Nowym piłkarzem Legii został Danijel Ljuboja. Grzechem byłoby na ten transfer psioczyć, chociaż bezmyślna euforia też nie byłaby w naszym stylu. No to napiszemy tak: warszawski klub pozyskał zawodnika o bardzo głośnym nazwisku i bardzo nierównych statystykach. Bóg jeden wie, co ten transfer przyniesie. Mogą się z tego urodzić bramki, a mogą też się urodzić problemy dyscyplinarne, których Serb miał w przeszłości sporo. Może też się nie urodzić zupełnie nic. Mimo wszystko, transfer jest dla ligi dobrą wiadomością – witamy w Polsce kolejnego piłkarza, który coś w życiu widział i ma rozpoznawalne nazwisko.
Prestiż rozgrywek niewątpliwie rośnie i za to Legii należą się podziękowania. Na pytanie, kto tam u was w Polsce gra, wreszcie można odpowiedzieć nazwiskiem, które cokolwiek mówi osobie tylko średnio zainteresowanej futbolem. Dlatego ryzyko, które podjęła Legia w sumie bardzo nam się podoba.

Ljuboja w Legii. Czego można się po nim spodziewać?

Czy rośnie poziom sportowy? Z Ljuboją jest pewien problem. Taki mianowicie, że swój najlepszy czas ten zawodnik miał jakieś siedem – dziesięć lat temu, jeszcze kiedy się tylko dobrze zapowiadał i kiedy kibice mówili, że trafił się jakiś dziwak z fryzurą, jakby mu ktoś niechcący pędzlem po głowie przejechał. Potem oglądaliśmy nierówną walkę „oczekiwania kontra wyniki”. Raz bywało gorzej, raz lepiej, ale w skrócie tak…

2001/2002 – bardzo dobry sezon, 15 goli dla Strasbourga w Ligue 2.
2002/2003 – sezon prawie tak dobry jak poprzedni, ale już w Ligue 1.
2003/2004 – Ljuboja przechodzi do PSG, ciągle jest dobrze
2004/2005 – kompletna dupa
2005/2006 – dobra gra w VfB
2006/2007 – średnio na jeża w HSV
2007/2008 – dno
2008/2009 – ciągle dno
2009/2010 – przebudzenie, naprawdę dobry sezon w Grenoble
2010/2011 – bardzo przeciętny, raczej słaby sezon w Nicei

Zawodnik trochę za dobry na kluby słabe, pokazujący, że coś w nim drzemie, kuszący i nęcący trenerów co lepszych drużyn, a potem nie radzący sobie ten szczebel wyżej. W przypadku Legii to może i nawet dobrze, ponieważ w tak słabych zespołach Ljuboja nie zwykł grać. Odkąd zrobiło się o nim głośno, w słabszym grał raz – o ile Grenoble można uznać za słabsze. I właśnie wtedy strzelił dziesięć goli w Ligue 1. Jeśli miałby więc być mistrzem podwórek drugiego sortu – może i dobrze trafił. Może ktoś taki był tu potrzebny.

Wiemy, że wypadałoby zakrzyknąć: będzie wymiatał! Rozsądek mówi: poczekajmy, Ł»urawski piłkarzem był w swoim czasie być może lepszym, a na pewno porównywalnym, bez dwóch zdań równiejszym, ale jakoś na stare lata naszej ligi nie podbił. Ljuboja też podbić wcale nie musi. W poprzednim sezonie zdobył pięć goli, z czego dwa na sam koniec wbił zdegradowanemu i tragicznemu w każdej formacji Arles-Avignon. I te dwa gole to były jego jedyne w 2011 roku. Możecie je zobaczyć tutaj:

A tutaj pozostałe trzy trafienia z sezonu 2010/2011:

Nicea do samego końca broniła się przed spadkiem, zajęła ostatnią bezpieczną lokatę. Po Ljuboji spodziewano się więcej, sprowadzając go w ostatnim dniu letniego okienka transferowego. Podpisał roczny kontrakt, z możliwością przedłużenia o kolejne 12 miesięcy, ale z tej opcji działacze nie mieli zamiaru korzystać. Od dłuższego czasu nie był więc na rynku towarem rozchwytywanym.

Naprawdę, trudno przewidzieć, co z tego wyniknie. Facet jest dobry technicznie, ma mocny strzał, porusza się ciągle żwawo. – Jako dziecko wyobrażałem sobie siebie w Realu lub w Interze. Skończyłem kategorię niżej – w PSG i Stuttgarcie. Ale może to był mój prawdziwy poziom. W futbolu nie możesz niczego kontrolować. Trenowałem w juniorach z Camelem Meriemem. Byłem przekonany, że będzie jak Zidane… – wspomina Ljuboja.

W Legii ma być typowym snajperem, nowoczesną dziewiątką. Sam jednak przyznaje, że najlepiej się czuje w ustawieniu z drugim napastnikiem. – Od samego początku świetnie mi się grało z Mamadou Niangiem. Futbol ma w sobie coś z magii. Albo współpraca dobrze funkcjonuje od początku, albo w ogóle. Jeśli słyszę, że ktoś potrzebuje czasu… Nie, tak nie jest – mówi.

Dobrze, że zdaje sobie z tego sprawę. Bo w Legii mają dość „snajperów”, którzy potrzebują czasu…

PS
Cieszymy się, że Marek Jóźwiak posłuchał naszego apelu i zainwestował w marynarkę. Naprawdę, teraz dużo lepiej!