2008 rok, Bournemouth wchodzi w sezon czwartej ligi z siedemnastoma ujemnymi punktami, embargiem transferowym, problemami tak fundamentalnymi, że dotyczącymi między innymi… klubowych pralek. Skazani na relegację, ale która nie oznaczałaby spadku do Conference, a bankructwo, likwidację, wytarcie z piłkarskiej mapy. Dziś, raptem kilka lat od flirtu z niebytem, przekraczają bramy futbolowego raju. Jeden z głównych scenarzystów tej historii, szkoleniowiec Eddie Howe, zapytany czy historia Bournemouth jest scenariuszem godnym Hollywood, odparł: – Naszej opowieści nigdy by nie zekranizowali, a to z prostego powodu: ludzie narzekaliby, że jest zbyt nierealistyczna i w proteście wychodzili z kina.

Wczoraj nad przepaścią, dzisiaj w raju. Boruc i Bournemouth w Premier League

Screen Shot 04-28-15 at 01.59 AM 001

***

„To dziwny moment naszej historii. My przecież nigdy, przenigdy nie odnosiliśmy sukcesów”.

Steve Jennings, kibic Bournemouth od 30 lat, autor bloga „Tales From the South End”.

***

Prawda jest taka, że gdyby sześć lat temu wyrzucono „The Cherries” na śmietnik historii, mało kogo by to obeszło. Mówimy o klubie, który ma długą, niezwykle nieistotną historię. Klubie z siedzibą w mieście wypoczynkowym szczególnie cenionym przez emerytów, takim Sopocie na sterydach, nie kojarzonym szerzej z futbolem. Jeden raz w 1984 wpisali się w grono sławnych „giant killerów”, gdy prowadzeni przez Harry’ego Redknappa zbili w FA Cup wielki Man Utd. Cała klubowa chwała zamknięta w 90 minutach i na tym koniec, starczyłoby ekscesów na 200 lat życia takiego klubiku. Ligowo ich szczytem były trzy sezony na drugim poziomie rozgrywkowym pod koniec lat 80tych, oczywiście też za Redknappa, ale poza tym?

Młócka. Nieustanna, monotonna młócka niższych lig, jaka w Polsce jest udziałem – powiedzmy – Pelikana Łowicz.

Image and video hosting by TinyPic

Redknapp spędził na Goldsands blisko dziesięć lat

Tamten sezon, 08-09, mógł ją zakończyć na dobre, skazać ewentualnie na dla odmiany mozolne powstawanie ze zgliszcz, przebijanie się gdzieś od samego dna piramidy rozgrywkowej. Klub był niewypłacalny, mało co, a w ogóle nie przystąpiłby do rozgrywek. Umów sponsorskich praktycznie nie było, możliwości wzmocnienia składu również. Bornemouth pożarliby i wypluli komornicy, gdyby nie Eddie Mitchell.

Kontrowersyjny jak cholera, ale skuteczny w biznesie. Czemu kontrowersyjny? A znajdźcie drugiego prezesa, który obrażony przez kibica postanowiłby zaproponować mu „solówkę” pod stadionem, a który innym fanom zniesmaczonym grą Bournemouth kazał wypierdalać na Southampton. Ostry język, słaby PR – to po stronie minusów. Ale to on trzymał wówczas ten klub – użyjmy stwierdzenia, którego pewnie sam by użył – za mordę. Na ile mógł na tyle pchał ten wózek ze swoich funduszy, a powoli przyciągał lokalnych biznesmenów do drużyny, choćby fundując im kosztowne, darmowe obiady podczas meczów. Jeden najadł się ale już nie wrócił na stadion, dziesiąty dokonał drobnej wpłaty, setny się w jakiś sposób zaangażował, a tysięczny okazał się grubą rybą, która była skłonna wyłożyć miliony.

Tą grubą rybą był rosyjski miliarder, Maxim Demin, a który nieco wcześniej kupił sobie posiadłość w nadmorskim kurorcie. Dał się skusić zaproszeniu Mitchella, wciągnął się, najpierw kupił pakiet akcji, ale w 2011 przejął nad Bournemouth pełną kontrolę, wykupując także udziały mało popularnego Eddiego.

***

Bournemouth+v+Real+Madrid+Pre+Season+Friendly+FhbzaG7gz4Gl

– Mamy najlepszą murawę w Championship, rzadko zdarza się, by przyjezdni jej nie komplementowali. Ale pamiętam jak było kiedyś, gdy siedzieliśmy na dnie League Two. Co do mnie, to byłem wtedy ja, kosiarka i to wszystko.

James Lathwell, człowiek od utrzymania murawy na Dean Court.

***

– Jesteśmy dumni z charakteryzujących nas familijnych wartości. Chcemy być pewni, że firmy, które z nami współpracują, też je wyznają – mówił w swoim czasie Mitchell, ale oddając Rosjaninowi klucze do stadionu Dean Court raczej ich na myśli nie miał. Trudno w ogóle stwierdzić jakim zasadom hołduje dobrodziej Bournemouth, bo przede wszystkim stawia sobie za cel pozostać w cieniu. Pod stadionem czy na trybunach nie rozpoznałby go pewnie prawie nikt.

Image and video hosting by TinyPic

Wczoraj Rosjanin wyjątkowo pojawił się na fecie

Jedyny raz o nazwisku Demin zrobiło się w angielskich mediach głośno, gdy jego żona, Irena, zeszła do szatni w przerwie przegrywanego przez „The Cherries” 0:1 meczu. On sam natomiast milczy jak sfinks, nie udziela wywiadów, nie chodzi nawet na mecze drużyny, którą suto sponsoruje. Oficjalnie mówi się, że jest aż tak przesądny i to dlatego. Znacie tę śpiewkę: nie oglądam, to im lepiej idzie. Ale teoria spiskowa też istnieje, a według niej rosyjski miliarder ma znacznie lepsze, bardziej tajemnicze powody, by unikać medialnego zgiełku.

Ale pieniądze daje? Pewnie. Zbudował bazę treningową, wcześniej musiano często trenować na głównej płycie. Klub stać też na poważne transfery, bo choć zwykle Demin nie przepłaca, kupuje sprytnie, wydaje w większości na zawodników kwoty do miliona euro, to jednak stać go było choćby sezon 12-13 zakończyć z klubowym mankiem wynoszącym kilkanaście milionów funtów albo spełnić osobistą, kosztowną fanaberię w postaci sprowadzenia Realu Madryt na Goldsands.

Myliłby się jednak ten, kto chciałby powiedzieć, że Bournemouth to jeszcze jedna korpodrużyna, która wkupiła się do Premier League. O nie, historia „The Cherries” ma swoje solidne pokłady romantyzmu, silnie skupione wokół osoby Eddiego Howe’a.

***

Howe, czyli wychowanek Bournemouth, którego kariery klub mało co nie zgasił w zarodku, bo w wieku szesnastu lat tutejsi trenerzy określili go beztalenciem i chcieli pogonić. Przekonał jednak do siebie, został, wywalczył sobie miejsce w składzie juniorów, potem w pierwszej drużynie, a koniec końców stał się idolem trybun. Ceniony też poza rodzimym miastem, bo grą zarobił choćby na powołanie do angielskiej młodzieżówki na turniej w Toulonie w 1998. Niezłą kasę wydał też na niego Portsmouth, ale warto zauważyć, że ściągał go tam – a jakże – Harry Redknapp. To jednak Bournemouth zawsze było jego domem: gdy w 2004 wracał do klubu, ówczesny prezes Peter Phillips zaapelował do fanów, by ci zrzucili się na pensję dla Howe’a. W dwa dni zebrano 13 tysięcy funtów.

Trenerkę zaczął bardzo wcześnie, bo już w wieku 29 lat. Był wówczas grającym szkoleniowcem, aczkolwiek boisko łączył z prowadzeniem rezerw Bournemouth. Gdy jego karierę przerwała kontuzja, zaczął szkolić młodzież. W feralnym sezonie, który miał się skończyć likwidacją „The Cherries”, przejął stery jako trener tymczasowy. Jego poprzednika, Jimmy’ego Quinna, strącono ze stołka w sylwestra 2008. Nowy rok przyniósł diametralne zmiany, choć na początku nawet sam Howe nie wierzył, że mogą nastąpić.

Image and video hosting by TinyPic

Dół tabeli po dwóch kolejkach. Towarzystwo na minusie mieli

Tak jest, dziś przyznaje, że wówczas nie uważał się za właściwą osobę na właściwym miejscu. Debiutował na wyjeździe z Darlington: wyobraźcie sobie diabelnie zestresowanego trzydziestojednolatka, mającego w kadrze starszych od siebie, który gdzieś w styczniowej, mroźnej aurze na angielskim zadupiu prowadzi swoich graczy ku porażce i sam nie wierzy w powodzenie powierzonej mu misji. Potem przegrał drugi mecz, już w głowie witał się z dobrze mu znanym tylnym siedzeniem, a jednak zdecydowano się powierzyć mu stałą funkcję, czym zaskoczony był chyba najbardziej sam Howe.

A potem zdarzył się cud. Howe i jego ludzie grali jak natchnieni, wygrywali mecz za meczem, utrzymali się jeszcze z przyzwoitym zapasem punktowym. Rok później, mimo zakazu transferowego, a więc w gruncie rzeczy z tą samą kadrą, wywalczyli awans.

Image and video hosting by TinyPic

Tym spektakularnym wynikiem zwrócił na siebie uwagę i skorzystał z oferty Burnley, wówczas grającego w Championship. Nie wiodło mu się tam jednak najlepiej, a i Bournemouth pod nieobecność swojego maga prezentowało się mocno przeciętnie. Wrócił więc na stare śmieci i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko wskoczyło na właściwe tory. Zaczął w tak imponujący sposób, że od razu zgarnął nagrodę trenera miesiąca, a do końca roku wprowadził drużynę do Championship.

***

„Frustruje mnie, gdy nasz sukces utożsamia się wyłącznie z pieniędzmi. Zrobiliśmy tu wiele wyjątkowych rzeczy, których nie można kupić, a których potrzeba do sukcesu. Mamy świetny team spirit, potrafimy wyłowić talenty, mamy też umiejętność ich rozwijania”.

***
Howe to marzenie każdego prezesa. Związany historycznie z klubem idol trybun. Ambitny, ale lojalny. Perfekcjonista, pracoholik, innowator i lider, potrafiący zjednać ludzi.

Zapytacie: ambitny na pewno, skoro spierniczył do mocniejszego Burnley, ale gdzie lojalny? Spokojnie, sprawa nie jest taka prosta. Ponoć Burnley naprawdę mocno się musiało o niego wystarać, a on długo zbywał licznych kontrahentów. Dziś mówi, że nie ma w nim w ogóle chęci odejścia z klubu i jakkolwiek teoria sobie, praktyka sobie, a futbol oswoił spektakularne rejterady, tak jednak jakoś chce się dać mu wiarę, że faktycznie mógłby zostać Fergusonem z Goldsands.

Soccer - Burnley Press Conference - Turf Moor

To perfekcjonista opętany dopinaniem każdego szczegółu. Ma grube zeszyty pełne notatek, a te sporządzane z każdego treningu – oczywiście nagranego, potem obejrzanego. To zeszyty prowadzone od początku jego kariery trenerskiej, czyli jeszcze od czasów juniorów i League Two. Nic nie idzie do śmieci.

To pracoholik z gatunku tych, którzy pierwsi zjawiają się w klubie. Ostatni nie wychodzi, nie jest szaleńcem – musi znaleźć się też czas dla żony, dzieci i psa Rodneya. Tak jest, psa celowo wymieniam w jednym szeregu, ma nawet na jego cześć wytatuowaną literkę „R” na ręce.

To innowator, który nie znosi nudy na treningach. Jak sam mówi, pewne przekonania wyciągnął… z tresury zwierząt, które trudniej zająć, gdy ćwiczenie im się opatrzyło. Dba też cały czas o mentalność swoich graczy, dlatego biura, szatnie i klubowe korytarze zalepione są plakatami wielkich i ich cytatów. Na piłkarzy „The Cherries” spoglądają Muhamad Ali, Michael Jordan, Vince Lombardi, Eric Cantona, Colin Powell czy Abraham Lincoln.

Image and video hosting by TinyPic

Tablice rekordów też mają motywować

To lider, który wierzy w zawodników, bo wie jak rozwinąć ich umiejętności. Nie ma lepszego sposobu na to, by zjednać szatnię, niż sprawić, by piłkarze grali efektowną piłkę, a prezentowali się lepiej niż pod okiem innych szkoleniowców. Jeśli sprawdzilibyście kto najbardziej przysłużył się w awansie, to owszem, znajdziecie choćby Calluma Wilsona kupionego za parę milionów funtów, ale też chłopaków, którzy tłukli się jeszcze w League One, a pod Howem fantastycznie rozwinęli skrzydła.

***

„Spędziłem w Bournemouth dziesięć lat i stałem się najlepszym trenerem w stuletniej historii klubu, a potem przyszedł Eddie Howe i zamiótł moje wyniki pod dywan. Jest fantastyczny – uwielbiam patrzeć, jak drużyna gra pod jego wodzą.”

Harry Redknapp.

***
Wchodzą do Premier League z fanfarami, na które w pełni zasługują, bo grali piękną piłkę przez cały rok. Potrafili dać porywający popis, jak choćby 8:0 nad Birmingham czy 5:1 z Fulham. Dodatkowo cieszy oczywiście, że bardzo istotnym elementem w układance Howe’a stał się Artur Boruc.

Image and video hosting by TinyPic

Ale i bez Artka w klatce to klub, na który warto mieć oko. Absolutny debiutant w najwyższej klasie rozgrywkowej, z miasta – futbolowej pustyni, ze stadionem na 12.000 widzów, który choć bez wątpienia wypełni się do ostatniego miejsca na każdym meczu, to i tak w cuglach pobije rekord rekord Oldham jeśli chodzi o najgorszą frekwencję w Premier League. No, chyba, że go rozbudują, będą mieli za co.

Czy to historia po raz kolejny objawiająca romantyzm futbolu? Moim zdaniem nie, obecność tajemniczego Rosjanina z jeszcze bardziej tajemniczym budżetem rzuca się na nią cieniem, ale jestem gotów określić ją jako „modern romance”. „Modern romance”, przez które rozumiem kompromis pomiędzy współczesnym korpofutbolem, a uniwersalną piłkarską historią, w której słaby i mały dosiada się do znacznie możniejszych.

Leszek Milewski

Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments