To już chyba decydujący cios, ten ostateczny. Tak samo jak wygrana w derbach smakuje podwójnie dobrze, tak samo porażka jest podwójnie gorzka. W tym przypadku nawet poczwórnie. Szósta przegrana, tym razem 2:4, w ośmiu ostatnich meczach drużyny zbudowanej za setki milionów euro. Czegoś podobnego w światowym futbolu chyba jeszcze nie odnotowano. Dziś nad Manchesterem unosi się gryzący w oczy, zielony dym, który wzniecili piłkarze w czerwonych koszulkach. W powietrzu czuć płonące petrodolary. 

Nad Manchesterem unosi się zapach płonących petrodolarów

Po dzisiejszych derbach chyba spokojnie można powiedzieć, że Manuel Pellegrini, i tak już spakowany, może wystawić walizki przed drzwi i czekać na taksówkę na lotnisko. W tym momencie cierpliwość obrzydliwie bogatych właścicieli musi się skończyć. Choćby byli najbardziej wyrozumiałymi ludźmi na świecie. Co z tego, że pierwszy do bramki trafił Kun Aguero, skoro w ciągu kolejnych kilkudziesięciu minut Joe Hart kapitulował aż czterokrotnie? I to – co ciekawe – bez udziału dwóch facetów, którzy w tym sezonie mieli siedzieć za CKM-em i strzelać do wszystkich rywali. Mowa o Angelu Di Marii i Radamelu Falcao.

Prawda jest taka, że United, już nie tylko momentami, ale co raz dłuższymi fragmentami, przypominają drużynę godną noszenia czerwonych koszulek. Zdaje się, że z tygodnia na tydzień, stają się co raz bardziej zjednoczeni. W grze chłopaków Van Gaala oczywiście są niedoskonałości i widać je bez użycia mikroskopu elektronowego, ale animusz oraz dynamizm w grze nakrywają je czapką. Na grę United po patrzy się z rosnącą przyjemnością.

Jedynym pozytywnym akcentem City były bramki numer 99 i 100 Aguero w Premier League. Poza tym, niestety, bryndza. Wystarczy spojrzeć na wynik. Ich gra jest po prostu niegodna. Niegodna tytułu mistrzowskiego, niegodna zdobytego przed rokiem Pucharu Ligi. Niegodna wpompowanych pieniędzy, kibiców wydających grubą kasę na bilety. Naprawdę, tylko w ciągu ostatnich meczów zdążyliśmy zapomnieć, że The Citizens bronią tytułu.

Wcześniej niespecjalnie popisała się Chelsea, ale do ich finiszowania w ostatnich minutach zdążyliśmy się przyzwyczaić. Z Queens Park Rangers grali nieporadnie. Długo, bardzo długo nie potrafili stworzyć choćby jednej składnej akcji. To walczący o utrzymanie panowie w biało-niebieskie pasy byli bliżej zdobycia bramki, ale ostatecznie błysnęli chłopcy Jose Mourinho, brutalnie wyrywając trzy punkty na ostatniej prostej. Ale w jaki piękny sposób. W roli głównej Zorro – człowiek w masce – czyli Cesc Fabregas. Tym razem trochę na opak, zabrał biednym, a dał bogatym, cementując cegiełkę na wieży, która niebawem sięgnie nieba, czyli tytułu mistrzów Anglii.


Liczba komentarzy: 2
Subskrybuj
Powiadom o
guest

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments