Gdyby Chelsea przegrało jedną bramką, czy po jakiejś głupiej, przypadkowej akcji, to napisalibyśmy, że to kara niebios za zdegradowanie pięknej Evy Carneiro. Tutaj o żadnym przypadku i żadnym szczęściu nie było jednak mowy. Była za to konsekwencja, jakość, polot i zdecydowana różnica klas. Różnica tak wielka, że nie spodziewalibyśmy się jej ani w poprzednim sezonie, ani po pierwszej kolejce. City zjadło Chelsea na kolację. 

City rozniosło autobus Mourinho. Walczący Arsenal lepszy w derbach.

Aguero slalom urządzał sobie od początku meczu. Najpierw marnował, ale później w końcu odpalił i walnął pierwszą bramkę w sezonie. Obrońcy Chelsea na ogół nie wiedzieli co się dzieje. Po solidności, do której zdążyli wszystkich przyzwyczaić, nie pozostało właściwie nic. Jeśli Mourinho chciał postawić słynnego busa w polu karnym, to Obywatele nawet nie obrzucili go kamieniami. Nie, oni zestrzelili go z bazooki. Dwa mecze, dwie wygrane. Sześć bramek zdobytych, zero straconych. To się nazywa wejście w sezon z przytupem. Lider przez wielkie „L”.

Teraz trochę o personaliach. Sterling, który w pierwszej kolejce z West Bromwich Albion, grał zwyczajnie, poprawnie, sukcesywnie rozwija skrzydła. Imponował tym, czym zachwycał w Liverpoolu – niezwykłą szybkością, szczególnie na pierwszych metrach. Branislav Ivanović stał jak drzewo. Podobnie jak Diego Costa, tyle, że po drugiej stronie boiska.

Czy Chelsea wygląda słabo, albo bardzo słabo? Tak. Czy kibice Chelsea mają prawo się martwić? Tak, ale nie przesadzajmy. To dopiero początek sezonu, ale do kolejnych meczów sympatykom The Blues polecamy szklankę dobrej whisky. Tak na wszelki wypadek.

***

Druga kolejka i drugie derby Londynu dla Arsenalu. Pierwsze przegrane w fatalnym stylu z West Hamem. Crystal Palace wydawał się groźniejszym rywalem, bo tam entuzjazm jest spory, wzmocniony udaną końcówką poprzedniego sezonu. Do tego niezłe transfery, na czele ze ściągniętym z PSG Yohanem Cabayem. Kanonierzy czuli trudy terenu od samego początku, kibice na Selhurst Park wierzyli, że popchną drużynę do zwycięstwa. Emocje rosły, balonik zbierał powietrze i… Arsenal go przebił. Po kwadransie Oliver Giroud przewrotką dał gościom prowadzenie.

W takich sytuacjach drużyna zwykle przejmuje kontrolę nad meczem, a później go zabija, ale nie Arsenal. Joel Ward przyfanzolił z dystansu i Crystal Palace wyrównało. Cała akcja była palce lizać, a strzał już w ogóle – piłka sunęła po murawie jak poduszkowiec.

Później obie strony poszły cios za cios i naprawdę dobrze się to oglądało, choć brakowało większej walki w środku pola. Niektóre akcje wyglądały na po prostu za łatwe. Podobał nam się Mesut Ozil, bardzo ładnie rozgrywał Santi Cazorla. Beznadziejny za to był sędzia Lee Mason, który co najmniej kilka razy powinien dać drugą żółtą kartkę Francisowi Coquelinowi. Defensywny pomocnik Arsenalu mógł czuć się naprawdę pewnie, gdy faule taktyczne popełniał bez jakiegokolwiek zagrożenia zejściem z boiska. Mecz mógł się inaczej potoczyć, gdyby sędzia zachował się normalnie i to Arsenal przypieczętował zwycięstwo i znowuż po bardzo ładnej akcji. Tym razem w powietrze jak Michael Jordan wyskoczył Alexis Sanchez. Piłka odbiła się jeszcze od Damiena Delaneya i było 2-1.

Crystal Palace mogłoby winić sędziego za porażkę, ale dopiero wtedy, jeśli samo stworzyłoby kilka dobrych okazji. Nie było to piękne zwycięstwo Kanonierów, ale, jak to się mówi, w piłce nożnej nie ma punktów za styl. Kibice Arsenalu chyba nawet się z tego cieszą, bo w końcu zobaczyli drużynę walczącą na całym boisku. Z rywalem, który zagęści środek pola będzie jednak o wiele trudniej.

Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments