Prawda po latach czy zwyczajna ściema? Erik Hagen na tropie ustawianych meczów

redakcja

Autor:redakcja

04 kwietnia 2014, 11:05 • 8 min czytania

Reklama
Prawda po latach czy zwyczajna ściema? Erik Hagen na tropie ustawianych meczów

Skandal? Na razie to chyba za duże słowo, choć trzeba przyznać, że osadzone na dość solidnym fundamencie. Jak zawsze, gdy o kupowaniu meczów mówią ci, którzy za wynik odpowiadają bezpośrednio. Tak jak Erik Hagen, były obrońca Zenita Sankt Petersburg, który nagle zdecydował się wystąpić przed szereg i zdradzić najgłębiej skrywane tajemnice petersburskiej szatni. Norweg zaczął śpiewać głośno i donośnie, a dźwięki jego melodii powoli docierają coraz dalej. I co ważnie, nie jest jedynym solistą, który podjął próbę sprostania temu niełatwemu utworowi.
Afera z Hagenem w roli głównej rozpoczęła się od wywiadu norweskiego piłkarza dla dziennika „Verdens Gang”. Obrońca nie owija w bawełnę i z dużą lekkością demaskuje kolejne nieczyste zagrywki swojej byłej drużyny. Opowiada o 10 ostatnich meczach ligowych w sezonie 2006/07, w których Zenit miał wyjątkowo z górki i o wcześniejszych rozgrywkach, zdominowanych przez konkluzje ludzi z moskiewskiego CSKA. Największą uwagę przykuwają jednak słowo o wziątkach dla arbitrów gwiżdżących Zenitowi w europejskich pucharach. Jak mówi Hagen, każdy z zawodników w razie zwycięstwa otrzymywał 12 tys. euro premii. Sędziemu trzeba było oddać czwartą część tej sumy. Norweg miał być jedynym, który w szatni podniósł bunt, ale ostatecznie i tak zapłacił.

Reklama

Reakcja rosyjskiego środowiska piłkarskiego była dla Hagena bezwzględna. Piłkarze i działacze, którzy w tamtym okresie mieli związek z petersburskim zespołem, dopuścili się niemalże linczu. Były dyrektor sportowy Zenita, Konstantin Sarsania, który sprowadził Norwega do Rosji, powiedział, że Hagen, choć na boisku był wojownikiem, to w życiu często podejmował niejednoznaczne decyzje i momentami wydawał się dziwny. Co dokładnie to oznacza – nie wiadomo, bo Sarsania tego nie precyzuje. Ale można się domyślić, że raczej nie wystawia Erikowi najlepszej cenzurki.

Podobnie postępują zresztą klubowi koledzy Norwega. Poproszony o komentarz Aleksandr Spiwak mówi krótko – to brednie. W podobnym tonie wypowiada się Aleksandr Gorszkow, który w Zenicie nosił opaskę kapitańską, a teraz zarzuca Hagenowi kłamstwo. – To bardzo nieoczekiwanie oświadczenie, nic podobnego nie miało miejsca. Jego słowa są dla mnie po prostu zadziwiające, nawet nie chce mi się ich komentować. Przypomina mi to trochę sytuację po wygranym meczu Pucharu UEFA z Bayernem, kiedy prasa również pisała, że wynik meczu był znany dużo wcześniej – mówi w rozmowie z agencją ITAR-TASS.

Swoje trzy grosze w rozmowie z portalem championat.com wtrącił również Aleksandr Panow. Dodajmy, że w dość kwiecisty i niekoniecznie przemyślany sposób. – Słowa Hagena nie są prawdziwe. Zapomnieli o człowieku i on postanowił o sobie przypomnieć. Piłkarze nigdy nie składali się na sędziego. Jeśli taka idea się pojawiała, to u działaczy albo u trenera. Piłkarze mają inne zadania – muszą wyjść na boisko i odpracować swoje. Robią to, co się im wskaże. Pieniędzy na arbitrów nikt nigdy nie zbierał. W każdym razie ja swoich nigdy nikomu nie dam. W ogóle nie rozumiem, o czym Hagen mówi. Może on coś niewłaściwie zrozumiał? Może sędzia miał problemy rodzinne i trzeba było mu pomóc? Ale czegoś takiego też nie pamiętam. Przy mnie czegoś takiego na pewno nie było. A jeśli by było, to bym o tym wiedział.

Niestety, Panow w swoich wywodach nie jest do końca konsekwentny. Kilka lat temu na temat ustawiania meczów w Rosji wypowiadał się w zupełnie inny sposób. Z jego relacji wynikało, że od czasu do czasu do takich sytuacji dochodzi, a on sam kilkukrotnie wybierał między hajsem a uczciwością. Sporo miejsca poświęcił również temu, jak trudno jest przegrać mecz tak, by nikt nie domyślił się, że jest ustawiony. Jedynym wspólnym punktem obu wypowiedzi jest ocena działaczy i trenerów, którzy (zwłaszcza ci drudzy) czasem chcieli ugrać coś dla siebie za plecami drużyny. Nie zmienia to jednak faktu, że Panow dopuścił się niemałej hipokryzji, a na aferę z Hagenem rzucił jeszcze większy cień.

Reklama

Co do przekazu, który puszczają w świat Rosjanie, nie można mieć jednak żadnych wątpliwości. Dla nich Hagen to blagier, który próbuje zwrócić na siebie uwagę i przy okazji ugrać coś dla siebie. W całym zamieszaniu jedyną osobą delikatnie biorącą go w obronę zdawał się być były trener Zenita, Vlastimil Petrzela. Rosyjskie media ochoczo publikowały jego wypowiedzi, w których kupowanie meczów przedstawiał jako zjawisko dość powszechne, nie omijające również Petersburga. Tyle, że Petrzela zdążył się już ze wszystkiego wycofać, sugerując sfingowanie wcześniej wspomnianych wypowiedzi.

Z kolei Hagen, sądząc po rozmowie z agencją ITAR-TASS, chyba trochę pogubił się w tańcu. – Nie mówiłem o lidze rosyjskiej, ale o europejskich pucharach. Jeśli chodzi o ligę, to nie mam żadnych podejrzeń. Powtarzam, miałem na myśli tylko europejskie rozgrywki. Nie pamiętam co to był za mecz i w którym roku, ale graliśmy przeciw drużynie portugalskiej i wygraliśmy 2:1 – precyzuje swoje wcześniejsze deklaracje.

O jaki mecz zatem chodzi? Jedyna opcja to spotkanie Zenita z Vitorią Guimaraes rozegrane 20 października 2005 roku. Przez Petersburg do dziś przelewa się anegdota o tym, jak po końcowym gwizdku wściekły Hagen rozwalił drzwi do szatni, po czym zaczął demolować pomieszczenie. Pytany o to Petrzela wymiguje się od konkretnej odpowiedzi. Twierdzi, że nie pamięta. Ale dodaje też, że Norweg zawsze był wybuchowy i często przegrywał z emocjami.

Dziś w pierwszej kolejności nasuwa się na myśl, że Hagen był po prostu zły na siebie i resztę drużyny. Ł»e jego moralny kręgosłup został złamany i zwyczajnie musiał się wyładować. W emitowanym przez rosyjską telewizję programie „12 zawodnik” tłumaczył się jednak trochę inaczej – Byłem bardzo rozczarowany tym, jak graliśmy w drugiej połowie. W pierwszej byliśmy świetni, musieliśmy obowiązkowo wygrać, a w drugiej części meczu zaczęliśmy popełniać głupie błędy. Kiedy zszedłem do szatni i zobaczyłem, że niektórzy są radośni i zadowoleni z wyniku, zwyczajnie pociemniało mi w oczach i zerwało dach. Darłem się na nich, rozwaliłem nogą drzwi. Byłem bardzo nie zadowolony ze stylu w jakim odnieśliśmy zwycięstwo .

Reklama

W tym świetle ważne i interesujące są relacje z kluczowego dla całej sprawy spotkania. A te wydają cię bezwzględne dla sędziowskiej ekipy z dawnej Serbii i Czarnogóry, której przewodził Dejan Delevic. Arbiter podjął w meczu sporo kontrowersyjnych decyzji, na czele z tą o niepodyktowaniu ewidentnego rzutu karnego dla Vitorii. Co więcej, w pierwszej połowie odgwizdał karnego dla Zenita w sytuacji niemal identycznej. Piłkarze Vitorii kilkukrotnie byli też łapanym na bardzo wątpliwym spalonym. Sędziego po spotkaniu mocno skrytykował trener Portugalczyków, Jaime Pacheco, ale, co wydaje się istotne, zaznaczył, że mylił się w obie strony.

Sprawa z Hagenem jest więc mocno skomplikowana i niejednoznaczna. Bez wątpienia jej płomień podsyciły wypowiedzi innego norweskiego piłkarza, który zdecydował się zdemaskować korupcyjne mechanizmy niemal w tym samym momencie. Jorgen Jalland, który w sezonie 2005/06 był zawodnikiem Rubina Kazań również miał sporo do powiedzenia o piłkarskiej korupcji nad Leną. – W rzeczywistości było dużo spotkań, w których grałeś wiedząc, że wszystko jest już ustalone i nie jest istotne, jak się zaprezentujesz. W jednym meczu graliśmy na wyjeździe z wyżej notowanym przeciwnikiem, więc z założenia powinno być ciężko. Zamiast tego nadzwyczaj lekko strzeliliśmy pierwszą bramkę, potem drugą z karnego, a ostatecznie wygraliśmy 5:1. – zwierza się norweskiej prasie.

Jalland rzuca nawet konkretnymi stawkami przyznając, że przyjął kiedyś 4 tys. dolarów od drużyny, której bardzo zależało, by Rubin wygrał konkretne spotkanie. Gdyby znalazł się w podstawowym składzie, otrzymałby 3 tys. więcej. Wspomina też, że jeden z obcokrajowców przed którymś meczem dostał konkretną instrukcję – musisz dwa razy upaść w polu karnym. Zadanie, rzecz jasna, wykonał. Dla zespołu zarobił dwa rzuty karne. Dla siebie całkiem niezłą premię.

Reakcje na wypowiedzi Jallanda były bardzo podobne, jak w przypadku Hagena, ale oskarżenia drugiego z Norwegów nie wywołały aż tak dużego poruszenia. Pewnie dlatego, że za dużo w nich niedomówień, relacji na zasadzie „ktoś, gdzieś, kiedyś, coś”. Hagenowi rosyjskie środowisko odpowiedziało gwałtowną i stosunkowo agresywną kontrą, która jednocześnie daje trochę do myślenia. Już na pierwszy rzut oka byli piłkarze i działacze Zenita postępują zgodnie ze znaną maksymą, według której tłumaczy się tylko winny. Z jednej strony zarzekają się i klną na wszystko, że przekupywanie sędziów, to wyłącznie wymysł chorych umysłów. Z drugiej – potęgują wrażenie, że problem rzeczywiście istnieje, a oni odwracają wzrok jak królowie na banknotach. Oleg Salenko, Paweł Sadyrin, Anatolij Byszowiec, Siergiej Charłamow czy znany z pobytu w Legii Warszawa, Roman Oreszczuk – oni wszyscy mówili w przeszłości o większych lub mniejszych incydentach korupcyjnych ze swoim udziałem. Co ciekawie, dwaj pierwsi mają w piłkarskim CV wpisany Zenit. Charłamow to z kolei wychowanek i legenda kazańskiego Rubina.

Reklama

Co dalej? Na chwilę obecną szefostwo Zenita niewiele robi sobie z oskarżeń Hagena. Murem stoi za nimi rosyjski minister sportu Witalij Mutko, który publicznie mówi coś o fałszywych oskarżeniach i prokuraturze. Jeśli jednak do gry wkroczy UEFA, to sytuacja w mieście Piotra I może nie być za wesoła. Rosyjska federacja już zadeklarowała, że w razie potrzeby będzie się konsultować z centralą. Ale tylko pod warunkiem, że konkretna informacja pojawi się ze strony rosyjskich zawodników, bezpośrednio zamieszanych w sprawę. Póki raczej się na to nie zanosi. Już prędzej ktoś potwierdzi wersję Mikołaja Lewnikowa (przedstawiciel komitetu sędziowskiego), który zasugerował, że wspomniane przez Hagena 3 tys. euro poszły na wspólną balangę, a opowieść o przekupieniu sędziego to wersja dla żon piłkarzy.

KAROL BOCHENEK

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama