Strata punktów GKS-u Katowice, strata punktów GKS-u Bełchatów i zbicie pierwszych pięciu zespołów na odległości trzech „oczek” – to z pewnością najważniejsze i najbardziej znaczące wydarzenia minionej kolejki pierwszej ligi. Tyle że… nikogo to właściwie nie interesuje. Na tapecie po sobotnich i niedzielnych meczach jest tylko jedna sytuacja, jeden strzał, bez większej wartości dla układu tabeli, dobijający gwoździa w meczu Olimpii z Arką, ale jednocześnie na tyle uroczy, że kompletnie wykluczył jakiekolwiek dyskusje na temat inny, niż owe trafienie.
Michał Rzuchowski, umorusany w błocie, zmęczony i zrezygnowany, prawdopodobnie wybrał pierdolnięcie z całej siły, bo na nic innego nie miał pomysłu. Może wziął pod uwagę dmuchający wiatr, może nawet zauważył Fabiniaka oddalonego od linii bramkowej, ale nie uwierzymy, że w piątej minucie spotkania zdecydowałby się na to samo. Wtedy pewnie by kombinował, przekładał, podciągał, rozgrywał. Tu jednak nie było już energii na rozmyślanie i planowanie. Czysta siła. Łupnięcie z kategorii stadiony świata, takie, które wychodzi raz, na całe życie.
Gol Rzuchowskiego niezwykle efektownie podkreślił dwa duże wydarzenia – czwartą porażkę z rzędu Olimpii Grudziądz oraz czwarte zwycięstwo z rzędu Arki Gdynia. Obie ekipy wyglądają jak członkowie jakiegoś reality show o „nieoczekiwanej zamianie miejsc”, gdynianie doskakują do lidera na odległość dwóch „oczek”, tymczasem do niedawna depcząca po piętach faworytom Olimpia ma już tylko pięć punktów przewagi nad strefą spadkową. Czy było to widać na murawie w Grudziądzu?
Wyłączając na moment nieskoordynowane wygibasy Szromnika – tak. To Arka atakowała, Arka próbowała, Arce zależało na trzech punktach. Jasne, były momenty, gdy to Olimpia częściej znajdowała się przy piłce, zresztą Grudziądz też miał swoje okazje, ale nikt chyba nie zaprzeczy, że zwycięstwo 3:1 to sprawiedliwy wynik. W Arce wreszcie kapela zaczyna koordynować swoje melodie. Aleksander gra na tę samą nutę co Marcus O Wielu Nazwiskach Da Silva Vinicius, coraz lepiej rozumieją się skrzydła, a i w środku Gdynia ma paru solidnych, pierwszoligowych grajków. Czy to wystarczy na gonitwę z GKS-ami?
Jeśli mielibyśmy sugerować się wyłącznie bieżącą kolejką – tak. Katowice nie zagrały może tragicznie, ale pokazały się w niedzielę dokładnie tak, jak wszyscy faworyci z ubiegłych lat, którym nie udało się ostatecznie awansować do Ekstraklasy. Wystarczy organizacja, solidność, brak błędów i walka w ekipie rywali, by ekipa ze ścisłego ligowego topu zupełnie się pogubiła. Tyszanie grali w dziesięciu, stwarzali sobie sytuację niemal wyłącznie po kontratakach, ale odrobili stratę gola, potem dobijając jeszcze dwa razy zdezorientowanych Gieksiarzy. Z jednej strony faworytem meczu w Jaworznie byli goście, z drugiej – kolejne zwycięstwo GKS-u Tychy pokazuje ogrom pracy, jaki wykonał z tymi facetami trener Ł»urek. Przed kolejką śmialiśmy się, że to coś jak „Bitwa o dom”, albo inny podobny program – która metamorfoza była skuteczniejsza i efektowniejsza, ta Gieksy dokonana za sprawą Moskala, czy ta GKS-u Tychy, której przewodził Ł»urek?
Teraz już wiemy, że to „Tyscy” lepiej odrobili swoją pracę domową, co dla Gieksiarzy oznacza pożegnanie się ze strefą premiowaną awansem. Tam bowiem wskoczył Górnik Łęczna, a następne w kolejce są wspomniana Arka oraz Wisła Płock – obie ekipy nadgoniły bowiem duet Bełchatów-Katowice na odległość jednego wygranego meczu.
W pozostałych spotkaniach warto wyróżnić czerwoną kartkę świeżo upieczonego kadrowicza, Rafała Leszczyńskiego oraz powstrzymanie rozpędzonej Miedzi, którą 4:2 pokonał nieobliczalny Stomil Olsztyn. Aha, ROW Rybnik zaliczył jedenasty remis w szesnastym meczu, ma najmniej zwycięstw i – razem z duetem z miejsc pierwszego i drugiego – najmniej porażek. Efektowne pożegnanie Ryszarda Wieczorka, który właśnie pakuje się do Zabrza.
Fot. FotoPyk