Wielkie podsumowanie transferów, część druga

redakcja

Autor:redakcja

04 kwietnia 2014, 14:48 • 10 min czytania

Reklama
Wielkie podsumowanie transferów, część druga

Wczoraj przeanalizowaliśmy transferowy bilans zysków i strat pierwszej (alfabetycznie) połowy klubów Ekstraklasy. Dziś pora uzupełnić stawkę naszych rezolutnych ligowców. Gdybyśmy mieli wam streścić to, nad czym szeroko rozpisaliśmy się poniżej, byłoby mniej więcej tak: jedni dłubali w nosie, inni nie mieli za co, więc czynili starania, by utrzymać stan posiadania, a pozostali ruszyli w zakupowy szał w outlecie. Po kilka półpraduktów do swoich koszyków wrzucili w Białymstoku i Bielsku-Białej, ale ponad konkurencję wychylił się Widzew فódź. Dobrej roboty gratulujemy Pogoni oraz… – tak, tak – Śląskowi.
PODBESKIDZIE BIELSKO-BIAفA

Reklama

Ich transfery, niestety, to jakiś kiepski żart. Kiepski klub, kiepskie transfery, czyli całkiem prawdopodobnym wariantem jest nie mniej kiepski spadek. W zasadzie nie wiemy nawet, kim potrząsnąć w pierwszej kolejności. Tak, naprawdę czujemy się zagubieni, zresztą podobnie jak autor zimowej polityki transferowej. Najpierw odnotujmy więc, dla porządku, wzmocnienie jesienne, które ze względu na nieznajomość przepisów przy rozwiązywaniu kontraktu poza czasem trwania okienka transferowego, może grać dopiero od rundy rewanżowej. Bo że Iwański się przydał, nikt chyba nie ma żadnych wątpliwości. W zespole, gdzie nawet skrzydłowi robią wyłącznie za przeszkadzaczy, jego podania – jak na przykład to rewelacyjne z Poznania – są jednym z nielicznych godnych odnotowania elementów.

No dobra, tyle że „Pączek” zimowego mercato dotyczy tylko formalnie. A ci, co rzeczywiście dołączyli do Podbeskidzia kilka tygodni temu? Król życia (nie piłki) Blażek, Mravec, który chciał iść choćby i do występującej na trzecim froncie Legionovii (był tam testowany), Lebedyński (skończył się, zanim zaczął na dobre), Nwaogu najlepszy występ pod Klimczokiem zaliczył na prezentacji, udając Janosika, a Stąporski… Ten to dopiero rzadkiej próby leszcz. Nie strzela, nie asystuje, nie pomaga… Ojrzyński – skoro zabrał go ze sobą z Kielc – albo przegrał jakiś zakład, albo nie opuszcza go poczucie humoru. Jest jeszcze możliwość, że wyznaje specyficzną taktykę z otchłani okręgówki: gole przereklamowane, najlepsze są wślizgi.

Więc dlaczego przyznaliśmy im dwóję, jeżeli z taką oceną zdaje się do następnej klasy? Po pierwsze: o angaż w Bielsku piłkarze raczej się nie zabijają. Po drugie: przelicytowali Widzew przy transferze Pietruszki. Były zawodnik Pogoni to jedyny z zimowego zaciągu, o którym można powiedzieć, że czegoś próbuje. Czego? Jeśli sam nie wie, zamyka oczy i ładuje jak z Lechem.

Reklama

POGOŁƒ SZCZECIN

Wdowczyk zasłużył na słowa pochwały. Już druga kolejna seria transferów przebiega następująco: jeden doświadczony piłkarz, lepszy od tych, co są na miejscu (płacą Azoty), plus kilku zdolnych szkrabów. Latem wzięli Robaka, który dziś jest najlepszym strzelcem ligi, wykorzystując niską kwotę odstępnego, jaką ten miał wpisaną w kontrakt z Piastem. I teraz poszli za ciosem, znów dzięki sprzyjającym okolicznościom. Jak bowiem inaczej nazwać fakt, że Lech z dnia na dzień rezygnuje ze swojego kapitana? Oczywiście, Murawski póki co Portowców nie zbawił, być może nigdy nie zbawi, ale poziom w środku pola podniesie przynajmniej trochę, a za jednym zamachem wysyła do pozostałych ligowców czytelny komunikat: halo, Pogoń lubi dobrze zapłacić za duże nazwisko!

Kun, w opinii ludzi mających z nim do czynienia w czasach jego pobytu w Stomilu, co nieco przepompowany przez niecierpliwe i nadaktywne najbliższe otoczenie. Kozłowski Ekstraklasy zaczyna się uczyć, przecież raptem parę miesięcy wcześniej za zdolnego uchodził, ale nie w Szczecinie, a Kruszwicy. Piąty poziom rozgrywkowy – gdyby ktoś bardzo chciał wiedzieć. Mniej zrozumiałe są dla nas natomiast transfery Popary i Małeckiego. To znaczy – nie jesteśmy ich adwersarzami, bez problemów uargumentujemy, czym się kierowano, podsuwając im do podpisu dokumenty. Patryk „będę umierał za Pogoń” to dla Wdowczyka piłkarz-hobby. Są tacy szkoleniowcy, którzy czują potrzebę naprawiania świata, wtedy zaś najlepiej wesprzeć się kimś nieznośnym. Raz się go zbeszta, kiedy indziej przytuli, fortuny nie zarobi, a nuż – odbudowany fizycznie (zrobił się kwadratowy, co?) – nawiąże do formy sprzed lat. Z kolei sprowadzenie Popary widzimy tak: Murawskiego nie było w planach, Rudol jednak raczej pod kątem prawej obrony, dziadki فawa i Rogalski bez żadnej poważnej alternatywy. Z braku laku, byle do lata.

Reklama

Podsumowując, dobrze wykonana praca domowa. Czwórka.

RUCH CHORZÓW

Ł»eby robić bilans zysków i strat, potrzebne są dane. Jako takim wykładnikiem jest odejście Janoszki, który raz na kwartał rozgrywał takie zawody, że wpychał się do jedenastki kolejki, po czym – z premedytacją (bo jak inaczej?) – zamiast niebieskiej koszulki Ruchu, zakładał pelerynę-niewidkę. Tyle że dopóki nie rozsypie się Zieńczuk, jego odejście dla przeciętnego pożeracza rolady śląskiej pozostanie praktycznie niezauważalne. Ot, cały „Ecik junior”.

Reklama

Nie pytajcie nas, kim jest Janik. Kiedyś przemknął nam przed oczami jako zawodnik Młodej Wisły Kraków, lecz cofamy się w tej chwili o jakieś sześć lat, a mowa o chłopaku, co lada moment skończy lat 25. Zresztą pewnie byśmy sobie tego nie przypomnieli, gdyby nie opieszałość PZPN, przez którego skrzydłowy musiał czekać dodatkowy miesiąc, aż zostanie zatwierdzony do gry. To w sumie zabawne: pieniądze wisiała mu Puszcza, więc już wkrótce będzie miał nowego dłużnika. Z Chorzowa. Za jakiś rok, w pocie czoła wypełniając wniosek licencyjny, poproszą go, by – co łaska – złożył autograf pod prośbą o rozłożenie należności na raty. Kolego, uprzedzaliśmy…

Na Cichej od zimy grasuje również „Sasza” Gigołajew. Dotychczas wsławił się jedynie groźnym pseudonimem, ponieważ na boisko nie zdążył zawędrować. Cóż, widocznie ma ważniejsze rzeczy do roboty. Za całokształt minione okienko transferowe oceniamy na jeden z pluem. Wstyd jak stąd do… Białegotoku.

ŚLÄ„SK WROCفAW

Reklama

Czy to kabaret? W pewnym sensie z pewnością tak. Kiedy jesienią odeszli Sobota i piłkarska forma Mili, o wynikach w pojedynkę przesądzał Paixao. Zimą jednak krnąbrny Portugalczyk sprytnie połapał się, co jest grane, w związku z czym już po pierwszej porażce w strefie mieszanej – ku zdziwieniu dziennikarzy – wskoczył w buty dyrektora sportowego. On się wywnętrzał, zżymał na zbyt wąską kadrę i konieczność kilku wzmocnień, a my słuchaliśmy z lekkim rozdwojeniem jaźni. No bo jak to – niby trudno było odmówić mu racji, lecz kontrakt podpisał nie jako działacz roku, a potencjalny król strzelców. Ale mleko się rozlało. Doszło do zmian w strukturach pionu sportowego, by kilka dni później zaprentować wesołą gromadkę nowych piłkarzy. W końcu poleciał również trener, a nowy na dzień dobry wręczył piłkarzowi-orkiestrze kapitańską opaskę. Można powiedzieć: zmieniło się wszystko, tylko same wyniki jakby mniej. Znów wszystko w dupę…

Wreszcie udało się zgłosić Flavio Paixao, po długich negocjacjach ze Ślęzy wyciągnęli Pawła Zielińskiego, starszego brata Piotra z Udinese. Oprócz nich, w pakiecie przyzwoity i przede wszystkim wszechstronny Hateley, a także czołowa postać ligi słowackiej – Pich, niepokorny bramkarz Pawłowski i uzupełnienia składu – Droppa oraz Juanito. OK – mają obecnie swoje pięć minut krytycy tego zaciągu, w głównej mierze dość przypadkowego. Tyle że drugi Paixao, Pich i Hateley będą grać tylko lepiej (umiejętności są, lecz formy brak). Słowa pochwały po tych kilku tygodniach należą się za to Zielińskiemu, chłopakowi – jak się okazało – z bardzo dobrym dośrodkowaniem i co istotne – w biegu.

Czas najwyższy pochylić się nad tymi, których z Wrocławia przegnano. Skrajnie jaskrawy duet Cetnarski – Więzik uzupełnia przeciętny Spahić. Dostrzegacie w bilansie ogólnym zmianę na plus? Solidna czwórka z naszej strony.

WIDZEW فÓDٹ

Reklama

Obity po przedłużonej rundzie jesiennej Widzew, biedny jak mysz kościelna, na własne życzenie został zmuszony do działania po omacku. O ile co pół roku na szeroko pojętym rynku transferowym oni głównie żebrzą, ewentualnie czekają na ochłapy, tym razem porzucili dotychczasową – sprawdzoną, chciałoby się powiedzieć – strategię. Postawili na mieszanki, ale w nietypowych konfiguracjach. Doświadczonych w przegrywaniu wsparli niedoświadczonymi w ógole. Do graczy wypalonych dorzucili takich, którzy nie zdążyli odpalić i już raczej nie odpalą. Między ludzi z życiowym współczynnikiem inteligencji znacznie przewyższającym to piłkarskie,wcisnęli prymitywów z IQ małpy. I co? Na razie zespół się miksuje, jednak więcej niż wiele wskazuje na to, że szykuje się mieszanka wybuchowa, z terminem detonacji już na zapleczu Ekstraklasy.

Odstępujemy od omawiania każdego nowego z osobna, to nie ma sensu. Powiemy tylko tyle: żal nam, tak po ludzku Nowaka i Wolańskiego, którym rzeczywiście bardzo się chce, a że niekoniecznie potrafią podołać oczekiwaniom – inna para kaloszy. Po części winni takiemu stanowi rzeczy są Visnakovs, jesienią wyjątkowo skuteczny, razem z dogrywającym mu (kiedyś) Batroviciem.

Przyznaliśmy jeden i pół, ale tylko dlatego, żeby pozostałym podobnie wyróżnionym po prostu było głupio.

Reklama

WISفA KRAKÓW

Dwa godne odnotowania powroty na łono Ekstraklasy – w wykonaniu Stilicia oraz Dudki., do których doczepiono anonimowego Klaricia. W odwrocie z kolei zwrotny jak Pałac Kultury Chavez – pożegnany bez żalu, tak samo jak Małecki – a także młody Stolarski. W przypadku wiślaków musimy otwarcie przyznać, że ostateczna ocena dorobku zimowej polityki transferowej przyniosła nam sporo trudu. Po pierwsze: trudno chwalić coś, co nie istnieje. Nie wierzymy w żaden plan, jaki wspaniałomyślnie determinowałby kolejne ruchy podejmowane przez pion sportowy.

Dudka? Wrócił, bo poprosił, bo poprosiła klubowa starszyzna, bo po taniości i wszechstronny aż do zarzygania. Wdzięczny zawodnik – przyznacie. Stilić? Po kilku chudszych latach, w poszukiwaniu formy z czasów Lecha, za ukochanym Frankiem Smudą ruszyłby nawet na Madagaskar. Klaricia natomiast przyprowadził menedżer, w sumie nie do końca pojmujemy, w jakim celu. To teraz w drugą stronę. Wypchnięcie Chaveza sprawiło, że Wisła została z Głowackim, chorym Jovanoviciem i kilkoma kandydatami na ligowców, aczkolwiek znacznie zeszła z kosztów generowanych przez wysoki kontrakt Honduranina. Jeżeli ktoś zapyta: „No dobrze, a co ze Stolarskim?”, znów będziemy musieli szeroko rozłożyć ramiona. Jego odejście rozwścieczyło Cupiała, lecz jego pracownicy, „bogatsi” o pół miliona złotych, z radości otwierali szampany. Braku zdolnego (podobno?) 17-latka wiosną Wisła nie odczuje, a pieniążki są. Małecki? Wiadomo.

Reklama

To w końcu jak? Na czwórkę za mało, na pustą trójkę za dużo. Więcej szczęścia niż rozumu.

ZAGŁÄ˜BIE LUBIN

Jeżeli wymieniasz Gliwę na poczciwego między słupkami Chorwata, a zamiast jałowego Jeża zyskujesz stałe fragmenty wykonywane przez sprowadzonego rozgrywającego – jest całkiem nieźle. A na pewno zdecydowanie lepiej niż było. Rodić i Curto parę ładnych punktów już Zagłębiu zapewnili i choć często – zwłaszcza do tego drugiego – mieliśmy pretensje o nierówną formę, to w żaden sposób nie dotyczyły one powrównań z ich poprzednikami. Tak, podsnieśli leżącą na ziemi poprzeczkę i zawiesili ją – na tę chwilę – na wysokości takiej, że wciąż mogą jej nie tylko dotknąć, ale również przeskoczyć. Szybko połapał się Curto, że z Piechem, Abwo czy momentami z Kwiekiem da się wymienić klepkę, a nawet strzelić gola.

Reklama

Bertilssona tak naprawdę jeszcze nie poznaliśmy, poza głupotami, jakie wygadywał w pierwszych rozmowach po tym, jak stało się jasne, że podpisze kontrakt z Lubinem. Widać tylko, że bardziej technik niż lekkoatleta. Dżinić, oprócz ostatniej kolejki, zasłużył przy swoim nazwisku na dyskretny plusik, zaś Janoszce parę zdań poświęciliśmy wcześniej.

Gliwa, Jeż, Rakel – aut. Wzmocnienia niezawstydzające. Bilans na korzyść panów z KGHM, proponujemy trzy i pół.

ZAWISZA BYDGOSZCZ

Reklama

Król letniego okienka transferowego niepostrzeżenie zamienił się w niedźwiedzia. I wcale nie przyczajonego – jak moglibyśmy sądzić jeszcze na początku lutego – a takiego, który zapadł w smaczny zimowy sen. Ł»adnemu z nabytków i temu jednemu obytkowi zresztą też w żaden sposób nie ubliżylibyśmy, gdybyśmy postanowili wyręczyć się Patrykiem Małeckim. A wiecie przecież, o co ten zapytałby w pierwszej kolejności… Markowski? Alvarinho? Kadu? Wojciechowski? No, temu ostatniemu to akurat dałby spokój, myśląc przezornie, że chodzi o Józefa lub Sławomira z Bayernu Monachium. Dobrze, Patryku, dziękujemy ci za pomoc, a teraz wolimy sami posiedzieć w ciszy.

Alvarinho, Kadu. To, że Zawisza bez szczególnych męczarni wskoczył do górnej ósemki, prędzej jest zasługą zmian kadrowych w kółku seniora na jednym z bydgoskich osiedli, anieżeli efektem zimowych wzmocnień. W skrócie: będą grać z najlepszymi mimo transferom, a nie dzięki nim. Logicznie wytłumaczyć możemy – od biedy – co najwyżej Wojciechowskiego, którego popsuły kontuzje. Kiedyś tam pokazał się w Holandii, później błysnął na Białorusi i to by było na tyle. Gdy Tatasiewicz nie mógł skorzystać z Vasconcelosa, a zdrowie dopisywało Masłowskiemu, właśnie jego przesuwali do pierwszej linii. Jak nietrudno się domyślić: nie dlatego, że Wojciechowski jest aż taki dobry.

Dwa, za jednego gola Kadu.

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama