Borussia Dortmund na deskach. Dziś to było dokładnie tak, jak przez całe ostatnie miesiące: chęć odegrania się, nadzieje na rehabilitację… i w czapę. Piłkarze Juergena Kloppa zaliczają pierwszą poważną porażkę w tym sezonie. A kolejne już wiszą w powietrzu. BVB żegna się z Ligą Mistrzów – w kiepskim, dodajmy, stylu – i raczej nie na chwilę, tylko co najmniej do września 2016 roku. Zamykając 1/8 finału Ligi Mistrzów, swój awans do ćwierćfinału przypieczętowała również Barcelona.

Przykro dziś było patrzeć na tak bezradną Borussię…

Najpierw jednak Dortmund… Szanse na happy end zostały odebrane niemalże z pierwszym gwizdkiem. To znaczy, odebrał je Carlos Tevez. Dostał piłkę, spojrzał w kierunku bramki, przymierzył i zamknął usta kibicom gospodarzy. A przy okazji otworzył dyskusję: czy zespołowi o takich aspiracjach wypada mieć bramkarza w tak kiepskiej formie? Weidenfeller odrobinę przysnął, zbyt późno ruszył do piłki i, skoro już był „z tyłu”, to odebrał sobie szansę na skuteczną interwencję.

Tak, to Tevez przesądził losy tego dwumeczu. Najpierw w Turynie otworzył wynik rywalizacji, teraz powtórzył to w Dortmundzie. Ale jeden piękny gol dziś go nie zadowolił. Doszła do tego jeszcze jedna bramka, no i asysta – Argentyńczyk wyłożył Moracie piłkę jak na tacy i temu pozostało dostawić nogę. A kilka chwil wcześniej Morata zmarnował jedną sytuację, zmarnował też i drugą (dwukrotnie zatrzymany przez Weidenfellera). Żeby strzelić, potrzebował Teveza. Ten pomagał i sobie, i innym.

Tevez. To był właściwy dziś One Man Show (sorry, Paweł…).

Otwierające w Dortmundzie trafienie Teveza było kluczowe dla tego, co oglądaliśmy przez resztę meczu. Juventus, mając po ponad 90 minutach bilans 3:1, się cofnął. Po pierwsze, bo umie dobrze bronić i nie widział sensu w zbyt odważnej grze. Po drugie, bo Borussia ostatnio kompletnie się gubi, grając z głęboko ustawioną defensywą. 0:0 z HSV, 0:0 Koeln, zero z przodu również z Juventusem – tylko trójkę z tyłu.

No i teraz też się pogubiła. Gospodarze utrzymywali się przy piłce, bo Juve ją oddawało. Włosi wiedzieli, że dobre ustawienie, koncentracja i brak głupich błędów, to właściwa droga do sukcesu. Wiedział to chyba też Klopp, który znów nie miał pomysłu, jak zmienić oblicze BVB. Niby pół godziny przed końcem posłał w bój Ramosa i Błaszczykowskiego, ale Polak – grając na prawej obronie – jedynie dołożył swoją cegiełkę do drugiego gola (nie trzymał linii spalonego, jeszcze się wywalił).

Borussia nawet nie waliła dziś głową w mur. Podchodziła jedynie do muru, zaczynała iść wszerz i zastanawiała się, czy go przeskoczy. Nie mamy pewności, czy taką próbę w ogóle podjęła. Przeogromna bezradność.

***

A w Barcelonie bez żadnych niespodzianek. Katalończycy wjechali z taką pewnością siebie, że momentami ich buta wręcz irytowała. Tunele między nogami zawodników City, podania w polu bramkowym gości, ośmieszanie i wyszydzanie gości z Anglii lekceważącym podejściem. Inna sprawa, że postawa Manchesteru City, szczególnie w pierwszej połowie, właśnie na takie lekceważenie zasługiwała. Pusta, absolutnie pusta prawa strona, niechlujne krycie, zostawianie miejsca Messiemu (coś jak spacer po polu minowym w płetwach) – właściwie cała lista piłkarskich grzechów, za które jedyną sprawiedliwą karą jest zrzucenie w otchłań piekielną.

No i właśnie tam przez długie fragmenty meczu umieszczał Manchester City tak genialny Messi, jak i reszta bardzo dobrze dysponowanej Barcelony. Oczywiście, oni także popełniali błędy – liczne zabawy w polu karnym, a wręcz w polu bramkowym gości nie przynosiły bowiem kolejnych goli – ale losy dwumeczu nie były zagrożone choćby przez moment. Rzut karny dla City, po którym mogło się zrobić gorąco? Nawet gdyby Ter Stegen nie wyjął tego kiepskiego uderzenia – dzisiaj nie mogliśmy pozbyć się wrażenia, że Barcelona strzeli dokładnie tyle, ile potrzebuje do awansu.

Kolejne genialne parady Harta oczywiście zasługują na pochwałę, ale gdy Katalończycy w kilku akcjach z rzędu pragnęli wręcz wejść do bramki chyba nawet najzagorzalsi kibice City czuli, że nie jest to gra na śmierć i życie. Zresztą, spójrzcie sami:

Trochę jak na podwórku, gdzie samo zwycięstwo nie wystarcza, trzeba jeszcze podostrzyć kilkoma efektownymi zagraniami, trzeba jeszcze pokazać wyższość techniczną, trzeba jeszcze udowodnić, że nie brak im finezji, pomysłowości i odwagi, by te szalone wizje wcielać w życie. Pewnie dla wielu wymarzonym scenariuszem byłoby skarcenie mocarza, bolesna nauczka, że takie ośmieszanie może się zemścić, ale… Nie dziś. Tym bardziej, że Manchester City nie przeciwstawił rozbawionej Barcelonie żadnej żelaznej konsekwencji w obronie czy wyjątkowo skutecznego ataku. Wręcz przeciwnie – Anglików w tyłach ratował wyłącznie indywidualny popis Joe Harta, z przodu zaś nie udało im się wykorzystać nawet „jedenastki”.

W ten upokarzający sposób Liga Mistrzów pożegnała ostatniego reprezentanta z Anglii. Z jednej strony – szkoda, bo ta liga wciąż należy do najbardziej emocjonujących i najbardziej medialnych. Z drugiej – w kolejnej rundzie nie ma już miejsca na bylejakość. A – niestety – reprezentanci Premier League w tej edycji ponad bylejakość wznieść się zwyczajnie nie potrafili.

Liczba komentarzy: 3
Subskrybuj
Powiadom o
guest

3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments