Bez Guardioli, bez Mourinho i bez palca Mou w oku Tito. Bez gry w kotka i myszkę, bez taniej retoryki podczas konferencji prasowych. Bez medialnych podchodów. Teoretycznie bez mdlejącego posiadania piłki Barcy i gry z kontrataku Realu, teoretycznie bez obiektywów wymierzonych wyłącznie w Ronaldo i Messiego. Pierwsze w tym sezonie El Clasico nie będzie przypominało tego z ostatnich pięciu lat, nawet pora – późno popołudniowej siesty – zupełnie Hiszpanom nie leży. Brak ognia na ławkach trenerskich obu klubów, oznacza brak pozaboiskowych fajerwerków. Tym razem liczy się tylko piłka panowie. Futbol, señores…
Zawsze cholernie trudno było przejść obojętnie obok tego meczu. Mnie przychodziło to wyjątkowo ciężko, wychowując się w jednym z domu z „cule”. Wiszący na ścianie – niczym ikona w prawosławnym kościele – plakat Stoiczkowa z „Piłki Nożnej”, w szufladach pochowane szaliki, breloczki i inne katalońskie gadżety. Z czasem na półce pojawiła się opasła biblia Jimmyego Burnsa, a w kącie replika skórzanej „gały” z FCBotiga. Visca i visca, w kółko ta visca. Dzieciak nie miał pojęcia o Hiszpanii, utrzymując jedyny kontakt z tym krajem via pomarańcze z Walencji, ale dumnie wznosił okrzyki w języku katalońskim. Początki były romantyczne, ale przyjemność trwała mniej więcej tyle, co pierwszy seks. Wtedy – z polskiej perspektywy lat 90. – przygotowania do Barca-Real trwały długi tydzień, a kończyły się kilkunastosekundowym sprawdzeniem wyniku na 238 stronie Telegazety TVP. Choć mi zawsze było bliżej do piłki pisanej przez włoskie „c”, to pchany siłą braterskiej woli, zacząłem chłonąć historie Barcy i Realu. Najcenniejszym źródłem anegdot były oczywiście te pochodzące z Gran Derbi. Kopalnia z przynajmniej kilkoma okazałymi diamentami.

Życie jak w Madrycie: Moje Nieklasyczne El Clasico

Pamiętam Romario wkręcającego w ziemię Rafaela Alkortę na swój autorski zwód „cola de vaca” (krowi ogon), przypominam sobie Raula uciszającego Camp Nou palcem przyłożonym do ust. Wspominam urywki telewizyjne z krwawiącym Roberto Carlosem, w głowę którego trafił zapalniczką fan Barcy. Przed oczami mam Pepe Reinę, wpadającego w trybuny Bernabeu i „pieszczotę”, która go za to spotkała od kibica Realu. Nigdy nie zapomnę zapalniczek, owoców, plastikowych butelek (no i tego podpieczonego świńskiego łba) lecących w kierunku „judasza” Luisa Figo. Zdjęcia „cules”, stojących w kilometrowych kolejkach do klubowego butiku w celu odklejenia (gratis) literek: F-I-G-O ze swoich koszulek Barcy, również nie zapomnę. Brałem udział, oczywiście na odległość, w zbiorowym standing ovation, jakie zgotowało Ronaldinho Bernabeu w 2005 roku. „Pasillo” (przed upokarzającym 1:4), jakim powitali Xavi, Henry, Messi i spółka mistrza z Madrytu trzy lata później, także nie przeoczyłem.

Najnowszą historię El Clasico: „manitę” Barcy na powitanie Mou, wąsatego pana z tunelu ochrzczonego „The Observer”, mityczne „por qué” Portugalczyka i „el puto amo” Guardioli, sędziowskie dramaty i inne tanie teatry, harce Pepe, cieszynki po decydujących gola Ronaldo, popisy Messiego – to wszystko jest bardzo świeże, to doskonale pamiętają nawet dzieci.

Ja nie pamiętam, ale czytałem o Hugo Sanchezie, poprawiającym sobie genitalia w spodenkach na oczach katalońskiej publiki po meczu o Superpuchar Hiszpanii, i o Hristo Stoiczkowie, który w tym samym spotkaniu nadepnął na stopę sędziego Urizara Azpitarte. Czytałem jak prezydent Realu, Lorenzo Sanz wysyłał do więzienia swojego vis-a-vis z Barcelony – Jose Luisa Nuñeza. Znam z YouTube moment, w którym 98-tysięczna wówczas publika Bernabeu oddaje hołd Maradonie. Gdzieś wyczytałem, że jedynym piłkarzem w 111-letniej historii Realu, któremu zgotowano owację na Camp Nou podczas El Clasico był w 1980 r. Anglik… Laurie Cunningham.

Grzebiąc w archiwach sieci odnalazłem kilka bardzo smacznych kąsków. Jak choćby ten z 1970 roku. W rewanżowym meczu ¼ finału Copa del Generalismo (odpowiedniku dzisiejszego Pucharu Króla) sędzia Emilio Guruceta odgwizdał rzut karny dla Realu, mimo iż zawodnik gości Velazquez, został sfaulowany przez Rife dobre pół metra przed linią pola karnego. Arbitra momentalnie otoczyli wściekli piłkarze Barcy, z trybun Camp Nou zaczęły fruwać poduszki z siedzeń, po chwili rozjuszeni katalońscy kibice nie wytrzymali i wtargnęli na murawę boiska. Obyło się bez ofiar. Ledwie dwa lata wcześniej podobne obrazki miały miejsce w Madrycie. Po przegranym z Barcą Pucharze Generała Franco, fani Realu urządzili z Bernabeu istną irlandzką mordownię. Na boisko spadł deszcz szklanych butelek. Od tamtej pory na stadionach w całej Hiszpanii zakazano sprzedaży napojów w szkle.

El Clasico to jednak nie tylko chamskie gesty i zagrywki, to przede wszystkim przełomowe zwycięstwa. Jak choćby dwumecz z sezonu 1960-61, kiedy Barcy udało się zatrzymać marsz Realu po szósty z rzędu Puchar Europy, eliminując Los Blancos w 1/8 finału. Albo rekordowa wygrana Realu (11:1) w pucharowym Klasyku z 1943 roku, po której Juan Antonio Samaranch pisał na łamach „La Prensa”: „(…) Barcelona nie zagrała ani dobrze, ani źle. Nie istniała. Nie pokazała się przez cały wieczór – to chyba najlepsze, co mogło się wydarzyć w tych okolicznościach. Oni mają finał. A my, równie dobrze mogliśmy stracić zamiast 11 nawet 50 goli (…)”. Po tym delikatnym dziennikarskim „hejcie” Samaranchowi odebrano legitymację dziennikarską. Z korzyścią dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.

Zaraz pewnie krzykniecie znudzeni, machając jednocześnie ręką: „Eee, my to wszystko znamy, o tym wszystkim już napisano, setki razy opowiedziano”. Zgadza się, najważniejszy ligowy mecz na świecie (przynajmniej od dwóch dekad) nie ma dla zwykłego kibica nowych tajemnic do odkrycia. Dlatego właśnie opisuję Moje i tylko Moje El Clasico. Czerpię wiedzę z subiektywnych doświadczeń, z historii, które najbardziej zapadły mi w pamięci. Mojej tajemnicy jeszcze nie znacie…

Któż mógłby przewidzieć, że po dzieciństwie i młodości spędzonych w niebiesko-bordowych oparach, na stare lata wyląduję w madryckim kotle z Chamartin? 900 metrów od Bernabeu. Nigdy też nie wyobrażałem sobie, że w mojej hiszpańskiej rodzinie znajdą się korzenie sięgające pierwszego składu Realu Madryt. Felix Perez Marcos, bo o nim mowa, kuzyn dziadka mojej obecnej partnerki, w latach 1921-1928 był podstawowym pomocnikiem Los Blancos (zdjęcie wyjściowej jedenastki Realu z Felixem na czele z jednego z meczów na nieistniejącym już Estadio de Chamartin przechowuję, jako wyjątkowo cenną pamiątkę). W ciągu dwóch ostatnich lat od przeprowadzki do Madrytu, byłem świadkiem dziesięciu El Clasico – naocznym dwukrotnie. Dopiero wtedy, po raz pierwszy, poczułem ten wyjątkowy, elektryczny klimat. Widziałem blondwłosą turystką ubraną w koszulkę Barcy, która nieopatrznie zasiadła pośród kibiców Realu. Biernie patrzyłem, jak najpierw wylano na nią wiadro słownych pomyj (z akcentem położonym na biedną matkę), by po chwili oblać ją litrami lokalnego browaru Mahou i wreszcie dokończyć dzieła obślinionymi skorupkami po pestkach. Dziewczynę po 10 minutach wyprowadzono ze stadionu. Taki to był czas. Czas wojny, wypowiedzianej poniekąd przez Mou, a podniecany nieukrywaną nienawiścią madryckich fanów Realu, do coraz bardziej radykalnej Katalonii i Katalończyków.

W tych dwóch ostatnich latach (a domyślam się, że i trzech wcześniejszych również) dało się wyczuć wśród „madridistas” złość, niezgodę, na pewno jakąś zazdrość (bardziej sukcesów niż stylu). W Madrycie nikt do hegemonii Barcy przyzwyczaić się nie mógł i przyzwyczaić się nie może. To Real zawsze patrzył na Katalończyków z góry, to w jego gablotach tłoczyły się najcenniejsze klubowe trofea. To na piłkarzy i działaczy Barcy zwykło się w Madrycie wołać „llorones” (płaczki), wiecznie poszkodowanych nieobiektywnym sędziowaniem, zwykle załamujących się w kryzysowych sytuacjach. Zresztą wystarczy wsłuchać się w słowa Gerarda Pique z zeszłego tygodnia: „Barcelona zawsze była za plecami Realu, mimo iż w ostatnich latach staramy się odwrócić tę tendencję. Ł»eby była jasność – mówimy o klubie, który zaczął dominować w futbolu już 90 lat temu, klubie który ma dziewięć Pucharów Europy, dużo więcej niż my mistrzostw kraju…”.

Znam wiele osób, które otwarcie twierdzą, że do 1990 r., to derby z Atletico było najważniejszym meczem sezonu. Do tego roku Los Rojiblancos mieli na swoim koncie 8 mistrzowskich tytułów, Barca o dwa więcej (plus całą masę Pucharów Króla i niewiele znaczącą kolekcję Pucharów Zdobywców…Pucharu). Są tacy, którzy uważają, że w niektórych momentach wyboistej historii hiszpańskiej piłki oba kluby znajdywały wspólny język (i często interes). Lista 32 piłkarzy, którzy grali zarówno w Barcy, jak i Realu mówi sama za siebie: Schuster, Luis Enrique, Prosinecki, Michael Laudrup, Hagi, Alfonso Perez, Figo, Ronaldo, Etoo, Saviola. Gdyby Barca nie odpuściła w 1953 r., do tych wielkich piłkarzy dołączyłby być może największy – Alfredo Di Stefano. Real podwędził wprawdzie w ostatniej chwili Argentyńczyka Katalończykom, ale to ci drudzy zrezygnowali z zaproponowanego przez FIFA rozwiązania korzystania z piłkarza co dwa sezony przez każdy z klubow. Paradoksalnie, 60 lat po tej pierwszej wielkiej transferowej „kradzieży”, Barcelona zemściła się na Realu, sprzątając im sprzed nosa Neymara.

W sobotę przeżyję moje pierwsze El Clasico po erze Mou. Będzie nieklasycznie, inaczej, jakoś dziwnie, z nowymi twarzami. Sponiewierany brakiem treningów obolały Bale kontra podobno sponiewierany przez rywali Neymar. Pistacjowe polo „Taty” Martino przeciwko pomnikowej minie Ancelottiego. Carvajal lepszy od Arbeloi, Morata od Benzemy, Modrić od Illarramendiego, Cristiano jako lewoskrzydłowy, a nie drugi napastnik, Cesc za Iniestę, Puyol za Mascherano? Na te wszystkie pytania odpowiedzą Wam w najbliższych dniach koledzy redaktorzy z tego portalu i innych mediów. Pozwólcie, że ja – już bez rodzinnych rozterek – powspominam jeszcze trochę te stare, dobre Klasyki. Jak ten sprzed 70 lat. Skończyło się 5:5. Futbol, señores.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii
Twitter: @rafa_lebiedz24