Latami jechał w pociągu donikąd. W pociągu II klasy, bez wygód, w ścisku konkurencji i ślamazarnym tempie – z przesiadkami na hiszpańskiej prowincji w Vigo, Albacete, Valladolid i Vallecas. Ponad 5 lat tułaczki gdzieś na zapleczu La Liga, walki o utrzymanie, bez przyszłości i szans na spełnienie marzeń o wielkiej karierze chłopaka z fawel brazylijskiego Lagarto. Dzisiaj 25-letni Diego Costa zadebiutuje w reprezentacji mistrzów świata w meczu z Włochami na Vicente Calderon. Skazany na zapomnienie napastnik w kilkanaście miesięcy został idolem Atletico oraz konkurentem Suareza i Cristiano w walce o tytuł najlepszego snajpera Europy. Diego dostał do rąk przepustkę na wygranie mundialu w ojczyźnie, która postawiła na nim krzyżyk. Dostał hiszpański paszport na lepsze jutro, być może długowieczność.
Costa nie jest pierwszym brazylijskim piłkarzem „z odzysku” w reprezentacji Hiszpanii. Ścieżkę w La Roja przecierali mu: Catanha, Donato i ostatnio Marcos Senna. Pierwszy skończył przygodę na kilku epizodach, drugi trafił do kadry w wieku przedemerytalnym, dopiero trzeci okazał się strzałem w dziesiątkę. Każdy jednak dołożył swoją cegiełkę, każdy wylał litry potu za nowe, czerwone barwy. Każdego cholernie bolał brak kolejnego powołania. Mimo początkowego społecznego „pero” (ale), żadnego z brazylijskich braci nie posądzono o udział w karnawałowym balu przebierańców. Nawet legendy na liście naturalizowanych Hiszpanów – Di Stefano, Puskas czy Kubala – nie opierdzielały się, gdy przychodziło grać na chwałę zastępczej matki-ojczyzny. Costa gwarantuje, że nigdy nie uchyli się przed obowiązkiem. Jest gotowy stawić się na każde wezwanie. Ma w planach zostać mistrzem świata. Na Maracanie. Na oczach jego brazylijskiej rodziny i przyjaciół. I tych wszystkich, którzy uważają, że w rodzinnym Lagarto jest „persona non grata”.

Życie jak w Madrycie. Costa stawia wszystko na czerwone

Zmarły niedawno Luis Aragones – przez wielu nazywany naczelnym hiszpańskim ksenofobem o mocno kolonialnych przekonaniach – stwierdził kiedyś: “Miłość do barw narodowych nie zależy ani od selekcjonera, ani nawet od kraju. To indywidualna sprawa każdego piłkarza. Jak tylko zakłada na siebie koszulkę – klubu bądź reprezentacji – zaczyna czuć przynależność do zespołu, chce oddać za niego wszystko. Nic innego się nie liczy”. Aragones na mundial w Niemczech zabrał Argentyńczyka Mariano Pernię, dwa lata później uczynił z Senny najlepszego defensywnego pomocnika Euro 2008. Czy Diego Costa rozwinie skrzydła przy Del Bosque? Wchodzi do być może najbardziej ukształtowanego reprezentacyjnego ekosystemu na świecie. Kadra Hiszpanii ma swoją tożsamość, logikę i porządek. Do tej pory nikt jej nie zaburzył. Od 6 lat nikt, na największych turniejach, nie odebrał jej pewności siebie. Wygrywała bez Costy, dlaczego nie miałaby tego robić bez niego?

Z każdym golem, kolejną rundą, którą przechodzi Atletico, Diego Costa zdobywa w narodzie kilkaset nowych głosów „za”. Te „przeciw” głośno słychać było zwłaszcza jesienią ubiegłego roku. Zaraz po tym, jak piłkarz odebrał hiszpański paszport. Co weekend z gardeł stadionowych patriotów wydobywała się krótka, aczkolwiek dobitna przyśpiewka: „Costa, cabron, no eres español!” („Costa, sukinsynu, nie jesteś Hiszpanem”). Jedni wytykali, że La Roja nie jest przytułkiem dla bezdomnych, a skoro Scolari publicznie dał Coście „kosza” na grę w brazylijskiej kadrze (skończyło się na dwóch powołaniach w marcu 2013), to Del Bosque również nie powinien go przygarniać. Z daleka śmierdziało – doskonale znanym nad Wisłą – reprezentacyjnym dealem: z Brazylią na mundial nie pojadę, zgłaszam się więc do Hiszpanów. Malkontenci zwracali również uwagę na aspekt konfliktu interesów szatni. Costa, dla którego La Roja była tylko rezerwowym wyborem, miałby przecież odebrać miejsce w drużynie na mundial któremuś z kolesi z kadry: Villi, Torresowi czy Llorente. Nie to jednak rozjuszyło ogólnonarodową debatę w mediach. Sprzeciw wobec powołaniu Costy do reprezentacji argumentowano niekompatybilnym, konfliktowym charakterem napastnika. Rywale z boisk Primera Division, dziś koledzy z kadry, mieli anonimowo wypowiadać się o Coście, jako o ładunku wybuchowym, zdolnym do eksplodowania w najmniej oczekiwanym momencie. Dziennikarze podpierali te teorię statystykami z pierwszy trzech lat gry Diego w Hiszpanii: 6 czerwonych kartek i 32 żółte.
Przed bieżącym sezonem w wywiadzie dla „El Pais” Costa postawił sprawę jasno: “Ł»aden mój rywal nie podszedł do mnie na boisku i nie szepnął do ucha: Diego, kocham cię. Zdarza się, że w jednym meczu obrażają mnie kilkunastoma różnymi wyzwiskami, generalnie dostaje zdrowo po kościach. Raz się kontrolujesz, innym razem puszczają ci nerwy. Wiem, że muszę się poprawić, ale z drugiej strony nigdy nie pozbędę się temperamentu. Obrońcy doskonale go wykorzystują, bo choć ja nigdy ich nie szukam, oni zawsze znajdą mnie pierwsi. Zaczynają brudne gierki, bo wiedzą że Costa nigdy nie mówi pas”.

Diego od najmłodszych lat wyznawał tylko jedną zasadę. Zasadę – przetrwania, czczoną na brazylijskiej ulicy: bądź czujny i nie daj się pobić. Diego nigdy jednak w uniki się nie bawił. Kochał walkę, adrenalinę, uwielbiał zaczepiać, prowokować, potrafił przywalić szybko i mocno. Wszystko jedno czy w przeciwnej drużynie grał sąsiad, starszy brat czy gość wyższy o dwie głowy. To ulica i piaszczyste klepiska faweli wyrobiły mu charakter. Bez dyscypliny i piłkarskiego abecadła w klubowej akademii. Diego w wieku 13 lat pokonywał ponad 1000 kilometrów z Sao Paulo do Paragwaju na „pace” rozklekotanego wozu dostawczego. Tam kupował tanio wszystko, co mógł później sprzedać w jednym z centrów handlowych. Zaczął zarabiać pierwsze pieniądze, całkiem duże sumy jak na nastolatka. Przestał myśleć o wielkiej piłce, o spełnieniu marzenia ojca – zostaniu drugim Jairzinho. Chciał tylko godnie żyć. Opowieść Costy pewnie trafiłaby do kosza zapomnienia, razem z setką tysięcy podobnych anegdot o brazylijskich talentach, śniących o wyrwaniu się z biedy i zapewnieniu godnej emerytury harującym od świtu do nocy rodzicom. Trafiłaby, gdyby 14-letnim Diego nie zainteresowała się agencja menedżerska wielkiego Jorge Mendesa. Transfer do Europy, do portugalskiego Sportingu Braga, zmienił anegdotę w część historii jednego z najbardziej pożądanych napastników na rynku. Kolejne rozdziały dopisało przeznaczenie. Jak choćby latem 2011, kiedy na ostatnim wieczornym treningu przez meczem w rundzie wstępnej Europa League, Diego zerwał więzadło krzyżowe w kolanie. W hotelu czekał na niego Mendes z kontraktem w Fenerbahce… Wyjechałby do Turcji, straciłby możliwość ubiegania się o hiszpańskie obywatelstwo, być może nigdy nie powstałby tu o nim jakikolwiek artykuł…

Osoby, które znają Costę od prywatnej strony twierdzą, że to nieśmiały, cichy chłopak, żeby nie powiedzieć – zamknięty we własnym, skromnym świecie. Nie odpala petard w domu, nie rozbija aut, nie wywołuje seks-skandali, nie odsłania światu koszulki z pytaniem: „Why Always Me?”. Zanim Del Bosque wysłał pierwsze powołanie Coście (w październiku 2013) spotkał się z nim w jednej z madryckich restauracji i powiedział wprost: „Będziesz ważną częścią drużyny. Liczymy na ciebie”. Odpowiedź – patrząc na pewność siebie, z jaką Diego rozbija się na hiszpańskich boiskach – była zaskakująca: „Najważniejsza jest grupa, ona decyduje. Wchodzę w to tylko pod warunkiem, że reszta mnie zaakceptuje”. Reszta, podobnie jak Del Bosque, nie miała wyboru. Costa ma swoje pięć minut, jest „on fire”, jest nie do powalenia, nie do schwytania, jest nie do podrobienia… Ł»aden inny hiszpański napastnik nie kontroluje piłki w biegu tak dobrze jak on, tak jej nie osłania, nie ma takiego wyjścia na wolną pozycję czy zejścia na skrzydło.

Naturszczyk, który uwierzył w credo Helenio Herrery „Querer es poder” (chcieć to móc), jest jak ten uparty himalaista wdrapujący się na Mount Everest. Dzień po dniu, bez Szerpów, bez tlenu. Na sam szczyt. Costa zawsze gra o pełną pulę, wchodzi – jak głosi hasło promocyjne sponsora technicznego reprezentacji Hiszpanii – „All In”. Stawia wszystko na „czerwone”.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii
Twitter: @rafa_lebiedz24