Bardzo niepokojący tekst zamieściła dzisiaj „Rzeczpospolita”. Okazuje się, że Zbigniew Przesmycki ma takie same hobby, jak jego poprzednicy: Eugeniusz Kolator i Tadeusz Diakonowicz. Mianowicie: produkuje stadionowe krzesełka. Dziwne, że akurat szefowie sędziów wchodzą w tak niszową branżę, ale widocznie to jakaś trudna do zdiagnozowania przypadłość. Aż zastanawiamy się: czy da się szefować sędziom i nie produkować krzesełek? Potrafimy wymienić tylko trzy osoby, które produkowały w Polsce krzesełka i tak się dziwnie składa, że wszystkie były w swoim czasie przewodniczącymi kolegium sędziów.
Z tekstu wynika, że w 2012 roku firma Przesmyckiego wygrała przetarg na produkcję krzesełek dla stadionu w Szczecinie. Przesmycki był już wtedy szefem sędziów (aktualizacja – początkowo napisaliśmy, że jeszcze nie był, nasz błąd). Fakt, że stadion w Szczecinie jest miejski, więc to nie klub płacił, niewiele tu zmienia, stanowi tylko lekką okoliczność łagodzącą. Facet miał swój biznes, robił pieniądze w całkowicie legalny sposób, ale zaplątał się w sytuację kiepską z wizerunkowego punktu widzenia. Jeśli mu firma dobrze prosperowała, nie powinien brać roboty w związku. Koniec, kropka.
Problem istnieje i to duży. Niby należałoby sprawdzić wszystkie zamówienia, jakie realizowała firma Przesmyckiego od momentu, gdy pracuje w PZPN, ale pytanie, czy to jeszcze konieczne: czy skoro już mamy jasność, że okrzesełkował obiekt w Szczecinie, to trzeba czegoś więcej? Broń Boże nie zarzucamy mu nieuczciwości, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że szef sędziów nie ma prawa wchodzić w żadne biznesowe relacje z klubami czy innymi podmiotami związanym z rozgrywkami ligowymi. Jeśli sam wymaga od swoich podwładnych bezwzględnego profesjonalizmu i np. nakłada dotkliwe kary za zjedzenie obiadu z działaczami klubu, któremu się sędziowało, to wobec siebie musi być równie stanowczy.
Mamy nadzieję, że Przesmycki w czasie swojej kadencji nie sprzedał ani jednego krzesełka bezpośrednio jakiemukolwiek klubowi piłkarskiemu. Bo jeśli to zrobił – tylko dymisja. Ale w zasadzie już sprawa szczecińska, nawet jeśli płatnikiem było miasto, a nie Pogoń, powinna wystarczyć do wyciągnięcia surowych konsekwencji.
Nie ma znaczenia, czy biznes Przesmyckiego wpływa na jego decyzje jako szefa sędziów. Ufamy, że nie. Jednak szef sędziów musi mieć opinię nie do podważenia. Nikt nie ma prawa nawet pomyśleć: działasz w ten sposób, ponieważ to czy tamto. Albo facet na piłce robi kasę, albo zarządza sędziami. W ten czy inny sposób nie ma prawa dostać złotówki od podmiotu, z którym styka się na co dzień jako szef sędziów. Wyobraźmy sobie, że któryś z arbitrów ma firmę i sprzedaje klubom krzesełka. Byłoby to przyjęte ze zrozumieniem? Nie. A przecież mógłby to być najuczciwszy pod słońcem człowiek.
Sprawa musi zostać wyjaśniona i to szybko. Czyli – powinien szybko ustąpić, bo to jedyny sposób wyjaśnienia sprawy (no, chyba że informacje „Rzeczpospolitej” są nieprawdziwe). Jeśli Przesmycki sprzedawałby krzesełka klubom żużlowym, wyposażał hale sportowe, gdzie gra się w koszykówkę czy siatkówkę – w porządku, życzymy powodzenia, niech się firma rozwija. Ale tutaj nie można mieć litości: niech robi finansową karierę, ale już z daleka od PZPN.