Spektakularny początek sezonu (pięć meczów, wszystkie wygrane, bez straconej bramki) i chyba jeszcze bardziej widowiskowa ofensywa transferowa. To wystarczyło, by wszyscy w gorącej wodzie kąpani obserwatorzy Premier League zobaczyli w Manchesterze City głównego faworyta do mistrzowskiego tytułu. The Citizens z buta rozpoczęli rozgrywki, dali ludziom podstawy do wygłaszania takich opinii, ale teraz – z porównywalnym rozmachem – pracują na to, by status najlepszej drużyny został im odebrany. Błyskawiczna metamorfoza. 

Za ciężkie chorągiewki na White Hart Lane. Tottenham spuścił łomot City.

Harry Kane of Tottenham Hotspur celebrates with team mates after scoring his second goal against Arsenal during their English Premier League soccer match at White Hart Lane, London, February 7, 2015. REUTERS/Eddie Keogh (BRITAIN - Tags: SPORT SOCCER) EDITORIAL USE ONLY. NO USE WITH UNAUTHORIZED AUDIO, VIDEO, DATA, FIXTURE LISTS, CLUB/LEAGUE LOGOS OR 'LIVE' SERVICES. ONLINE IN-MATCH USE LIMITED TO 45 IMAGES, NO VIDEO EMULATION. NO USE IN BETTING, GAMES OR SINGLE CLUB/LEAGUE/PLAYER PUBLICATIONS. Picture Supplied by Action Images

Już zwycięstwo z Crystal Palace można było nazwać szczęśliwym, wszak w samej końcówce zapewnił je Kelechi Iheanacho, młodziutki rezerwowy. Potem była wpadka ze słabym na początku sezonu Juventusem w Lidze Mistrzów, wtopa z West Hamem, tylko pewnym zwycięstwem z Sunderlandem w Pucharze Ligi udało się nieco przypudrować rzeczywistość. Makijaż nie przetrwał jednak długo, dziś całą brzydotę brutalnie zdemaskował Tottenham.

Tak, Tottenham. Drużyna, która w sześciu meczach sezonu strzeliła ledwie pięć bramek, a oglądanie jej spotkań zaczęło uchodzić za jeden z lepszych środków nasennych.

Spotkanie na White Hart Lane było reklamowane jako pojedynek snajperów wyborowych, ale z zatkanymi lufami. Król strzelców poprzedniego sezonu, Sergio Aguero, do pierwszego gwizdka do siatki w lidze trafił tylko raz w sześciu spotkaniach, a Harry Kane (wicekról) nie mógł pochwalić się nawet takim bilansem. Argentyńczyk znów wypadł blado, ale Anglik wziął już czynny udział w demolce.

Najpierw jednak do siatki Kogutów trafił de Bruyne. To trzeci gol Belga w trzecim kolejnym spotkaniu, jak widać – aklimatyzacja na Wyspach nie należy w jego przypadku do najcięższych. W pierwszej połowie Manchester kontrolował gospodarzy tak, jak smyczą kontroluje się psa wyprowadzanego na spacer. Jeszcze przed przerwą The Citizens pozwolili jednak trochę pohasać gospodarzom, efektem czego był gol wyrównujący (strzelcem Dier), a w drugiej części gry – piłkarze Tottenhamu całkowicie zerwali się już ze smyczy.

Trafił Alderweireld, trafił Kane, trafił Lamela. Argentyńskie tyły City – Caballero, Demichelis, Otamendi – zostały zabrane na karuzelę, skończyło się zawrotami głowy.

4-1, dobry mecz. Trzeba jednak wspomnieć, że przy trzech z pięciu goli spory udział mieli sędziowie. Chyba za ciężkie chorągiewki dostali do rąk liniowi, bo za rzadko je podnosili. O ile jeszcze jeśli przy golu de Bruyne był spalony, to tylko minimalny, o tyle już akcje, po których trafiali Dier i Kane, powinny zostać przerwane. Widowisko było lepsze, ale jednak wolelibyśmy, by było sprawiedliwiej.

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments