To prawda, że w Europie nie ma już słabych. Nie ma, jeżeli patrzymy z naszej perspektywy kogoś, kogo przez godzinę gnębią Litwini pozbawieni ośmiu podstawowych zawodników. A mówimy przecież o kraju, w którym piłkarzy pewnie jest ze stu, a zarabia dwudziestu – ci zdolniejsi bowiem zamiast żonglować i strzelać, kozłują oraz rzucają. Z powodzeniem zresztą. Mamy nie najgorszych piłkarzy, lecz tragicznie słabą reprezentację. Bo pokażcie nam drugi taki kraj, który ma gości w największych zespołach na świecie, a gra równie chujowo…
Pontoniarze – w taki właśnie sposób najczęściej podsumowywano występ biało-czerwonych w pierwszej połowie. Licznik, tykający od czasu, kiedy protegowani Nawałki ostatni raz trafili do siatki. A nie, oni jednak strzelili dopiero teraz… W sumie – 10,5 godziny. Co można zrobić w tym czasie? Ładować nad poprzeczką albo prosto w bramkarza – jak nowy napastnik Bayernu Monachium. „Lewandowski jest boski” – transparent, przygotowany najpewniej przez rozemocjonowaną nastolatkę, swoim przekazem nie pozostawiał żadnych złudzeń. I rzeczywiście, Robert jest boski. Ale w kadrze – co najwyżej lewy. Dziś, przy tylu szansach, powinien był machnąć hattricka, co i tak byłoby minimum przyzwoitości, nie zaś wygórowanym życzeniem. A strzelił jednego, z karnego.
To był test generalny przed Gibraltarem. Pontony, golfy, ręczna… Cóż, mamy nadzieję, że ta cała integracja nie poszła na marne i chłopaki chociaż dobrze się bawili, trochę zabalowali, dlatego dzisiaj, poza kapitanem, setek raczej unikali. Spokojnie, nie będziemy was prosić, byście szybko i wyraźnie wyartykułowali słowo: GIB-RAL-TAR. Oni też wygrali, z Maltą, nie tracąc gola. Seria zwycięstw z rzędu jest tak samo wyśrubowana, jak wasza – wynosi dokładnie jedno.
Strasznie drażniło nas, że zawodowy piłkarz potrafi doskonale ułożyć włosy i pieczołowicie dbać o to, by żaden kosmyk nie był ułożony przypadkowo. Założyć odpowiednie buty – do tego zadania – zdawałoby się – również nie potrzeba Nobla z chemii. Odpowiedni dobór korków jest dla kopacza futbolówki czymś równie oczywistym, co dla taksówkarza zatankowanie auta, a dla listonosza zabranie torby z kopertami. Logiczne, prawda? A nasi buty mają fajne, kolorowe, tylko co z tego, skoro raz po raz się w nich ślizgają? Ba, oni się walili jak domy w Afganistanie, jeden po drugim.
Taktyka. Milik w parze z Lewandowskim, czyli jeden robi miejsce drugiemu. W końcówce ta współpraca nie wyglądała źle, jednak wcześniej na dobrze znanych nad Wisłą Kijanskasa i Andruskeviciusa – zupełnie nie wystarczała. Brzmi to niewiarygodnie, boli, drażni – ale jest zajebiście prawdziwe. Groteskowość sytuacji najlepiej podkreślił Wilusz – środkowy obrońca wyjątkowo pewny. Pewny tego, że nie powinno go tutaj być, chyba że na trybunach, odzianego w biało-czerwoną koszulkę, z okolicznościową czapeczką oraz flagą na policzku. Przy nim skrzydłowi z Litwy wyglądali niczym rasowi sprinterzy z Jamajki. I nie chodzi o kolor…
Polacy mozolnie i z godną podziwu konsekwencją podawali wzdłuż linii środkowej, może czasami odrobinę za lekko. Raz, dwa, trzy – jak w siatkówce – i zdziwieni, że skoszarowane na własnej połowie litewskie linie pomocy i obrony nie rozeszły się ani trochę. Więc podawali do Rybusa, a ten – hop – w dziwaczny, całkowicie niezrozumiały drybling na dwóch-trzech przeciwników, którzy czytali go za każdym razem. Albo w sumie – po prostu stali, czekając aż sam na nich wpadnie. Wystarczyło, że gracz Tereka raz tylko podniósł głowę, po czym dośrodkował, by Lewandowski mógł zdobyć bramkę…
No nic. Było przykro, momentami wstyd. I coś nam się wydaje, że to uczucie będzie Polakom wiernie towarzyszyło przez całe następne eliminacje.
Fot.FotoPyK