Kilka tygodni temu napisałem dla „Przeglądu Sportowego“ tekst na temat (bez)sensowności organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w Krakowie w 2022 roku. Nasz kraj piękny i bogaty nie wie, co robić z pieniędzmi, więc uznano, że zorganizujemy sobie 14-dniowe zawody w rzucaniu śnieżkami, co będzie nas kosztowało jakieś 10 czy 20 miliardów dolarów. Przepraszam za tak duży rozstrzał, ale niestety nikt nie potrafi dokładnie oszacować wydatków – ani ja, ani nasz rząd, generalnie nikt, bo np. Rosjanom wyszło ponad 50 miliardów dolarów, a zakładali znacząco mniej. W każdym razie: raczej idzie o dziesiątki miliardów „zielonych“, a już na pewno o dziesiątki miliardów złotych. Czytajcie dokładnie: miliardów.
Adam Małysz w telewizji powiedział, że te środki „zapłacą sponsorzy“. Doceniam osiągnięcia sympatycznego wąsacza, ale niestety to chłopek-roztropek, który raczej nie powinien wypowiadać się na temat budżetu państwa. Zjeżdżanie z górki – nawet w połączeniu z późniejszym udanym skokiem – jednak nie daje temu dekarzowi-blacharzowi kompetencji do zabierania głosu na takie tematy, a przynajmniej nie powinien to być głos bardziej znaczący niż wszystkich innych dekarzy-blacharzy.

Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski

Niestety, nie powinna się wypowiadać także posłanka Jagna Marczułajtis, która dzięki swojej znanej twarzy i charakterystycznemu nazwisku dostała się do sejmu (polityczne celebryctwo – plaga XXI wieku). Wprawdzie wąsów nie ma, ale od Małysza niewiele ją różni: też mówi o sponsorach, którzy na pewno nas wspomogą, też do końca nie wie, jaką sumą, ale jest pełna nadziei, że będzie fajnie, przyjadą kibice, ulepimy największego na świecie bałwana i sprzedamy milion oscypków.

Ludzie, którzy całe życie jeździli na nartach, nagle chcą nas wszystkich władować w jakiś koszmarny wydatek. Zewsząd słychać jeden argument: to będzie fantastyczna promocja Polski. Ja tam wcale nie jestem pewien, czy byłaby taka fantastyczna, bo czytam relacje z Soczi o hotelach bez prądu, rozkopanych drogach i brudnej wodzie i nie wydaje mi się, by była to jakaś niesłychana reklama dla tego rosyjskiego miasta. Owszem, igrzyska mogą być promocją, jeśli wszystko zrobi się na piątkę z plusem (w co wątpię), ale i tak pozostaje najważniejsze pytanie: jakim kosztem? Zresztą, zanim przejdziemy do kwestii kosztów, warto jeszcze sprawdzić, co napisał dr hab. Marek Kozak z Uniwersytetu Warszawskiego. W swoim raporcie wyliczył bowiem, że wpływ igrzysk na promocję kraju to bujda na resorach. To znaczy: z tej promocji zupełnie nic pozytywnego nie wynika. Pan Kozak rozbiera na czynniki pierwsze każdy przypadek, tutaj np. krótki cytat na temat igrzysk w 1992 roku w Barcelonie:

Wykorzystanie miejsc noclegowych, wynoszące w 1991 r. 70%, w roku olimpiady spadło do 64%, a w następnych dwóch latach utrzymywało się na poziomie zaledwie 54% (ETOA 2006, s. 11). Co więcej, rozwój turystyki w Barcelonie w latach 1990–1994 był wolniejszy niż średnio w Wenecji, Florencji i Lizbonie, zatem porównywalnych miastach nieorganizujących olimpiady (ryc. 2). Nawet badacze podchodzący optymistycznie do skutków olimpiad wskazują, że z reguły w roku imprezy następuje kilkuprocentowy spadek obłożenia w hotelach (Preuss 2004, s. 10). Zahamowanie przyjazdów po olimpiadzie jest w świetle dostępnych danych zjawiskiem typowym (ETOA 2006, s. 10).

Jeśli wczytać się w zacytowane powyżej opracowanie (CAŁOŚC TUTAJ), okaże się, że wielkie imprezy sportowe oznaczająâ€¦ problemy finansowe i późniejszy spadek turystyki, a nie wzrost. Ot, ciekawostka, którą niestety mało kto w Polsce chce zawracać sobie głowę. A już na pewno nie politycy. Oni powtarzają do znudzenia bajki o tym, jak zalewać nas będą turyści z innych krajów. Jeśli wierzyć politykom, Hiszpanie nie będą wypoczywać na swoich Wyspach Kanaryjskich, nawet nie w okolicach Alicante, lecz dzięki Euro 2012 na wczasy przyjadą do Gdańska. Z pewnościąâ€¦

* * *

Zaraz po tekście do „PS“, wypowiadałem w sondzie dla tej gazety (sorry za pieprzony autoplayer – tak to u nich działa)…

…a ostatnio o zdanie poprosił mnie reporter TVP. Sprawa jest więc jakoś dyskutowana, ale niedostatecznie szeroko. Na stronie onet.pl przeczytałem bardzo interesujący wywiad z Tomaszem Leśniakiem, który jest koordynatorem inicjatywy społecznej „Kraków przeciw igrzyskom“. Wynika z niego, że Kraków nie ma miliona złotych, by wśród mieszkańców przeprowadzić uczciwe referendum – uprzednio informując o kosztach związanych z projektem – za to miał wielokrotnie więcej, by w ogóle o igrzyska się starać. Pan Leśniak mówi: „Informacje o budżecie były po prostu dołączone do danych o przetargu na obsługę procesu aplikacyjnego. To stamtąd dowiedziałem się o kosztach samej aplikacji, które wynoszą 48 mln zł. (…) U nas do 2015 roku władze wydadzą 48 mln zł – niezależnie od tego, czy zostaniemy wybrani na gospodarza igrzysk – ale mieszkańców o zgodę na te wydatki nie zapytał i pytać nie zamierza”.

Pan Leśniak mówi długo i ciekawie (CAŁOŚC TUTAJ), natomiast z jednym się nie zgadzam: referendum nie powinno być przeprowadzone w Małopolsce, tylko w całej Polsce, ponieważ te kilkadziesiąt miliardów złotych – jeśli wierzyć słowom ministra Biernata – miałoby w zdecydowanej większości pójść z kasy państwowej. Mówiąc krótko, tak samo do tego wydarzenia miałby się dorzucić mieszkaniec Grudziądza, jak mieszkaniec Krakowa. I ja uważam, że ludzie z Grudziądza, Czeladzi, Opola, Szczecina, Warszawy, Olsztyna czy Łodzi powinni mieć prawo głosu, czy chcą wydawać pieniądze właśnie na taki cel.

Jeśli cały proces aplikacyjny ma kosztować 48 milionów złotych – a wierzę Leśniakowi, że ma rację – to znaczy, że jest to minimalna suma, jaką zmarnotrawili nasi politycy. Oczywiście, należy jeszcze trochę doliczyć, bo np. pani Marczułajtis aktualnie wizytuje Soczi, gdzie rzekomo sprawdza, jak się organizuje igrzyska. Oczywiście, nie wizytuje ze swoich pieniędzy. Zaokrąglijmy więc minimalne wydatki do 50 baniek, dla wygody. 50 baniek za to, że ktoś wpadł na idiotyczny pomysł igrzysk w Krakowie i okolicach. I teraz należy się modlić, byśmy utopili tylko 50 milionów (ta suma jest już stracona), ponieważ późniejsze straty mogą być nieporównywalnie większe. Pieniądze podatników wypływają na prawo i lewo, a polityczne darmozjady się cieszą i przekonują, że naród tak naprawdę tych igrzysk chce. Na wszelki wypadek, lepiej jednak nie pytać, bo mogłoby się okazać, że ów naród jest głupi i nie docenia organizacyjnego wysiłku włożonego przez władze.

Być może Polską stać na to, by zbudować tor bobslejowy i inne równie „potrzebne” obiekty sportowe i później to wszystko utrzymywać (polecam przyjrzeć się losom zbudowanego nie tak dawno za 100 milionów złotych toru kolarskiego w Pruszkowie). To byłaby fantastyczna wiadomość, chociaż stojąca w sprzeczności z tym, co słyszymy na co dzień. Jeden z czytelników na Twitterze wpadł na dobry pomysł: zamiast igrzysk olimpijskich, zorganizujmy 14-dniowe igrzyska zdrowotne, w trakcie których wydamy te kilkadziesiąt miliardów na leczenie ludzi. Populizm? Dla mnie nie: jedna kasa, z której nie da się czerpać do woli i trzeba selekcjonować wydatki na mniej i bardziej ważne. Jeśli nawet uznamy, że sport w Polsce jest niedofinansowany, to ja zaapeluję, by dofinansować sport powszechny. Na przykład sprawić, by Polacy mogli w świetnym warunkach jeździć na nartach, z góry na dół, po drodze wypijając grzańca. Ośrodki narciarskie, takie zwyczajne, na wzór alpejski, wydają mi się inwestycją znacznie potrzebniejszą niż tor bobslejowy. A i tak wciąż niepotrzebną (tym powinien zająć się kapitał prywatny).

Co jakiś czas pojawia się mądrala, który mówi: to będzie skok cywilizacyjny, poczynimy wielkie inwestycje infrastrukturalne. Podkreślają to nawet politycy: zbudujemy „zakopiankę”, szybką kolej, to, tamto, będzie się żyło lepiej. Pytam się: czy wy, durnie, nie możecie zbudować czegoś dla Polaków, bez organizowania imprezy dla cudzoziemców? Na autostradę do Berlina czekać trzeba było tak długo, aż okazała się niezbędna, by przyjechali nią do nas Niemcy. Dlaczego musieliśmy z przebudową dróg czekać do Euro 2012 i dlaczego teraz inwestycje w Małopolsce miałyby być uzależnione od tego, czy w 2022 roku na dwa tygodnie wpadnie do nas delegacja z Jamajki?! Jeśli coś jest ludziom w Małopolsce potrzebne – np. nowa droga – to waszym zasranym obowiązkiem jest ją zbudować tu i teraz, a nie przy okazji jakiegoś eventu.

Igrzyska w 2022 roku potrzebne są tylko jednej grupie zawodowej w tym kraju: politykom. Powstaną spółki celowe, komisje, nadkomisje, podkomisje, ogłosi się czterysta osiemdziesiąt przetargów, z których trzysta zostanie powtórzonych. Cała ta urzędnicza machina się nasyci, zarobią politycy, ich rodziny, znajomi i rodziny znajomych, podwykonawcy przy okazji zbankrutują, jak to było przy okazji finałów ME, bo kto by się przejmować ludźmi spoza układu. Każda budowana hala będzie miała swojego kierownika, na kontrakcie menedżerskim, wybranego przez ministra sportu, z sowitą nagrodą na koniec. Wybrać będzie trzeba też agencję reklamową do obsługi igrzysk, a tak się składa, że akurat znajomy Mietka ostatnio agencję założył. Ktoś to będzie musiał wszystko ochronić, a Piotrek – kiedyś w WSI – akurat ma firmę ochroniarską. Bingo!

Dla polityków to wspaniały kąsek: dodatkowe kilkadziesiąt miliardów złotych do rozdysponowania, aż chciałoby się łapska położyć na tej kasie już teraz, a trzeba jeszcze się uzbroić w cierpliwość. Kasa pójdzie też na promocję, do zaprzyjaźnionych mediów, pójdzie na liczne wycieczki, bo przecież należy sprawdzić, jak z igrzyskami poradzi sobie w 2018 roku Korea Południowa. Hulaj dusza, piekła nie ma. A jeszcze można mordy ogrzać przed kamerami, połasić się do co głupszych wyborców. Pomachać do nich z ekranu: halo, myśmy to zrobili, to dzięki nam! Łezkę uronić, gdy Polak medal zdobędzie, wręczyć mu kwiaty, zaprosić do pałacu. Ileż to wywiadów do udzielenia, ileż skradzionego czasu antentowego…

A wszystko z naszych pieniędzy. Barcelona, Monachium i Sztokholm wycofały się z wyścigu o igrzyska w 2022 roku, za to my – do spóki między innymi z Ukrainą i Kazachstanem – ciągle walczymy. Najważniejsze by nie wtrącali się zwykli ludzie, by nie pytać ich o zdanie, nie zlecać żadnych sondaży, ponieważ rolą obywateli jest odprowadzić podatek, którym politycy odpowiednio się zajmą. Jak pisał kiedyś Adam Halber (związany z SLD): „Chwała nam i naszym kolegom! Chujom precz!”.