W środę pewnie jeszcze jakoś pójdzie. Legia vs St. Patrick’s Athletic. Zbyt wiele tego typu meczów już widzieliśmy, żeby z góry nie zakładać, jak będzie to wyglądać. Ale czwartek, ledwie kilkadziesiąt godzin po mundialu, oj, to może być naprawdę niezła pucharowa jazda bez trzymanki. Druga runda el. Ligi Europy.  Standardy jak przy okazji starć FC Santa Coloma (Andora) z SP La Florita (San Marino).

Pora wracać na ziemię. Prawdziwe piłkarskie dramaty mamy tutaj, u nas!

O czym mowa? Na dziś – problemy są dwa.

Pierwszy – mniejszy, przy tym drugim właściwie zyskuje rangę niegroźnej ciekawostki. Lech zagra w czwartek na wyjeździe z estońskim Nomme Kalju, ale my technologicznie cofniemy się do ery, w której wyniki meczów sprawdzało się w Telegazecie. Jest już praktycznie przesądzone, że nigdzie w Polsce, za pośrednictwem żadnej telewizji, ani nawet kanału na Youtube nie da się obejrzeć tego meczu. Nie ma co liczyć na choćby podrzędną estońską telewizję, bo żadna nie zamierza się tym zainteresować. No i tu właśnie pies jest pogrzebany. Wyjazdowe starcia polskich drużyn na tak wczesnym etapie eliminacji Ligi Mistrzów czy Ligi Europy to, jak wiadomo, dla telewizji żadna gratka. Ani na tym sensownie zarobić, ani sprzedać parę reklam w godnej cenie. Gdyby jeszcze sygnał zechcieli wyprodukować gospodarze, wtedy jakoś mogłoby się kalkulować. Rzecz w tym, że Estończycy nie zamierzają tego robić. Kibicom pozostaje więc śledzenie relacji na żywo w internecie. Klubowy kanał Lecha, jak zdążyliśmy się zorientować, również tego meczu w bezpośrednim streamie nie pokaże.

Problem drugi, nieporównywalnie bardziej kompromitujący, objawił się w Chorzowie. Jak wiadomo, na kilkadziesiąt godzin przed meczem z FC Vaduz okazało się, że murawa stadionu przy ulicy Cichej jest tak doskonale przygotowana do sezonu, że nie ma mowy, aby na niej zagrać. Trzeba awaryjnie przenieść się do Gliwic. A że wszystko załatwianie jest kompletnie na wariata, na ostatnią chwilę, spotkanie nie będzie mieć rangi imprezy masowej, czyli obejrzy go symboliczne 999 widzów.

W Chorzowie oczywiście powszechne wkurwienie.

Wkurwieni kibice, którzy wykupili kilka tysięcy biletów.
Wkurwiony trener, któremu taka amatorka w głowie się nie mieści.
Wkurwieni działacze, bo wstyd i nici z zysków (jakiekolwiek by one były…).

Teraz trzeba raczej kombinować jak tu pokryć koszty wynajęcia stadionu zastępczego. Najlepiej z ubezpieczenia, żeby kieszeni nie bolało. Cała sytuacja kompletnie nie mieści nam się w głowie, chociaż z tego co słyszymy – i trzeba to powiedzieć głośno – nie ma w niej zbyt dużej winy Ruchu. No, przynajmniej nie jest to WYŁĄCZNA wina klubu. Za obiekt odpowiedzialny jest chorzowski MOSiR, którego pracownicy, do tej pory, pytani co się dzieje z trawą, odpowiadali, że spokojna głowa – wszystko będzie dobrze.

No i pach. Na trzy dni przed meczem okazało się, że nie jest. Bulwersuje nas, że ludzie, którzy biorą pieniądze za opiekę nad całą tą infrastrukturą opowiadają o jakichś patogenach, które zżarły murawę tak, że ciężko było temu przeciwdziałać. Jak mogło do tego dojść? Czy w całym Chorzowie, który ponoć jeszcze konsultował się ze specjalistami, nie ma paru ludzi, którzy w środku lata nie potrafiliby na czas wyhodować i utrzymać trawnika? Niepojęte. Przy tym całym zamieszaniu, skoro już wynikło, bulwersuje również absolutny brak komunikacji między zainteresowanymi stronami (klubem a MOSiR-em), który sprawił, że ten śmierdzący placek wypłynął na powierzchnię, kiedy już zupełnie nic nie dało się z tym zrobić. Tylko dzwonić – po prośbie do Gliwic. Czytamy jak dyrektorka MOSiR-u wypowiada się na łamach sport.pl, zapewniając, że nikt nie siedzi z założonymi rękami. Nowa trawa, która ma uzupełnić „chore” miejsca, zostanie przywieziona z Austrii. Niestety już po meczu z Vaduz. Co z ligą 27 lipca, tego jeszcze do końca nie wiadomo. Na mecz z Wisłą Kraków (10 sierpnia!) już na pewno będzie dobrze.

A to świetne!

Różne mieliśmy już pucharowe przejścia, ale jak słyszymy, że w tym roku zaczyna się od tego, że nie ma gdzie rozegrać meczu, bo boisko zjadła jakaś zaraza, to naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że zjechaliśmy do poziomu amatorów z FC Santa Coloma.

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments