Poniedziałkowa prasa to miks tematów mundialowych i typowo tabloidowych, głównie weselnych, bo miniony weekend obfitował w imprezy tego rodzaju. Z tematów poważnych polecamy zwłaszcza materiał Michała Kołodziejczyka prosto z Sao Paulo. – To nie było użycie siły. Przyszła policja i powiedziała, że od dziś czynsz za mieszkanie w faweli nie będzie wynosił trzysta reali miesięcznie, ale osiemset. A jak nie, to wjadą buldożery, bo tutaj powstanie stadion i dookoła nie może być widać biedy. Wiadomo, będzie patrzył cały świat. Na osiemset reali nikt nie mógł sobie pozwolić, więc buldożery wjechały. W ludzi. Nikt nie przejmował się tym, co się z nimi stanie, gdzie pójdą ci, którzy przeżyli – pisze dziś na łamach Rzeczpospolitej.
FAKT
Zanim przejdziemy do wspomnianych tematów ślubno – weselnych, zaczniemy poważnie: pierwszą korespondencją Tomasza Włodarczyka z Rio de Janeiro. „Groźne Rio jeszcze śpi”.
Rio de Janeiro na pierwszy rzut oka nie powala na kolana atmosferą. Wzbudza za to strach. Na pewno wzmaga czujność. Kto nie jest czujny, do domu wraca bez portfela. Mundial? Jaki mundial? Tak może zareagować przypadkowy turysta, który właśnie wylądował w Rio de Janeiro. Co prawda start dwudziestych mistrzostw świata odbędzie się w Sao Paulo w czwartek, ale to przecież Rio gości finał, w którym nikt nie wyobraża sobie nieobecności Brazylii. Na razie Rio śpi. Zamiast cieszyć się pięknem najważniejszej imprezy piłkarskiej globu, przeraża ubóstwo tych, którzy na tę imprezę się złożyli. W sobotę Komitet Wykonawczy FIFA obradował w Sao Paulo i przyklepał start „najlepszych mistrzostw świata, jakie miały miejsce w historii”. Ta formułka powtarzana jest oczywiście co cztery lata przez prezydenta Seppa Blattera (78 l.) i jego współpracowników. Przecież nie może być inaczej. – Wszystko jest w najlepszym porządku – oznajmił Blatter. Mimo ogromnych społecznych protestów, wywołanych miliardami dolarów przeznaczonych przez brazylijski rząd na organizację turnieju. Mimo mnóstwa niedociągnięć. Mimo fali korupcji, która w 2012 r. zmiotła z komitetu organizacyjnego prezydenta CBF Ricardo Teixeirę oraz jego teścia, byłego prezydenta FIFA, Joao Havelange. W Brazylii panuje zima. Choć temperatura w granicach 30 stopni, to ciemno robi się już ok. godz. 18. – Jest mało miejsc, które polecałbym wam odwiedzać, kiedy jest już po zmroku. Oczywiście te najbardziej znane są okej, ale reszta? Powiem tak, musicie być bardzo czujni – mówi taksówkarz.
PZPN, jak sugerowaliśmy kilka tygodni temu, chciałby dodatkowo ukarać Łukasza Burligę. Ma z tym jednak poważny, techniczny problem… Bukmacher Fortuna nie współpracuje.
Jak poinformował nas rzecznik dyscypliny PZPN Adam Gilarski, w przyszłym tygodniu chce złożyć wniosek do Komisji Dyscyplinarnej o ukaranie Łukasza Burligi. W jaki sposób PZPN może ukarać Burligę? Regulamin dyscyplinarny PZPN w artykule 107 przewiduje kary za stawianie w zakładach bukmacherskich wyników meczów piłki nożnej z udziałem drużyn krajowych. Najniższa kara to grzywna w wysokości minimum 5 tys. PLN. Inne to dyskwalifikacja powyżej jednego roku, zawieszenie, a nawet wykluczenie z PZPN. Problem polega na tym, że nadal nie wiadomo, czy Burliga faktycznie ostawiał mecze piłkarskie polskich drużyn. Dwa tygodnie temu PZPN zwrócił się do firmy bukmacherskiej Fortuna z wnioskiem o wyjaśnienia. Centrala chciała ustalić, czy piłkarz Wisły obstawiał mecze ekstraklasy. Do tej pory nie nadeszła odpowiedź. Wyjaśnienia w PZPN złożyła natomiast Wisła, która już wcześniej ukarała piłkarza. Klub nałożył na niego grzywnę w wysokości 15 tysięcy złotych. Zdyskwalifikował go także w prawach zawodnika na okres jednego roku, ale kara została zawieszona na dwa lata. Klub nie próbował nawet ustalić, czy piłkarz obstawiał mecze ekstraklasy. – Nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić, takie kupony są anonimowe. Powiedział nam, że nie obstawiał meczów piłkarskich, ale zakładamy, że z jakiegoś powodu nie powiedział nam prawdy, stąd tak surowa kara. Taka sama kara spotkałaby go, gdyby obstawiał mecze Wisły – tłumaczył Jacek Bednarz.
Ostatnia strona dzisiejszego numeru zdecydowanie luźniejsza. W sobotę ślub wzięli Jakub Kosecki z Legii i Mateusz Bąk z Lechii. O ślubie „Kosy” poczytamy jeszcze w Super Expressie, teraz fragment o Bąku.
Ceremonia odbyła się na warszawskiej Starówce. A to dlatego, że ze stolicy naszego kraju pochodzi wybranka golkipera biało-zielonych, który w minionym sezonie był jednym z najlepszych zawodników na tej pozycji w ekstraklasie. Kontrakt z Lechią wygasa mu 30 czerwca, ale trwają obecnie rozmowy w sprawie przedłużenia umowy. Mateusz i Paulina poznali się w Sopocie przed trzema laty. Miesiąc później zamieszkali razem w Bielsku-Białej, bo bramkarz podpisał wówczas kontrakt z Podbeskidziem. Rok temu się zaręczyli, a teraz powiedzieli sobie sakramentalne „tak”. Na przyjęciu weselnym było około 70 osób, wśród gości m.in. koledzy Mateusza z boiska – Rafał Janicki (22 l.) oraz Krzysztof Bąk (31 l.), a także aktorzy – Jarosław Boberek (51 l.) i Piotr Fronczewski (68 l.). – To była najlepsza impreza na jakiej byłem, daliśmy czadu! I jestem przekonany ze Wam się podobało – napisał Bąk na swoim profilu facebookowym. Teraz młoda para, której pupilem jest pies Gizmo, wyjeżdża w podróż poślubną na Kubę. Ł»yczymy wiele szczęścia na nowej drodze życia!
RZECZPOSPOLITA
Poniedziałkowe wydanie „Rz” otwiera korespondencja Michała Kołodziejczyka z Sao Paulo. Mistrzostwa świata w Brazylii zaczynają się w czwartek. Dużo ważniejsze rozgrywki już trwają. O puchar dla ludu gra się w fawelach – to właśnie materiał, który polecaliśmy na samym początku.
To nie było użycie siły. Przyszła policja i powiedziała, że od dziś czynsz za mieszkanie w faweli nie będzie wynosił trzysta reali miesięcznie, ale osiemset. A jak nie, to wjadą buldożery, bo tutaj powstanie stadion i dookoła nie może być widać biedy. Wiadomo, będzie patrzył cały świat. Na osiemset reali nikt nie mógł sobie pozwolić, więc buldożery wjechały. W ludzi. Nikt nie przejmował się tym, co się z nimi stanie, gdzie pójdą ci, którzy przeżyli. W RPA cztery lata temu było podobnie – droga od lotniska na stadion w Kapsztadzie była oczyszczona z innych widoków, niż Góra Stołowa. Tutaj w Brazylii jest jednak trochę inaczej, bo ludzie potrafią krzyczeć. Krzyczą tak głośno, jak potrafią. Zrobili „invasao”, zajęli teren kilka kilometrów od stadionu, postawili swoje namioty, przywiesili tabliczki – „tu mieszka Adriana Silveira”. Właściwie nie, to nie są namioty. Rusztowanie z drewna, ściany z worków na śmieci. Ł»eby dach się nie zapadał używa się nici, takich zwyczajnych. W sobotę o 17 na głównym placu faweli była impreza z okazji miesięcznicy, specjalnie w tym celu zbudowano podest dla DJa. Na tym samym placu do tej pory odbywały się zebrania, na których Edmilson odpowiadał na pytania ludzi, którym przyszło tu mieszkać. Edmilson ma dużo tatuaży i życzliwość w oczach, pod warunkiem, że zdejmie okulary przeciwsłoneczne. Ludzie, którzy nie pogodzili się z wysiedleniem, założyli własne osiedle. Jest niedaleko lotniska, w Parque de Campo. Kiedy wejdzie się na samą górę, widać stadion. Najbiedniejsi po prostu przyszli i zaczęli budować swoje sypialnie. Teraz, po miesiącu, jest ich pięć tysięcy. Pani Maria nie chce rozmawiać, zasłania twarz, ma 78 lat. Nie widać jej twarzy, przykrywa się workiem na śmieci, bo nikomu nie ufa. Mieszkająca obok Grausi jest młodsza, ma czworo dzieci, nie zasypia w nocy, bo się boi. Mówi głównie, kiedy dyktafon jest wyłączony, bo przy włączonym się boi. – Gdybym oficjalnie powiedziała, że jest tu niebezpiecznie, policja miałaby argument…
Świetnie się czyta. Zwłaszcza, że to główny punkt programu w dzisiejszym numerze. Ponadto „Rz”, poruszając temat nieco bardziej niszowy, zauważa, że Warmia i Mazury nie liczą się w futbolu.
Awans do ekstraklasy zapewniły sobie wcześniej Górnik Łęczna trenera Jurija Szatałowa i GKS Bełchatów Kamila Kieresa. Przed ostatnią, 34. kolejką wyjątkowo nerwowo było na dole tabeli. Do samego końca o uniknięcie spadku walczyły cztery kluby – Stomil Olsztyn, GKS Tychy, Flota Świnoujście i Chojniczanka Chojnice. W najgorszej sytuacji były Stomil i Tychy. Olsztynianie musieli wygrać i liczyć na to, że GKS straci punkty w spotkaniu z Miedzią. Przez chwilę wydawało się, że druga część planu zostanie wykonana. Drużyna z Tychów przegrywała 0:1. Ale ostatecznie zwyciężyła 3:1. W tym momencie Stomil żegnał się z I ligą. Nie pomogło nawet zwycięstwo 1:0 nad Górnikiem Łęczna, Flota pokonała 2:0 Okocimski KS Brzesko, a Chojniczanka zremisowała 0:0 z Dolcanem Ząbki. Wciąż nie wiadomo, jaki los czeka w przyszłym sezonie Kolejarza Stróże (2:1 z Puszczą). Prawdopodobnie w przyszłym tygodniu będzie wiadomo, czy władze klubu zdecydują się na sprzedaż pierwszoligowej licencji – czytamy w tej krótkiej notce.
GAZETA WYBORCZA
Poniedziałkowe wydanie Wyborczej nie powinno pozostawić poczucia niedosytu. Przynajmniej do tego przywykliśmy. A jednak dziś nieco mniej tekstów o piłce. „Filet z motyla dźwiga Brazylię” – to najobszerniejszy z nich. W całości o Neymarze, autorstwa Dariusza Wołowskiego. Cytujemy kawałek:
Porównania „Księcia” do „Króla Futbolu” są nieuniknione. Tak jak ojciec Pelego, tak ojciec Neymara był obiecującym napastnikiem, któremu karierę złamała kontuzja. Obaj niespełnieni na boisku ojcowie byli wzorami, mentorami i przewodnikami swoich genialnych synów. Neymar dopisuje do swojego imienia „Junior”, bo uważa, że jako „Senior” w historii piłki powinien być zapamiętany jego ojciec. – Kocham go nad życie. Oddałbym życie syna za życie ojca – powiedział kiedyś napastnik Barcelony, któremu w 19. roku życia z przypadkowego związku urodził się syn David Lucca. U siebie w domu Neymar staje pod niemożliwą presją, bo przez 64 lata nic się w jego ojczyźnie nie zmieniło – porażką będzie każde inne miejsce niż pierwsze. W rozlicznych ankietach prasy europejskiej Brazylijczycy uważani są za zdecydowanego faworyta mistrzostw. Odległości, zmiany stref klimatycznych, wilgotności i wysokości to czynniki, z którymi goście z Europy nigdy sobie nie radzili. Opowieści o Neymarze pochodzące z Brazylii wyrażają tęsknotę za kolejnym wcieleniem boga futbolu. Od zmierzchu Ronaldinho osiem lat temu tamtejsza piłka produkuje przede wszystkim wybitnych obrońców. Nie zaspokaja to apetytów kibiców. Wielkiemu futbolowemu narodowi potrzebny był nowy idol, młody geniusz na czas tak gorący jak mundial w ojczyźnie. Padło na Neymara, który gdyby uwierzył we wszystkie sypiące się na niego komplementy rodaków, mógłby postradać zmysły. Każdy Brazylijczyk cierpi jednak, gdy na piłkarskim Olimpie widzi przedstawicieli innych nacji. Pele pociesza rodaków, że już wkrótce Neymar będzie lepszy niż Messi i Ronaldo. Obrońca Barcelony Dani Alves opowiada, że kiedy Neymar przyszedł na świat, zawołał go Bóg i powiedział: „Ty będziesz piłkarzem”. Carlos Alberto Parreira rozgłasza, że młody lider „Canarinhos” jest zjawiskiem przyrody jak zaćmienie słońca, gradobicie albo huragan. – Czułem to samo wzruszenie jak wtedy, gdy pierwszy raz widziałem na boisku Zico, Romario, Ronaldo, Ronaldinho – opowiadał Tostao, mistrz świata z 1970 roku, gdy poznał Neymara.
Zbyt kocham piłkę nożną, żeby utożsamić jej największe święto z Seppem Blatterem. Tylko że wcale nie jestem dumny z tego wyznania – pisze dalej Michał Okoński. O nabijaniu kabzy decydentów z FIFA.
o ostatni moment, żeby o tym wszystkim napisać. O tym, że protestów samych Brazylijczyków przeciw mundialowi nie da się skwitować frazą o lewackich ekstremistach, skoro nawet Zico mówi, że „ludzie mają prawo być wściekli” (jakich słów używałby Socrates, nie chcę sobie nawet wyobrażać). O tym, że wszyscy wiedzą, iż król jest nagi: jak działa FIFA, pisano książki jeszcze za czasów Joao Havelange, a ostatnie informacje na temat skali korupcji, która towarzyszyła przyznawaniu mistrzostw świata Katarowi, przyjmowane są ze spokojem chyba tylko dlatego, że w gruncie rzeczy niczego innego się nie spodziewano. Być może to jest w całej sprawie najsmutniejsze – tak bardzo zżyliśmy się ze światem współczesnej piłki, że przestaliśmy się oburzać. Na temat rozgrywania turnieju na pustyni, przy 50-stopniowej temperaturze, nie dyskutowano w zasadzie, „czy”, ale „jak”: może zimą, a może np. nie w systemie dwa razy 45 minut, tylko trzy razy 30, żeby zawodnicy mieli więcej czasu na regenerację. Bądźmy zresztą szczerzy: jeśli mundial w 2022 r. nie odbędzie się nad Zatoką Perską, to nie dlatego, że przy podejmowaniu decyzji kupowano głosy, ale dlatego, że tam NAPRAWDĘ nie da się tego zrobić. Przed tygodniem „New York Times” opublikował raport o podatności uczestników mistrzostw na ustawianie meczów. O stojących za tym procederem graczach z azjatyckiego rynku bukmacherskiego traktuje wydana właśnie po polsku książka „Przekręt”, napisana przez współautora tekstu z amerykańskiej gazety Declana Hilla. Zważcie: aby zarobić setki tysięcy dolarów na ustawionym spotkaniu, nie trzeba zaskakującej porażki faworyta ze słabeuszem – wystarczy, że lepsza drużyna wygra określoną liczbą bramek. Hill opisuje w „Przekręcie” dziwne zachowanie obrońców Ghany w trakcie meczu z Brazylią na mundialu w Niemczech. W „New York Timesie” analizuje z kolei obfitujący w zdumiewające decyzje sędziego i piłkarzy drużyny z Ameryki Środkowej „pojedynek” RPA – Gwatemala na mistrzostwach o cztery lata późniejszych. To ostatni moment, żeby usiąść do komputera, wyszukać skrót z tamtego spotkania i chwilę się zastanowić, w czym przez najbliższy miesiąc będziemy uczestniczyć. A potem zapytać, jak przeżyć imprezę, która służy nabijaniu kabzy FIFA, wielkich korporacji i firm bukmacherskich; imprezę, podczas której przestępstwem ściganym bodaj najsurowiej będzie naruszenie wyłączności sponsorskiej (pamiętacie przecież, co się stało, jak w trakcie Euro 2012 spod spodenek Nicklasa Bendtnera dało się ujrzeć majtki z logo firmy nieautoryzowanej przez UEFA)?
Kończymy doniesieniami o tym, jak Rosja i krymscy separatyści chcą okiwać FIFA. Ostatnim pomysłem jest założenie nowych klubów w Sewastopolu i Symferopolu, aby mogły zagrać w rosyjskiej lidze.
Choć rosyjscy politycy nawoływali do włączenia krymskich drużyn do ekstraklasy, to tamtejszy związek nie zdecydował się na otwartą konfrontację z UEFA i FIFA popierającymi ukraińską federację. A ta stoi na stanowisku, że Tawrija i Sewastopol muszą grać w jej rozgrywkach. – Krym jest nierozłączną częścią Ukrainy, dlatego wszystkie piłkarskie instytucje znajdujące się na jego terenie znajdują się pod naszą jurysdykcją. I to się nie zmieni – stwierdził stanowczo Anatolij Popow, wiceprezydent UFP. Prorosyjscy działacze z Krymu wspierani przez Rosjan wpadli więc na pomysł obejścia przepisów FIFA zabraniających drużynom z jednego państwa uczestniczenia w rozgrywkach innego. W skład rosyjskiego związku miały zostać włączone nowe kluby, założone na podstawie rosyjskich przepisów. Zamiast FK Sewastopol zgłoszono Sportowy Klub Floty Czarnomorskiej, a miejsce Tawrii zajął Skif. – Wysłaliśmy do FIFA i UEFA pismo z informacją, że o przyjęcie do naszego związku zwróciły się także Ł»emczużyna Jałta, Ocean Kercz i Achtiar Sewastopol. Wszystkie przejdą procedury dopuszczenia do rosyjskich struktur – poinformował Nikołaj Tołstych, prezes rosyjskiej federacji piłkarskiej. Prawnicy zajmujący się sportem przestrzegali, że bez zgody ukraińskiej federacji nowe rosyjsko-ukraińskie kluby nie będą mogły rozgrywać meczów ligowych na Półwyspie Krymskim. – Próby przyjęcia krymskich zespołów przez rosyjską federację mogą zostać potraktowane jako naruszenie przepisów FIFA i UEFA – przypomina Hrihorij Surkis, wiceprzewodniczący UEFA. Zganił też obecne władze ukraińskiego futbolu za brak stanowczych protestów. Wiaczesław Kołoskow, były prezydent rosyjskiego związku i przed laty prominentny działacz FIFA, uważał, że światowa federacja nie będzie zajmować się problemami krymskich klubów. Pomylił się. W przeddzień posiedzenia rosyjskiej federacji JérÄme Valcke, sekretarz generalny FIFA, przysłał do Rosji pismo, w którym przypomina, że plany włączenia drużyn z Krymu do rosyjskich rozgrywek bez zgody ukraińskiej federacji są sprzeczne z prawem. Zdanie zmienił więc także Kołoskow. – W tej sytuacji krymskie zespoły nie mają szans na grę ani w naszej Premier Lidze, ani w niższych klasach – stwierdził.
SPORT
Tak prezentuje się okładka Sportu.
Na pierwszy ogień idzie Jerzy Engel. Rozmowa o kadrze. On też najwyraźniej już traci cierpliwość i dziś zamiast słodkiego pierdzenia, mamy sporą dawkę wątpliwości i sceptycznych opinii.
Rozumiem, że jest pan optymistą.
– Jeśli tak to optymizm opieram na fakcie, że do finałów Euro 2016 wchodzą aż 24 drużyny. Trudno sobie wyobrazić, żeby w takim układzie pojawił się problem z promocją do turnieju. To jest wręcz niemożliwe w moim odczuciu. W grach eliminacyjnych drużyna będzie się cementować, a awans doda jej pewności siebie – tak chciałbym to widzieć.
(…)
– Jedna rzecz, która może zastanawiać to fakt, że ten skład ciągle jest płynny. Dzisiaj trudno znaleźć trenera czy dziennikarza, który potrafiłby powiedzieć, jaką jedenastką wyjdziemy na pierwsze spotkanie eliminacyjne. A to już nie jest najlepszy czas na eksperymenty (…) W reprezentacji spotyka się dzisiaj grupa osób, która nie czuje się zespołem. Nie są to ludzie, którzy skoczyliby za sobą w ogień. Nie muszę mówić, że nie wpływa to korzystnie na klimat zarówno wokół, jak i w samej kadrze. To jakieś novum. Nie przypominam sobie w drużynie narodowej piłkarzy, którzy posuwaliby się do wyboru meczów, a nawet selekcjonerów…
Dalej porcja tematów ligowych. O starych madryckich czasach opowiada Angel Perez Garcia.
Największa różnica między tamtym a obecnym Realem polega być może na atmosferze w szatni. – Bo podczas gdy kiedyś ta szatnia faktycznie przypominała rodzinę, dzisiaj wszystko determinują pieniądze. Piłka nożna ma coraz więcej wspólnego z biznesem – zauważa szkoleniowiec Piasta. Za dowód podaje Vicente del Bosque czy Jose Antonio Camacho, swoich ówczesnych partnerów z drużyny. – Od tamtego czasu minęło już tyle lat, a cały czas mamy ze sobą kontakt. Cenię sobie zwłaszcza znajomość z Del Bosque. Nie boję się nawet powiedzieć, że to mój mistrz. On mówi, a ja słucham.
Później zwięźle opowiada jeszcze o swojej pracy w roli trenera szkółek Realu w Ameryce Środkowej. Przekonuje, że będąc w… Panamie słyszał, że wykonuje świetną pracę.
Dalej tekst o tym, że trenerzy ligowi nie byli pytani o zdanie w sprawie reformy rozgrywek Ekstraklasy. Gdyby to trenerzy decydowali o kształcie rozgrywek, wyglądałyby one zupełnie inaczej – potakuje Robert Warzycha. – Skoro punkty zostały podzielone na pół, to czy piłkarze oddali do klubowej kasy połowę swoich premii meczowych – wskazuje Pasieka. Zastępca dyrektora Szkoły Trenerów PZPN dość otwarcie wyraża swoje wątpliwości co do zasadności zmian. – Bardzo znaczący głos powinien mieć selekcjoner, bo reprezentacja to najwyższe dobro. Wszyscy pracujemy również po to, by wiodło się jej jak najlepiej.
SUPER EXPRESS
Na łamach Super Expressu trochę typowo tabloidowych tematów. Artur Sobiech i jego narzeczona Bogna Dybul wypoczywają na Malediwach. Z kolei Jakub Kosecki „miał mistrzowski ślub”.
Kosecki i Chlebicka są parą od wielu lat, a w 2011 roku się zaręczyli. Teraz zalegalizowali związek. Ślub odbył się w podwarszawskim Konstancinie, skąd pochodzi „Kosa”. Pan młody miał na sobie elegancki, czarny garnitur ze ślubną muszką, natomiast pani młoda – przepiękną, śnieżnobiałą suknię wysadzaną kryształami, sprowadzoną specjalnie na tę okazję z USA. Na wesele Chlebicka miała przygotowaną inną suknię. Wszystko po to, by czuć się swobodniej w tańcu i za suto zastawionymi stołami. Na ślubie i weselu pojawili się znakomici goście. Wszystkim zarządzał oczywiście dumny ojciec – Roman Kosecki. Świetnie bawili się koledzy „Kosy” z Legii, m.in. Daniel Łukasik, Bartosz Bereszyński i Michał Ł»yro. Po ślubie bliscy i przyjaciele obrzucili pod kościołem młodą parę płatkami róż, co ma przynieść szczęście. A kiedy Ola i Kuba pocałowali się, zostało to przyjęte burzą braw i owacji. Do tego całkiem obfita porcja zdjęć.
Z tematów czysto piłkarskich mamy rozmówkę z Arkadiuszem Milikiem po spotkaniu z Litwą. – To trafienie dało mu też pozytywną energię przed początkiem treningów w nowym klubie – oświadcza.
Czujesz teraz, że przełamałeś się w reprezentacji? Mówiło się o tobie, że młody i utalentowany, ale bramek nie strzela.
– Strasznie mnie cieszy ten gol. Wcześniej miałem na koncie jedną bramkę w reprezentacji (w meczu z Macedonią w grudniu 2012 – red.), ale tam graliśmy krajowym składem. Oczywiście tamto trafienie też świetnie wspominam, bo to debiutanckie w reprezentacji, ale chyba gol z Litwą jest cenniejszy. U siebie, przy fantastycznej publiczności, w podstawowym składzie.
Mimo zwycięstwa gra reprezentacji jest jeszcze daleka od ideału…
– Najważniejsze, że wygraliśmy. Szkoda trochę niewykorzystanych sytuacji, bo wynik mógł być zdecydowanie wyższy. Gdyby mecz potrwał dłużej, strzelilibyśmy jeszcze kilka goli. Zwycięstwo na pewno podnosi morale zespołu. Inaczej przyjeżdża się na kolejne zgrupowanie, kiedy wygrało się ostatni mecz. A nam tego brakowało.
Gol cię broni, ale irytowało to, że raz po raz się wywracałeś.
– W pierwszej części gry cały czas się ślizgałem, bo na połowie Litwinów było bardzo grząsko, co bardzo utrudniało poruszanie się po boisku. Wkręcaliśmy najdłuższe korki, a i tak nic to nie dawało. Wywracałem się zarówno przy strzałach, jak i podaniach.
Rozmowa nudna, a w niej typowe, krótkowzroczne: „najważniejsze, że wygraliśmy”. Nieważne z kim, jak i w jakim stylu. No pewnie.
„SE” przypomina też o dramacie Marco Reusa, który z powodu kontuzji nie pojedzie na mundial.
W piątek wielki cios przyjęła reprezentacja Francji, teraz cierpią Niemcy! Reprezentacja naszego zachodniego sąsiada pojedzie do Brazylii mocno osłabiona. W jej składzie zabraknie pomocnika Borussi Dortmund Marco Reusa (25 l.), który doznał bardzo poważnej kontuzji w towarzyskim meczu z Armenią. Pechowa sytuacja miała miejsce już w pierwszej połowie spotkania. Noga Reusa wykręciła się nienaturalnie bez kontaktu z przeciwnikiem i od razu było wiadomo, że sytuacja jest bardzo poważna. Piłkarz został zniesiony z boiska, a zastąpił go Lukas Podolski (29 l.). Badania szybko przyniosły odpowiedź – Reus ma naderwane więzadła w stawie skokowym i jego udział w mundialu jest wykluczony. W jego miejsce powołany został obrońca Sampdorii Genua Shkodran Mustafi (22 l.). I tu wypada postawić kropkę. Nic więcej nie mamy.
PRZEGLĄD SPORTOWY
Kończymy Przeglądem Sportowym. Oto jego dzisiejsza okładka.
Piłkarskich tematów dostrzegamy dziś stosunkowo niewiele. Na pierwszy ogień idzie korespondencja z Rio. Cytowaliśmy ją z Faktu, ale wrzucamy jeszcze inny fragment:
eśli ktoś oglądał Miasto Boga to może sobie wyobrazić, jak 80 procent stolicy karnawału maluje się pośród przepięknego Parku Narodowego Tijuca. Rio jest odwrócone. Im wyżej, tym gorzej. Nie jak w Los Angeles, gdzie na wzgórzach Beverly Hills czy Hollywood mieszkają najbogatsi. Jesteś bogaty? Mieszkasz przy plaży Leblon. Przymierasz głodem? Jezusa z Corcovado masz na wyciągnięcie ręki. Po drodze do mieszkania naliczam kilkadziesiąt patroli policyjnych. Stoją niemal na każdym rogu z włączonymi kogutami, jakby chcieli dać znać tym, którzy mają niecne zamiary: Czuwamy, patrzymy. Jest czego pilnować, bo patrzących spode łba Brasileiros, przechadzających się po brudnych chodnikach głównie w japonkach, nie brakuje. Jedna autostrada, druga, wjeżdżamy w co raz bardziej zagęszczone okolice 6 – milionowej metropolii. Wyłania się ogromna Maracana. Nie robi dobrego wrażenia. Choć kolorowe światełka maskują nocą stare mury legendarnego stadionu, to widać, że renowacja obiektu skupiona była na wnętrzu obiektu. Brudna fasada jakby symbolizuje przeklęty Feralny Finał z Urugwajem z 1950 r., kiedy Canarinhos wypuścili z rąk niemal pewny Puchar Świata. Po 64 latach znów organizują mundial. Piłkarze mają wreszcie zmazać te symboliczną plamę. W pośpiechu ruszamy jeszcze na spotkanie ze słynnym Ronaldo – najlepszym strzelcem w historii mundialu (15 goli). Mamy adres, ale taksówkarz ma problem z dotarciem na miejsce. – To na pewno tu? – dziwi się kręcąc głową na lewo i prawo po portowej okolicy Saude. Zegarek pokazuje, że Il Fenomeno ma pojawić się dosłownie za chwilę. Avenida Rodrigues Alves. Zgadza się. Wreszcie jesteśmy. Impreza w stylu industrialnym, w opuszczonych magazynach. Stąd problem ze znalezieniem tej lokalizacji. – Okej, ale wracajcie koniecznie taksówką. Inaczej zostaniecie bez portfela – reklamuje uroczą okolicę kierowca.
Mamy krótką rozmówkę po kadrze z Maciejem Wilusza – zahacza o jego transfer do Lecha. Były obrońca Bełchatowa twierdzi ponadto, że nie miał oferty ze Śląska.
Dlaczego dopiero w drugiej połowie zaczęliście strzelać gole?
– Do przerwy też stwarzaliśmy sobie sytuacje, a Litwa miała jedną i zdobyła bramkę. Po przerwie byliśmy skuteczniejsi, graliśmy spokojniej. Dawałem z siebie naprawdę wszystko. Chciałem być pewnym filarem obrony, żeby koledzy z drużyny i selekcjoner mi zaufali.
Liczy pan na powołania na eliminacyjne mecze?
– Nie wiem, co się wydarzy. Czeka mnie dużo pracy.
Był to pana ostatni mecz w kadrze jako piłkarza Bełchatowa. Już 17 czerwca zaczyna pan przygotowania do sezonu z Lechem.
– Gdybyśmy do końca walczyli o awans, w ten weekend nie grałbym w Gdańsku, a w Bełchatowie. Dobrze że udało się wcześniej to załatwić. Ta runda była dla mnie wyjątkowo intensywna. Grałem bardzo dużo i przeskakiwałem z I ligi do reprezentacji, a to jednak ogromna przepaść. W Lechu nie będzie już takiej różnicy.
Mógł pan trafić do Śląska, ale przedstawiciele tego klubu twierdzili, że pana agent zażądał kosmicznych pieniędzy.
– Ta sprawa mnie zdenerwowała. Śląsk nie przedstawił mi żadnej oferty, wypowiedzi działaczy cytowane w mediach nie pokrywają się z prawdą. Bardzo się dziwię, dlaczego wrocławski klub tak to postanowił rozegrać. Pochodzę z Wrocławia i gdyby Śląsk złożył mi ofertę, potraktował bym ją poważnie. Nie było jej, dlatego cieszę się, że trafiłem do Lecha.
Tekst o Burlidze przytaczaliśmy. Może więc kawałek o tym, że Radosław Osuch jednak stawia na Macieja Skorżę. PS z jednej strony przesądza, z drugiej w tekście podaje, że negocjacje jeszcze się nie zakończyły.
Od czasu pożegnania z Ryszardem Tarasiewiczem Osuch regularnie kontaktował się ze Skorżą i ustalał warunki, nawet gdy przebywał w Portugalii. – Mamy zbliżoną filozofię prowadzenia drużyny. Jest jedynym obecnie polskim szkoleniowcem, który szybko pozbiera zespół i przygotuje do pucharów – przekonuje Osuch. Negocjacje jeszcze się jednak nie zakończyły. Z pewnością w tym przypadku problemem mogą być kwestie finansowe, bowiem Skorża należy do grupy najdroższych trenerów w Polsce. Szkoleniowiec zapewne liczy także na wzmocnienia przed startem w kwalifikacjach Ligi Europy. Z tego powodu drużyna wznowi treningi już 16 czerwca. – Przewiduję trzy wzmocnienia przed rozpoczęciem walki w kwalifikacjach Ligi Europy – twierdzi szef Zawiszy. Osuch przebywał ostatnio w Portugalii, gdzie załatwiał przyszłe wzmocnienia i trenera do grup młodzieżowych. Niedawno zapewniał, że poza kończącymi karierę Hermesem i Łukaszem Skrzyńskim oraz Pawłem Abbotem nikt z drużyny nie odejdzie. Nowy trener będzie mógł też liczyć na wracających do zdrowia Łukasza Masłowskiego, Herolda Goulona i Bernardo Vasconcelosa.
Ponadto w ramkach:
– Perez zostaje w Piaście i zachęca do tego Rubena Jurado
– Marco Reus dołącza do grona pechowców
– Sylwester Cacek lawiruje w sprawie licencji.
Rozpoczęcie współpracy pomiędzy Widzewem, a Sfinks Polska S.A. pociągnęło za sobą szereg pytań. Kibice zespołu z al. Piłsudskiego zastanawiają się, czy spadkowicz z ekstraklasy zyska na tym finansowo. Prezesem zarządu Sfinksa jest szef Widzewa Sylwester Cacek. Wiceprezesem jest jego żona Dorota. – Umowa jest dla klubu bardzo atrakcyjna. Mamy nadzieję, że tak silny partner, jakim jest Sfinks Polska, przekona inne firmy, że warto współpracować z Widzewem – przekonuje prezes łódzkiego klubu Paweł Młynarczyk. Pojawiły się jednak głosy, że Widzew niewiele na tym zyska, a był to zabieg wyłącznie z myślą o Komisji Licencyjnej PZPN, która w tym tygodniu wydawać będzie pozwolenia na grę w I lidze dla spadkowiczów z ekstraklasy. Sugeruje się, że umowa miała na celu jedynie wirtualne dopięciu klubowego budżetu. Większe – i chyba realniejsze – pieniądze mają do kasy Widzewa wpłynąć z transferów. Ale tych na razie nie ma. Patryk Wolański raczej nie przejdzie do Śląska. Cena – 250 tys. euro – jest zbyt wygórowana dla wrocławian. Z kolei około 400 tys. euro proponowane przez działaczy tureckiego pierwszoligowca Manisaspor za Eduardsa ViŁ¡nakovsa nie satysfakcjonuje łodzian.
Na koniec najobszerniejszy materiał wydania. Andrzej Rudy: „Po ucieczce mogłem grać w Bayernie”. Długi i bardzo dobry wywiad.
Kto zorganizował panu ucieczkę do Niemiec w 1988 roku?
– Pewni ludzie.
Jacy?
– Doradcy. Kilka osób z Katowic miało taki pomysł, widzieli we mnie inwestycję. Niby się opiekowali, a tak naprawdę liczyli na duży zarobek. Po ucieczce wszystko zaplanowali, klub też miałem, tak przynajmniej zapewniali. Nikt jednak nie przewidział, że zrobi się taki szum.
Jaki to był klub?
– Po kolei. Nie mówiłem wtedy w żadnym języku. Po angielsku troszkę, kilka słów. Lepiej dogadywałem się po rosyjsku, pamiętałem coś ze szkoły, tylko co mi z tego języka na Zachodzie? Reprezentowali mnie doradcy. Byłem dość atrakcyjnym zawodnikiem dla całej Europy. Pierwszy kontakt nawiązali z Bayerem Leverkusen. Niemcy mieli jednak dość przepychanek w sprawie Marka Leśniaka, który uciekł z Polski pół roku przede mną. Nie chcieli kolejnego kłopotu. Moja historia była za gorąca, Bayer umył ręce. W grę wchodził też Eintracht Frankfurt, ale zostałem zawieszony i zrezygnowali.
Nagle znalazł się pan blisko Bayernu Monachium.
– Byłem w tym klubie więcej niż jedną nogą, właściwie dogadaliśmy kontrakt. Ludzie z Monachium nie mieli nic wspólnego z ucieczką.

ANGLIA
Roy Hodgson zapowiada, że jego piłkarze zachowają spokój, że nie dadzą się łatwo sprowokować. – Pokazaliśmy już nie raz, że potrafimy sobie radzić z brudnymi zagrywkami – mówi selekcjoner Anglików. W kraju trwa jednak dyskusja na temat Wayne’a Rooneya. Wypowiada się w niej m.in. David Beckham, który przekonuje, że wystawienie go do pierwszego składu to obowiązek. Wszystko dlatego, że napastnik MU wzbudza duży strach u rywali. Poza tym, Hodgson po raz setny stwierdza, że jego zespół może zostać mistrzem świata.
WŁOCHY
La Gazzetta dello Sport przede wszystkim chwali Immobile i Insigne, którzy zdobyli w meczu z Fluminense pięć goli. Problem jednak w tym, że ciała dała defensywa – stracone trzy bramki. Podobnie jest w Corriere dello Sport – duet z przodu niezwykle chwalony, a obrona budzi obawy. – Zobaczycie, że ta dwójka zrobi wielkie wrażenie na mundialu. Ale mistrzem świata zostaną Argentyńczycy, o ile Messi zrobi wszystko to, co potrafi – przekonuje z kolei Mancini. Co zaś w piłce klubowej? Nic już właściwie nie stoi na drodze, by Morata dołączył do Juventusu. Klub wciąż szuka jednak napastnika: od Sancheza, przez Torresa i Dzeko, po Mandzukicia.
HISZPANIA
Okładki czterech hiszpańskich gazet zostały kompletnie, ale to kompletnie zdominowane przez Rafę Nadala (dlatego ich nie zamieszczamy). Dziś króluje tenis. I kropka. O piłce, przynajmniej z wierzchu, wiele się nie dowiemy. Zamorano zdradza, że jakiś czas temu Florentino Perez podpytywał go o Vidala. Mundo Deportivo przesądza: transfery Rakiticia i Bravo przed mundialem. Sprawy z podpisaniem kontraktów z Koke i Reusem są natomiast trudniejsze niż mogłoby się wydawać.




















