Djibril Cissé: Podpisał, zagrał, trafił. Ciekawe, co dalej…

redakcja

Autor:redakcja

02 lutego 2012, 12:00 • 5 min czytania

Reklama
Djibril Cissé: Podpisał, zagrał, trafił. Ciekawe, co dalej…

Gdy podczas letniego mercato Lazio Rzym sprowadziło dwóch uznanych napastników, zapowiadało się, że ofensywa Biancocelestich zyska na sile co najmniej kilkakrotnie. Teraz już wiadomo – ci, którzy tak myśleli, okazali się naiwniakami. Wprawdzie Miroslav Klose ze swoich obowiązków wywiązuje się celująco, ale tego samego nie można powiedzieć już o Djibrilu Cissé. Przykładając doń tę samą skalę – zasługuje na ocenę niedostateczną. Poległ. Miał być gwiazdą, a znów zbiera szczękę z podłogi. A właściwie już zebrał, bo w poniedziałkowy wieczór wyleciał do Anglii, by zakończyć jeden z najbardziej frustrujących etapów w swojej karierze.
Pomimo zakontraktowania dwóch znakomitych napastników, na początku września kibicom Lazio i tak nie było do śmiechu. Rzucając kątem oka na odwiecznych rywali spod szyldu AS Roma, przełykana przez nich ślina nabierała szczególnej goryczy. Nie tyle dało się wyczuć, co fani mówili wprost: mogło być lepiej. W zasadzie to nie „mogło”, a „powinno”. Podczas gdy ekipę największego wroga wzmocniło kilku znanych, młodych i głodnych sukcesów ludzi, do Lazio przyszły tylko dwa naprawdę głośne nazwiska – właśnie Klose i Cissé. Każdy z nich był w zasadzie niewiadomą, a pytania dotyczące formy i skuteczności obu mnożyły się z dnia na dzień. Oprócz tego, łączyło ich coś jeszcze: w obu pokładano wielkie nadzieje. Dziś Francuz ma już spakowane walizki, a w jego miejsce, choć nie bezpośrednio, pojawi się człowiek, który ma być nie tylko skuteczniejszy, ale i przydatniejszy dla Klosego. Dwanaście goli Niemca sprawiło, że jeśli drugi z nabytków Lazio chciałby strzelić ich tyle samo, musiałby rozegrać łącznie dwanaście rund.

Reklama

Jeżeli podjąłby się ktoś stworzenia rankingu piłkarzy, którzy niepowodzenia mogą zganiać na przeciwności losu, to Cissé na pewno walczyłby o czołowe lokaty. Ale nie tym razem. Pobyt we Włoszech nie dał mu dodatkowych punktów do zestawienia, a i tak skończyło się klapą. Osiemnaście meczów i jeden gol stanowi wynik zatrważający. Gdyby dodać, że jedyne trafienie zaliczył w ligowym debiucie, to należałoby wymyślić nowe określenie, które w pełni odda stosunek do jego słabej gry. W zasadzie taki sam dorobek strzelecki w tym sezonie ma Tim Howard, na którego niekorzyść działa tylko fakt, że rozegrał więcej meczów.

Wychowanek Auxerre zdążył kibiców przyzwyczaić, że jego kariera to wielki rollercoaster. Gdy zdaje się, że jest już na górze, następuje stromy zjazd i wszystko trzeba budować od początku. Powoli, mozolnie i cierpliwie. Tak było w ostatnich latach, kiedy to do Rzymu przychodził jako gwiazda nie tylko Panathinaikosu, ale i całej Superleague Ellada. W trakcie dwuletniego pobytu w Grecji Cissé wyrobił sobie średnią ponad 0,8 gola na mecz, co przykładając z odpowiednią proporcją do rozgrywek Serie A, wydawało się całkiem przyzwoitą perspektywą na przyszłość. Dzięki temu, że „Koniczynki” zainkasowały sześć milionów euro, Cissé mógł przenieść się na Półwysep Apeniński. Wszechobecne greckie γεια zamieniło się więc we włoskie ciao, a niespecjalnie cenione rozgrywki ligi greckiej na murawy włoskich stadionów.

W okresie przygotowawczym Francuz szybko pokazał, dlaczego ma na koncie występy w reprezentacji „Trójkolorowych” – zdobywane przez niego bramki wlewały litry optymizmu w serca fanów Aquile, a i on sam zapewne zacierał ręce na samą myśl o starcie sezonu, licząc że dobra forma w meczach o pietruszkę przełoży się również na gole w Serie A. Początek z Milanem, trzeba przyznać, miał całkiem niezły. Potem było już tylko gorzej, o skuteczności mógł mówić wyłącznie w czasie przeszłym, a wegetujący w nim syndrom Uroborosa znów dał o sobie znać. Od czasu pokonania Christiana Abbiatiego nie spotkało go nic specjalnego. Michael Agazzi, Artur Boruc, Gianluca Pegolo – na żadnego z nich Cissé nie mógł znaleźć patentu. Jeden mecz, dwa, osiem -licznik meczów bez gola zaczął bić i dobił do osiemnastu, dowożąc go do końca fragmentu Takabishy pod nazwą Lazio Rzym.

Reklama

Wprawdzie Francuz strzelał jeszcze gole w różnych pucharach, ale to nie powaliło nikogo na kolana. Jego również nie, bo wiedział, że liczy się głównie dorobek ligowy: – Brak goli? Faktycznie jest ciężko, ale nadal chcę to zmienić. Trudno pokazać swoje umiejętności, gdy gra się ze dwadzieścia minut. Takie sytuacje mogą się zdarzyć, gdy dochodzi do zmiany barw klubowych. Potrzeba czasu, by nauczyć się odpowiednio współpracować z kolegami z drużyny. Poza tym w Serie A przywiązuje się większą wagę do taktyki. Przeważnie miałem więcej swobody przed sobą, a tu jest o to dużo ciężej – mówił jeszcze kilka dni temu, lekko przeinaczając fakty. Dwadzieścia minut lub mniej grał w lidze tylko trzy razy. Przeważnie spędzał na boisku większą część meczu.

Dość nieoczekiwanie z pomocą przyszedł Mark Hughes, który od niedawna trenuje Queens Park Rangers i jednym z jego pierwszych poważnych ruchów ma być ściągnięcie napastnika Lazio. Pięciomilionowa oferta została już przyjęta, a sam piłkarz wraz ze swoim agentem udali się do Londynu, by dopełnić formalności. – Przykro mi, że tak się to skończyło, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej – rzucił na odchodne.

Mimo rażącej nieskuteczności 31-latka, nikt w Lazio nie robi z tego tragedii. Ostatecznie będą stratni tylko finansowo, bo pod względem sportowym wszystko układa się po ich myśli. Patrząc przez pryzmat czwartej pozycji w tabeli, milion euro w plecy nie jest katastrofą; tym bardziej, że niebawem pieniędzy może ubyć więcej, ale to już ze względu na własne fanaberie, bowiem klubową kasę opuścić ma dwanaście milionów euro, a CSKA Moskwa Keisuke Honda. To nie wszystko – w grę wchodzi także przyjście Ezequiela Cirigliano, 19-latka z River Plate, które jednak bardziej prawdopodobne jest dopiero w czerwcu. W tym przypadku Lazio i tak nie mogłoby narzekać, bo już teraz do Argentyny w ramach wymiany przeprowadziłby się bramkarz Juan Pablo Carrizo, który zwolniłby zarazem miejsce dla piłkarza spoza Unii Europejskiej, na które wskoczyłby reprezentant Japonii.

Zapowiada się, że nadchodzą lepsze czasy nie tylko dla Romy, ale i dla Lazio. Transfery, znane nazwiska i perspektywa Ligi Mistrzów – brzmi nieźle, dlatego Cissé z tą formą nie pasował do tego zespołu. Dziś ma 31 lat i jeżeli szybko nie udowodni, że nadal potrafi regularnie strzelać gole (na razie strzelił jednego, dzień po podpisaniu kontraktu), może się okazać, że najbardziej strome fragmenty tej Takabishy jeszcze przed nim. A wówczas jeden błąd i będzie mógł wyrecytować słynne „no to fruuu…”

Reklama

KRYSTIAN GRADOWSKI

JEŚLI CHCESZ NAPISAĆ SWÓJ TEKST O LIDZE ZAGRANICZNEJ, WYŚLIJ MAILA. DLA NAJLEPSZYCH NAGRODY PIENIÄ˜Ł»NE!

[email protected]
[email protected]
[email protected]
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama