Zagrywka stara jak świat. Nie podyktują ci ewidentnego karnego, mylą się na korzyść rywala – winny zawsze będzie stronniczy sędzia. Kiedy z kolei wygrywasz mecz dzięki błędnej decyzji arbitra, wtedy siedzisz cicho, lub co najwyżej apelujesz o wyrozumiałość dla skomplikowanego zawodu panów z gwizdkiem. Barca i Real każdy przegrany sezon, skrupulatnie podsumowują według „niewydrukowanej” tabeli, przy okazji doszukując się gabinetowych spisków. Reszta, 18-zespołowej stawki od 10 lat bezsilnie macha na wszystko ręką, odwołując niedowiarków do statyk i annałów La Liga. I tak tydzień w tydzień, program w program, wieczorne przekomarzanie się przy barowej ladzie. Arbiter stał się w Hiszpanii „szmatą”, którą wycierają sobie buty i Biedni i Bogaci. Zawód doskonale opłacany, ale całkowicie pozbawiony renomy. I – co najgorsze – z kolejki na kolejki coraz bardziej żałosny.
Ancelotti i Martino po 6 miesiącach pracy w Hiszpanii zgodnie doszli do wniosku, że tutejsi sędziowie poddawani są zbyt dużej presji. Trenerzy Realu i Barcy przekonali się, że każdą, najdrobniejszą pomyłkę na niekorzyść ich drużyn media potrafią rozszarpywać przez kilka dni. Przykład? Pierwszy z brzegu, choćby sprzed tygodnia. Protokół pomeczowy, w którym Ayza Gamez wyjaśniał powody wyrzucenia z boiska Cristiano Ronaldo na San Mames został prześwietlony do tego stopnia, że arbiter musiał się z niego telefonicznie tłumaczyć Komitetowi Rozgrywek LFP. Dwa dni stacja „Cuatro” szukała ujęcia kamery, z którego wynikałoby, że Gamez skłamał twierdząc, że Portugalczyk skierował obelżywy gest w kierunku czwartego sędziego. Śledztwo się powiodło i mimo że Cristiano został zdyskwalifikowany (tu akurat nawalił dział prawny Realu), to arbitra z Walencji na miesiąc zamknięto w… lodówce. „La nevera” – to potoczne określenie, które w Hiszpanii przyjęło się stosować w odniesieniu do sędziów ukaranych czasowym odsunięciem od pracy. Do powszechnego użycia trafiło ono po sukcesie hitu „Wielka Ucieczka”, w którym Steve McQueen po pierwszej próbie zostaje wtrącony do więzienia-lodówki.

Życie jak w Madrycie. Panowie z lodówki

Gamez nie jest jedynym arbitrem, którego spotkało w tym sezonie przymusowe chłodzenie. Od prowadzenia spotkań został odsunięty choćby Muñiz Fernandez. Sędziego, smarującego czuprynę brylantyną w ilościach porównywalnych do Janusza Józefowicza, odstawiono na boczny tor po kontrowersyjnych decyzjach podjętych w meczu Barca-Sevilla i karnym-widmo podyktowanym na Pepe w doliczonym czasie spotkania Eleche-Real. Muñiza rozmrożono po trzech tygodniach. Do prowadzenia dostał bezstresowy prezent: Levante-Espanyol. Co zrobił po prawie miesiącu refleksji i odpoczynku? Podyktował „jedenastkę” za faul pół metra przed linią pola karnego… Nikt tym razem presji na nim nie wywierał, nikt obiektywów aparatów nie wyostrzał. Muñiz, podobnie jak Gamez oraz bracia Jose Antonio i Fernando Teixeira Vitienes (ci od ostatnich meczów ligowych Atletico i Barcy), to kwartet najczęściej wysyłanych do lodówki hiszpańskich sędziów pierwszoligowych. Ł»aden z nich w całej swojej karierze nawet nie otarł się o Trofeum Gurucety (nagroda dla najlepszego sędziego przyznawana przez „Markę”) czy „Silbato de Oro” (Złoty Gwizdek – nagroda wręczana przez stowarzyszenia kibiców I i II ligi). Do lodówki trafiają raz, drugi i trzeci – nie dlatego, że uwielbiają zimne klimaty, ale dlatego, że wciąż popełniają te same, juniorskie błędy. Karny urlop nie jest jednak panaceum na ich bolączki, nie leczy, ba – tylko pogłębia ich recydywę.

Zakładam, że mecze Primera Division oglądacie na bieżąco. Przynajmniej te najciekawsze. Doskonale znana jest więc wam hiszpańska kultura sędziowania: dwucyfrowa liczba żółtych kartek, rzuty karne dyktowane za mocno naciągane faule lub zagrania ręką, wreszcie wykluczenia za przewinienia bardzo często niemające nic wspólnego z brutalną grą. W tych aspektach Hiszpanie od wielu lat biją na głowę Anglików, Włochów czy Niemców. Dziwi bardzo, bo przecież w powszechnej opinii La Liga uchodzi za rozgrywki najbardziej techniczne, a najmniej taktyczno-fizyczne w Europie. Tego jednak zmienić się nie da. Co kraj, to inny styl sędziowania. Problem tkwi znacznie głębiej.

Najprościej byłoby pójść tropem każdego skrzywdzonego piłkarza Valladolid, Osasuny, Malagi, czy innego klubu spoza Wielkiej Dwójki (Atletico zostawmy na razie w spokoju), który wypowiada się akurat na gorąco w mix-zonie po przegranym meczu z Realem lub Barcą. Teoria jest prosta i polega na zarzuceniu sędziom faworyzowania możnych, poprzez strach przed krytyką, medialnym linczem i w ekstremalnych sytuacjach – lodówką. Możni, bronią się twierdząc, że każda wpadka sędziowska jest publicznie rozdmuchiwana. Niektórzy – ci bardziej rezolutni – zwracają uwagę na kwestie czysto piłkarskie gry Realu i Barcy: ogromną liczbę sytuacji podbramkowych, akcji w polu karnym przeciwnika, dośrodkowań, strzałów, zagrań na granicy spalonego, etc. Zgoda, tyle że prawdziwej przyczyny upadku systemu sędziowskiego w Hiszpanii, to nie wyjaśnia. Nikt nie zwraca uwagi, że szefem Komitetu Obsady Sędziowskiej od 20 lat jest ta sama osoba – Victorino Sanchez Arminio. Opinia publiczna dopiero po szkodzie wyżywa się na decyzjach organizmu, który do meczów o podwyższonym poziomie adrenaliny (choćby Barcelona-Sevilla, czy Athletic-Real Madryt) desygnuje sędziów kwalifikujących się do spadku do Segunda Division (Muñiz, Gamez, i tak dalej). Tajemnicą poliszynela jest fakt, że sędziowie w Hiszpanii nie są zawodowcami. I być nimi nie muszą, bo takiego obowiązku – LFP – od nich nie wymaga…

Zamiast ulepszać to, co wadliwe, znacznie łatwiej jest popaść w popularne radykalizmy kolportowane przez kibicowską (tudzież dziennikarską) masę. Z jednej strony hasło „villarato” – termin ukuty przez dyrektora dziennika „AS”, Alfredo Relaño, a pochodzący od nazwiska prezydenta Hiszpańskiej Federacji Piłki Nożnej (RFEF), Angela Marii Villara. Jego główną cechą jest tendencja faworyzująca FC Barcelonę w La Liga i Pucharze Króla a krzywdząca Real Madryt. Z drugiej strony – spiskowa teoria dziejów, według której Real miał w czasie dyktatury Generalismo (F.Franco) z urzędu zdobywać przychylność sędziów i organizatorów rozgrywek.

Klimat wokół środowiska „arbitros” od lat jest stęchły. Sędziów obstrzeliwują – z jednego okopu – wścibskie media piłkarskie, z drugiego – zdruzgotani poziomem jakości kibice. Do tego trzeba dodać jeden kluczowy czynnik – zarobki. W czasie niezagojonego kryzysu finansowego, arbiter pierwszoligowy w Hiszpanii zarabia 3500 euro brutto za mecz (liniowy dostaje 1500). Miesięcznie, na konto 10 najlepszych (międzynarodowych), wpływa dodatkowe 12 tys. euro z tytułu kolektywnych praw wizerunkowo-marketingowych. Rocznie, hiszpański sędzia spokojnie może liczyć na zarobki na poziomie średnich kopaczy z dołu tabeli La Liga. Okrągłe 200 tys. euro. Jeżeli doliczymy do tego spotkania międzynarodowe, suma przekroczy 250 tysięcy. Prawie cztery razy mniej niż premier tego kraju – Mariano Rajoy („marne” 68 tys. euro). Nie ma się więc co dziwić, że w ostatnich 4 latach w Hiszpanii liczba osób z papierami sędziowskimi wzrosła o 35% (tylko w okręgu madryckim jest zarejestrowanych ponad tysiąc arbitrów). Brzmi bardzo klawo: milion złoty za bardzo luksusowe hobby. Hobby, bo na przykład: pan Estrada Fernandez jest zatrudniony w budżetówce, Delgado Ferreiro – robi w biznesie, a Undiano Mallenco (jeden z trzech hiszpańskich sędziów z Elity UEFA, obok Velasco Carballo i Fernandeza Borbalana) pracuje na co dzień jako, uwaga – Wicedyrektor Opieki Społecznej i Sportu w Urzędzie Miejskim w Pampelunie. A jeżeli ci w biznesie nie wyjdzie, to po emeryturze sędziowskiej (45 lat) zawsze możesz udzielać rad młodszym kolegom po fachu w niekończących się i równie dobrze płatnych debatach telewizyjnych.

Jeżeli na linii sędzia-dziennikarz-kibic czuć nieświeżość, to relacja: arbiter-piłkarz śmierdzi zgnilizną. Generalnie jednak trąci logiką błędnego koła… Zawodnicy nie narzekają na zbyt uciążliwy gwizdek arbitrów, ale na to, co ci robią po zakończeniu meczu. A raczej nie robią, bo będąc takimi samymi osobami publicznymi jak piłkarze, sędziowie nie muszą publicznie nadstawiać karku. Dodatkowo, arbitrom w Hiszpanii zarzuca się brak podstawowych zasad obiektywizmu. Zbyt otwarcie okazują swoje klubowe sympatie. Iturralde Gonzalez, arbiter z największym stażem w historii hiszpańskiej Primera Division, przyznał całkiem niedawno, że większość pierwszoligowych sędziów jest „ukrytymi” fanami Realu. On sam, wielokrotnie paradował w „chapeli” i koszulce Athletiku Bilbao. Sędziowie nie pozostają jednak dłużni piłkarzom. Ripostują zawsze tym samym, niezbitym argumentem: „Owszem mylimy się, ale Nas za każdy błąd techniczny media nabijają na pal na głównym placu miejskim, a Was wyrozumiale głaskają za wbicie samobója”. Zarzut o nieudzielanie się w mediach, zbijany jest przez panów z gwizdkiem – teorią o niepodgrzewaniu atmosfery wokół ich weekendowych popisów. Cóż, zagrywka stara jak świat… Bo koniec końców dla kogoś zawsze winny będzie sędzia. Wszystkich do „lodówy” wsadzić się nie da.

A poziom? Jaki kraj, tacy sędziowie, bo jak to podsumował kiedyś komik Jose Luis Collí: „Hiszpania osiągnie szczyt swojej świadomości obywatelskiej, kiedy mecze piłkarskie zaczną się odbywać bez sędziów” .

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii

Twitter: @rafa_lebiedz24