To będzie opowieść z cyklu tych na pozór niedorzecznych. Bo jak inaczej nazwać historię, w której złodziej współdecyduje o być albo nie być kogoś doszczętnie już ograbionego? Ograbionego z pieniędzy, piłkarzy, sensownych działaczy, nowego stadionu, kogoś pozbawionego marzeń o jakimkolwiek sukcesie. Bankia, najbardziej skompromitowany bank w Hiszpanii, instytucja, która przez lata wciskała uprzywilejowane akcje półanalfabetom i chorym na alzheimera, do końca stycznia miała zadecydować o przyszłości klubu z 95-letnim bagażem pięknych wspomnień. Jedna z najlepszych drużyn świata z przełomu XX i XXI wieku oddycha dziś przy pomocy maski tlenowej. Otrząśnie się, czy dalej będzie się dusić?
Wkrótce minie 5 lat, od kiedy na betonowej skorupie nie pojawił się żaden robotnik. Nie drgnął dźwig, taczka z cementem nie ruszyła się o milimetr. Nuevo Mestalla – zamiast najnowocześniejszego stadionu w Hiszpanii, stał się naocznym i namacalnym dowodem hiszpańskiej rozpusty, przejedzenia i przecenienia możliwości. Jeszcze jedna bańka (Bankia…) mydlana, która pękła razem z miliardami euro przebitymi przez niewydajny biznes budowlany i przeszacowany rynek nieruchomości. 75-tysięczny sen kibiców Valencii, na który zaciągnięto 243 miliony euro pożyczki, a na którym miał zostać rozegrany finał Ligi Mistrzów 2011, jest dziś duchem z powyginanymi prętami. Straszy jednakowo przechodniów i właścicieli pustych okolicznych barów, jak i szefów zadłużonego po uszy klubu. Do zakończenia budowy (z mocnym ograniczeniem pojemności) brakuje w kasie 150 milionów euro. Niestety od 10 lat w Valencii brakuje wszystkiego. Nie tylko milionów.

Życie jak w Madrycie. Vielka Valencia

W 2004 roku „Los Ches” zdobyli dublet pod wodzą Rafy Beniteza – wygrali La Ligę i Puchar UEFA. To było apogeum drużyny, która kilka lat wcześniej zagrała w dwóch finałach Ligi Mistrzów z rzędu. Sportowo osiągnięto szczyt, do akcji wkroczyli więc panowie z gabinetów. A właściwie jeden – Juan Soler, prezes który pomylił futbolowy biznes z klockami Lego, przy okazji dołączając do długiej listy hiszpańskich bonzo (Jesus Gil, Ruiz de Lopera, Sanz, etc.). W Valencii zaczęto drogo kupować, a jeszcze więcej wydawać na pensje dla piłkarzy: 2004 – Stefano Fiore (17 milionów euro), 2006 – Joaquin (25), 2007 – Manuel Fernandes (18) i Nikola Ł»igić (14). Efekt? Dwa trofea – Puchar Króla i Superpuchar Hiszpanii w 2008 r. – jedyne zdobyte w ostatnich 9 latach. Nie tyle jednak transferowe ślepaki (bilansowane strzałami stulecia jak David Villa czy wyławianiem mega talentów – Silva, Mata), co zbójecki biznes plan Solera doprowadził Valencię do katastrofy.

Przedsiębiorca i deweloper, lider budowlanki mieszkaniowej w regionie, wreszcie figurant w ponad 30 różnych spółkach wymyślił plan doskonały – uruchomienie dodatkowego źródła wpływów do budżetu poprzez budowę stadionu. Fundusze na jego realizację Soler miał pozyskać ze sprzedaży ziemi pod starym, wciąż użytkowanym obiektem. Dzięki kontaktom z lokalnymi politykami udało mu się przekwalifikować działki pod Mestallą i jednocześnie oszacować, że z budowy apartamentowców na 700 mieszkań do klubowej kasy trafi aż 400 milionów euro. Nie mógł się mylić, przecież w całej Europie panował boom. Zysk z inwestycji był tak pewny, że prezydent Valencii bez mrugnięcia okiem zadłużył klub w Bancaja (po fuzji z innymi kasami oszczędnościowymi dzisiejsza Bankia) na rzecz projektu Nuevo Mestalla. To mniej więcej tak, jakbyście zaciągnęli kredyt na budowę nowego, jednorodzinnego domku na przedmieściach, nie mając jeszcze kupca na swoją kawalerkę w centrum miasta… W 2007 roku w ruch poszły betoniarki. Projekt na bogato – z pojemnością dwukrotnie przekraczającą średnią liczbę sprzedawanych karnetów na sezon. Dwanaście miesięcy później Hiszpanię ogarnął kryzys. Ani nie sprzedano metra kwadratowego pod starym stadionem, ani nie położono równiutkiej murawy na nowym obiekcie. A w kasie oczywiście dudniące echo pustej studni. Kronika zapowiedzianej śmierci – jakby to opisał G.G. Marquez.

Publika z Mestalli zawsze była przesadnie wybredna. Tłuste lata za Cupera i Beniteza tylko ją jeszcze bardziej rozpieściły. Kibic, z najedzonym sukcesami brzuchem, zaczął domagać się stylu i rozmachu z półki Barcy i Realu. A kiedy tego nie dostawał, to wstawał i wymachiwał białymi chustami (programami meczowymi). Kolejne „pañolady” zmieniły Mestallę w lożę szyderców, najbardziej krytyczny plac w Hiszpanii. Takie podejście nie zmieniło się, kiedy klub ogarnął finansowy paraliż, kiedy jedynym wyjściem na „czerwone numerki” była masowa wyprzedaż najcenniejszych aktywów (Silvy, Maty, Villi, Alby czy ostatnio Soldado). Kibic Valencii z jednej strony po cichu aprobował politykę oszczędnościową nowego prezydenta (Manuela Llorente), chwaląc się dookoła, że w klubie wreszcie ktoś zaczął gasić światło na korytarzu. Z drugiej – czuł niedostatek, tudzież rozczarowanie, kiedy Unai Emery w trzech sezonach z rzędu zajmował z drużyną „tylko” trzecie miejsce, tuż za plecami Barcy i Realu. Ł»ale wylewano na kolejnych nieudolnych trenerów i leniwych piłkarzy – ludzi bardzo często z przypadku, niepasujących do koncepcji, ale ponad wszystko – tanich. Valencia z trzeciego miejsca w rankingu najpopularniejszych klubów w Hiszpanii, spadła na piąte. Ludzie wolą dziś kibicować Atletico i Athletic Bilbao.

Tożsamość Valencii zaczęła się powoli zacierać. Na boisku i w biurach prezesów. Tylko w ostatnich dwóch latach drużynę prowadziło aż 4 różnych trenerów – dłużej niż pół roku nie przetrwali/wytrzymali: Pellegrino, Valverde, a ostatnio Djukić. Każdy wchodził do szatni z nową miotłą, każdy kończył sprzątanie na przedpokoju. Brud szybko wracał na swoje miejsce. Valencia niczym Atletico Madryt sprzed 2010 roku, każdego lata zaczyna sezon w roli jednego z faworytów do pierwszej czwórki. W grudniu te plany z reguły ulegają drastycznej korekcie. Praca w klubie grzeszy spokojem, stabilnością, klarownym podziałem ról. Nie może być inaczej, kiedy na górze panuje jeszcze większe zamieszanie niż na dole. W 2009 roku klub, w obliczu rosnącego długu i regularnie odkładanych terminów spłaty kredytu zaciągniętego na budowę stadionu, trafił w ręce – wspartej, a jakżeby inaczej pożyczką z Bankii – Fundacji VFC (wykupiła pakiet większościowy – 72% akcji). Udało się dokapitalizować spółkę i zacisnąć pas na ostatnią dziurkę. Dług Valencii spiłowano z 524 milionów euro do 354. Projekt sportowy poświęcono kosztem reanimacji tego finansowego. W dodatku na horyzoncie pojawiła się iskierka nadziei – zagraniczny inwestor. Problem tkwi w tym, że Fundacja VFC nie wybierze go sama. Decyzję będzie musiała skonsultować z wierzycielem, a przy okazji największym wrogiem i prześladowcą klubu – Bankią. Częściowe ubezwłasnowolnienie – oto, na co zasłużyła Valencia po dekadzie chorych rządów. Zielony bankomat zamiast nietoperza w herbie klubu…

Jeszcze do późnych godzin poniedziałkowych Bankia w pojedynkę miała zadecydować o przyszłości Valencii. W środę zwycięzcą przetargu miał zostać ogłoszony TPG (Texas Pacific Group) Capital. Amerykański fundusz inwestycyjny z majątkiem na poziomie 40 miliardów euro i Fernando Magnetem (byłym dyrektorem działu kredytów w Bankii) w zarządzie, nawet nie przedstawił projektu nowej Valencii. Nie musiał tego robić. Amerykanie zdali się na sumienność, uczciwość (sic!) i zdrowy rozsądek banku (patrz lojalność), w którego hiszpański rząd wpompował (via Bruksela) 22 miliardy euro, po to żeby utrzymać go przy życiu.

Ostatecznie, termin składania ofert przedłużono do 24 lutego, a werdykt ogłosi Fundacja VFC. Amerykanie ponownie staną do walki.

Tymczasem klub, na czele z prezydentem Amadeo Salvo, wypowiedział Bankii wojnę. Miesiąc temu Salvo oficjalnie opowiedział się za kandydaturą singapurskiego miliardera – Petera Lima (ten od nieudanych podchodów pod zakupy: Atletico, Liverpoolu i Middlesbrough). 60-letni biznesmen wylądował dwa razy prywatnym Jetem w Walencji, obiecał, że spłaci długi klubu i Fundacji wobec Bankii (w sumie 306 milionów) oraz dokończy Nuevo Mestalla i kupi w styczniu napastnika za 50 milionów. Wystarczająco dużo słodkości, żeby omamić działaczy dogorywającego klubu oraz autora tego tekstu. Koniec końców Lim zgłosił swoją ofertę na kartce papieru. Ofertę odręcznie pisaną, bez jakichkolwiek zabezpieczeń finansowych…

Lim, to kolejna osoba na długiej liście tych, którzy zakpili sobie z nadziei kibiców Valencii. Oni mają już dosyć wodzenia za nos, pustych obietnic działaczy, którzy wychodzą z ich klubu, jak z pokoju hotelowego – zostawiając po sobie smród, bałagan i… pilota bez baterii. Oby nowy właściciel zakończył okres grabieży Valencii i przywrócił 6-krotnemu mistrzowi Hiszpanii należne mu miejsce w szyku. Oby ta historia znowu nie okazała się histerią.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii

Twitter: @rafa_lebiedz24