostaryki i będzie robił to w tak znakomitym stylu.

Real początek meczu klasycznie przespał. Środki nasenne, które piłkarzom regularnie dosypuje Rafa Benitez, przestały działać dopiero po niespełna pół godziny gry, kiedy padła pierwsza bramka. Najpierw błąd jednego z piłkarzy Levante, a później dwójkowa akcja Marcelo z Ronaldo, zakończona trafieniem tego pierwszego. Chwilę później zza pola karnego przymierzył sam Portugalczyk i podwyższył na 2:0. Były to dwie minuty, które na dobre wstrząsnęły gośćmi i właściwie pozbawiły ich nadziei na cokolwiek więcej niż gol honorowy.

Dwadzieścia minut przed końcem niezbyt rzucającego się w oczy Isco zastąpił Jese i zaskoczył jak najbardziej na plus. Chłopak, który niesamowicie podobał nam się przed kontuzją. Który zrywając więzadła miał ogromny deficyt szczęścia. Wydawało się, że to na dobre wyhamuje jego karierę, ale ciągle się nie poddaje. Dziś był znacznie bardziej widoczny od Isco. No i zdobył bramkę: dodajmy, że efektowną. Z dobrej strony pokazał się też Lucas Vázquez, który w przerwie zastąpił kontuzjowanego Garetha Bale’a. Zaniepokojonych uspokajamy: Walijczykowi nie stało się nic poważnego.

Nie był to wielki mecz Realu, a do czasów wygranych po pięć czy sześć do zera i bezdyskusyjnych zwycięstw brakuje naprawdę dużo. Tym razem Benitez miał trochę szczęścia, bo dziury w obronie i pomocy łatał Navas. Gorzej, kiedy fortuna odwróci się do niego plecami.