TATA KAZIKA: nikczemna liga, nikczemni piłkarze?

redakcja

Autor:redakcja

04 kwietnia 2011, 11:49 • 10 min czytania

Reklama
TATA KAZIKA: nikczemna liga, nikczemni piłkarze?

Jerzy Pilch mówi o polskiej lidze: nikczemna. Jeżeli się z jego słowami zgodzimy, wychodzi na to, że grają w niej nikczemnicy. Ja twierdzę, że nasza liga składa się z tych, którzy tylko udają, że potrafią grać w piłkę i tych, którzy też udają, gdy jest im to na rękę, i którzy naprawdę potrafią kopać, ale też tylko wtedy, gdy mają powód, by im się zachciało.
Od kiedy pamiętam, obiecuje się nam, że kolejny sezon będzie jakże odmienny od minionego, od kiedy pamiętam, te rozgrywki mają być zawsze cezurą pomiędzy starym a nowym rozdziałem w historii ligowej piłki. I, teoretycznie, tak się właśnie dzieje. Nie ulega wątpliwości, że Ekstraklasa jest coraz ładniej opakowana. Nowa technologia pokazywania spotkań, nowe kamery i inne bajery. No i nowe stadiony. Widzieliście mecz Wisły z Jagiellonią? Przecież to wyglądało jak transmisja z Premiership. Nawet moja kobieta przyszła do pokoju, tak patrzy, patrzy i wreszcie pyta: A ten mecz jest w Polsce? Naprawdę?

Reklama

Spójrzmy na skróty spotkań i bramki w internecie, a przede wszystkim na zachęcające do obejrzenia komentarze: cudowny! fenomenalny! stadiony świata! Co za akcja! Jak tu się nie skusić? Jak tu się nie nabrać? Mamy w naszej lidze polskiego, to znaczy, gruzińskiego Messiego. Oglądam w sobotę mecz Polonii Bytom i dowiaduję się, że mamy też słowackiego Baggio. Teraz mamy Piecha – pewnie za chwile będzie polskim Villą. Nikczemna ta nasza Ekstraklasa, ale ciągle szukamy w niej czegoś doskonałego. Przy drugim golu dla Wisły – jak zaznaczył świetny dziennikarz Ł»elisław Ł»yżyński – miało udział trzech reprezentantów: Estonii, Armenii i Bułgarii. Automatycznie puszymy się z dumy: w naszej lidze grają coraz lepsi piłkarze! Reprezentanci! Dalej. Oglądam Ligę+ i słyszę, jak Sebastian Mila z REWELACYJNEGO Śląska mówi, że to nieprawda, że liga taka słaba. Bo liga, odwrotnie, jest coraz mocniejsza. REWELACYJNY Śląsk, REWELACYJNA wiosną Cracovia i tak dalej. I chyba bym nawet w to uwierzył, gdyby nie to, że pewnych rzeczy od dłuższego czasu nie potrafię ogarnąć. I o nich zapomnieć.

Zapominamy, że po boiskach Ekstraklasy biega wielu ubabranych korupcyjnym gównem. Podwójni szczęściarze, bo nie dość, że za swoją poza boiskową aktywność nie ponieśli żadnej kary, to jeszcze w cudowny sposób o tym wszystkim zapomnieli. Za sumienność i konsekwencję w działaniu kara nie spotka także tych, którzy doprowadzają do zwolnienia trenerów, z którymi już się nie chcą bawić. Czytam, że piłkarze Legii mają dość Skorży. I dlatego go wypierdolą. Nie, jak Jan Tomaszewski, dyscyplinarnie, tylko przebiegle. W sprawdzony sposób. Jakub Wawrzyniak z przejęciem w głosie mówi, jak to jest im wstyd, jaka żałobna atmosfera w szatni, że piłkarze nie mogą na siebie patrzeć. Może nawet bym mu uwierzył, że faktycznie się przejmuje. Ale obejrzyjcie sobie filmik z ostrą przemową Macieja Skorży. Przyjrzyjcie się reakcji piłkarzy. Czy tak wyglądają i tak zachowują się ludzie, którzy zdają sobie sprawę z powagi sytuacji?! Wawrzyniak to ten, który leży rozwalony obok Skorży.

Nasza liga składa się z tych, którzy udają, że potrafią grać w piłkę. Obejrzałem mecze Lechii z Bełchatowem i Zagłębia z Polonią. Zauważyłem, że spora grupa piłkarzy woli zagrać piłkę głową niż nogą. Bo głową zagrają celniej. – Nie rozumiem, po oni cały czas podnoszą piłkę – dziwił się komentujący mecz w Bytomiu Marek Kusto. Ja rozumiem dlaczego, a mimo to wciąż nie mogę pojąć jak to jest, że faceci, którzy grają i trenują grę w piłkę tyle lat, nie potrafią wymienić TRZECH celnych podań, nie potrafią podać CELNIE na odległość DZIESIĘCIU metrów, NIE POTRAFIÄ„ CELNIE dośrodkować ANI JEDNEJ piłki w pełnym biegu. Przecież to jest jakaś, kurwa, masakra. I absolutnie żadnym usprawiedliwieniem nie jest tutaj murawa. Hiszpanom w Kownie przeszkadzała? Jakoś nie słyszałem. A u nas zawodnik biegnie, biegnie, nawet nie podnosi głowy, tylko kopie na pałę w pole karne. ZAWSZE na długi słupek. Tylko po co? – Takie dośrodkowania może i miały by sens, gdyby ktoś tam był – słusznie zauważa i upewnia mnie w moim przekonaniu trener Kusto. Poza małymy wyjątkami zawodnik dośrodkowujący piłkę w polskiej lidze po pierwsze, nie patrzy, gdzie i do kogo wrzuca, po drugie – nawet jak popatrzy, to nie potrafi kopnąć piłki tam, gdzie chce. No, chyba, że przypadkiem wyjdzie. Kusto mówi, że w takiej sytuacji „brakuje koncentracji”. Chyba chciał się zlitować i nie dodał „i umiejętności”. Pewnie on, pewnie wielu z Was, i ja także nie mogę wyjść z podziwu, jak można – jak to się ładnie mówi – szlifować jakiś element piłkarskiego rzemiosła tyle lat i dalej kopać piłkę na poziomie – spodobało mi się to określenie Andrzeja Twarowskiego – ludzi zwolnionych z wuefu?

Nasza liga składa się z tych, którzy potrafią grać w piłkę, ale grają tylko wtedy, gdy im się chce. Zewsząd komplementuje się teraz Śląsk Wrocław. Jest drużyna, jest atmosfera, jest walka na całego w myśl zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przytacza słowa Oresta Lenczyka, który powiedział, że w polskiej lidze liczy się przede wszystkim przygotowanie fizyczne, a dopiero później umiejętności. Racja. Ale słusznie wspomniany już Twarowski zauważył, że gdy Lenczyk obejmował czy to Śląsk, czy wcześniej Zagłębie Lubin, to nie miał tak naprawdę czasu na to, żeby nad tym przygotowaniem popracować, a mimo to zespół od razu „odpalił”. Podobnie sytuacja wygląda w Polonii – tam Jacek Zieliński miał na przygotowani zespołu do meczu o kilka dni więcej. W pomeczowych komentarzach wypowiada się Adrian Mierzejewski, który mówi, że po treningach nowego trenera wyglądają o wiele lepiej pod względem fizycznym. Klucz do sukcesu.

Reklama

Pamiętam beznadziejną grę Zagłębia Lubin jesienią tamtego roku. Lał ich każdy, kto się nawinął, nawet Piast Kobylin. Jeden z zawodników, gdy spytałem go o przyczynę takiej niemocy, zwracał uwagę właśnie na kiepskie przygotowanie fizyczne. Mówił mi: – O porażce w Kobylinie mówi się, że to kompromitacja, ale wtedy przegralibyśmy z każdym. Przecież na obozie w Niemczech przegraliśmy z drużyną z jakiejś piątej albo szóstej ligi. W przerwie jej zawodnicy szli na fajkę…
Brzmiało to wiarygodnie, ale – ten temat był już poruszany na Weszło – czy w przypadku zawodowego piłkarza jest możliwe to, żeby był aż tak przetrenowany albo niedotrenowany, że nie potrafi później ograć kelnerów?

Przygotowanie fizyczne to jedno, inna sprawa to motywacja. W Polsce – chciejstwo Panów Piłkarzy. Często, jak drużynie kompletnie nie idzie, a tajemnicą Poliszynela jest, że zawodnicy są trenerem zmęczeni, piłkarze mimo tego mówią: bardzo chcieliśmy pomóc trenerowi. Owszem, czasami tego nie mówią, ale najczęściej uderzają w takie tony. Albo składają miażdżącą samokrytykę, jak Wawrzyniak, by równocześnie robić wszystko, żeby trenera możliwie jak najszybciej wypierdolić.

Chciejstwo zależy również od kasy. Przede wszystkim od kasy. „Nie ma sianka, nie ma granka” – kultowe powiedzenie idealnie obrazuje postawę typowego polskiego ligowca. Jeżeli, tak jak w Górniku, nie dostają wypłat, a mimo orają murawę i punktują – wielkie brawa. Jeżeli nie ma wypłaty (o premiach nie wspominając) od kilku miesięcy, a w dodatku prezesi co miesiąc mamią rychłą obietnicą wypłaty – tak jak w przypadku choćby Polonii Bytom – to ciężko wtedy o motywację. W tym momencie piłkarzom się nie dziwię. Polonia grała w Lubinie tak, jakby oszczędzała się na Puchar Weszło, albo chciała wypromować Marcina Juszczyka. Ale równie dobrze zamiast niego można by było postawić Roberta Sarniaka, Waldemara Grzankę, czy Jacka Rucińskiego. Na szczęście dla Zagłębia Juszczyk pokazał, że Michał Kokoszanek „فowca bramek” ma w lidze godnego następcę. Kokoszanek przepuścił kiedyś między nogami strzał Jacka Zielińskiego z ponad 30 metrów, Juszczyk postanowił ten wyczyn powtórzyć, choć Michała ostatecznie nie przebił – Pawłowski miał bliżej niż Zieliński.

Druga i ciemna strona medalu wygląda tak, że są zespoły, a wśród nich zawodnicy, którzy walkę o utrzymanie (albo o inny cel sportowy) rozpoczynają od wizyty w gabinecie prezesów i standardowego pytania: ile z tego będziemy mieli? Rozumiecie to? Bo ja, kurwa, nie bardzo. Zawodnik ma płaconą na czas miesięczną pensję, ma ustaloną znacznie wcześniej premię za zwycięstwo. Tylko dzięki temu, że on i jego koledzy grają tak chujowo, zespół broni się przed spadkiem. I co? Zamiast myśleć wyłącznie o tym, jak najszybciej wygrzebać się z szamba i zrobić wszystko, żeby to się udało, rada drużyny idzie do szefostwa i mówi: Ok, utrzymamy się, ale jakie będą wtedy premie? O tym mówi się czasami głośno, czasami takie rozmowy toczą się w zaciszu gabinetów. Dacie premie, a nam się wtedy zachce. Czasami nawet ta premia nie wystarcza, bo zawodnicy są tak nieudolni, że nie udaje im się zrealizować postawionego celu. Cracovia, czy Arka – tam to przerabiano. Inna sprawa, że gdy przy zielonym stoliku PZPN naprawia to, co spierdolili, oni wcale nie odczuwają zażenowania, gdy idą do prezesów i głośno pytają: – Gdzie te premie? Przecież cel został zrealizowany!

Reklama

Nie wiem jak takie zachowanie nazwać, po prostu nie mieści mi się to w głowie, że jest przyzwolenie, a wręcz nawet konieczność motywowania piłkarzy w ten sposób – bo inaczej się nie utrzymają. Mamy dziesięć kolejek do końca. Jak obstawiacie, kiedy i w jakim klubie delagacja piłkarzy ruszy do prezesa? A w ilu klubach takie spotkanie mają już za sobą?

Kiedyś usłyszałem pewną teorię. Najpierw byłem przekonany, że osoba, która mi o tym powiedziała, chyba trochę przesadziła, zwłaszcza, że lubi niekiedy przesadzać. Dziś jednak patrzę na to inaczej. Usłyszałem, że piłkarzom jednej drużyny właściwie opłaca się spaść z ligi, bo nawet jeżeli po degradacji nie odejdą gdzie indziej, to ich kontrakty są tak skonstruowane, że mają płacone za poszczególne zwycięstwa. A, przynajmniej teoretycznie, o zwycięstwo będzie łatwiej w I lidze niż Ekstraklasie. I dlatego zaczną walkę o utrzymanie się w lidze na całego tylko wtedy, gdy dostaną premię, która im wynagrodzi brak stałego i dodatkowego zastrzyku gotówki za zwycięstwa na zapleczu Ekstraklasy…

Jak przypominam sobie te słowa i w ogóle myślę o tym, o czym piszę, to od razu nasuwa mi się na myśl jedno spostrzeżenie. W polskiej lidze widziałem taką sytuację wiele razy. Napastnik rywali mija bramkarza i kopie piłkę w kierunku pustej bramki. Obrońca (czasami pomocnik) biegnie za futbolówką i biegnie… Wydaje się, że jak zrobi wślizg, to piłkę wybiję. Może nie na sto procent, ale jest na to duża szansa. Przyzwoitość albo uczciwość wobec hasła „Grać na całego i walczyć do upadłego” wymaga, żeby chociaż spróbował. On jednak tylko biegnie i odprowadza wzrokiem piłkę lądującą w siatce. Zawsze wtedy myślę: – Czemu nie zrobił tego wślizgu? Czemu nie spróbował? Bardziej bał się, że wbije samobója, czy tego, że pobrudzi spodenki? Ale przecież to nie on je pierze! A może po prostu to się jemu nie opłacało…

Chciejstwo zależne od wysokości premii nie występuje tylko w zespołach walczących o utrzymanie. Był taki zespół, który dość niespodziewanie walczył o mistrza. I gdy wydawało się, że tego tego mistrza przegrał, dzięki niespodziewanej wpadce głównego i faworyzowanego rywala do tytułu, wskoczył na pozycję lidera. Wszystko tak naprawdę zależało od niego. Piętnaście minut po wygranym meczu zawodnicy siedzą w szatni. Niby cieszą się ze zwycięstwa i szansy na mistrza, ale większość mówi: – No dobra, kurwa, ale my wciąż nie mamy ustalonej premii!
– No, kurwa, nie mamy!
– Co to, kurwa, ma być?!
– To oni (prezesi) wiedzą, że my o mistrza gramy?!

Reklama

Rzecz ma miejsce w drużynie, która ma płacone godziwe pieniądze na czas i naprawdę godziwe pieniądze za zwycięstwo w każdym meczu. Wchodzi prezes. Gratuluje zwycięstwa, ale rozmowa szybko schodzi na najważniejsze tory: premia za mistrzostwo, które jeszcze nie zostało zdobyte. Burzliwe dyskusje, oskarżenia, propozycje. „Za mało!”.

– No, dobra, to powiedzcie ile w końcu chcecie?! – nie wytrzymuje prezes. Jeden z zawodników już ma się odezwać, gdy inny brutalnie mu przerywa:
– Nie mów! – krzyczy, po czym dodaje ciszej. – Bo powiesz za mało…

Między przedostatnim a ostatnim meczem były trzy dni przerwy. Trwały negocjacje, w końcu ustalono kwotę. Tytuł został wywalczony, premia wpadła do kieszeni.

Jak dzień przed meczem Legii z Ruchem zobaczyłem, że piłkarze „Niebieskich” mają dodatkową obiecaną dodatkową premię za zwycięstwo na Łazienkowskiej, to byłem przekonany, że Ruch wygra. Wiem, że może któregoś z zawodników Ruchu tym stwierdzeniem i wyraźną aluzją obrażę. Choćby Wojciecha Grzyba, do którego mam ogromny szacunek i którego podziwiałem już w Radzionkowie. Chciałbym się mylić i myśleć inaczej: wygrali dla kibiców, dla siebie. Niestety, znając nieco realia polskiej piłki, gdy zobaczyłem, że piłkarze z Chorzowa mają obiecane dodatkowe pieniądze za wygraną na Legii, byłem przekonany, że to spotkanie wygrają. Wiem, że to złośliwe (i pewnie niesprawiedliwe), ale jak zobaczyłem, w jakich okolicznościach goście wywieźli trzy punkty z stolicy, to od razu przypomniał mi się kierownik Widzewa z czasów Franciszka Smudy, Tadeusz Gapiński, który podczas słynnego meczu z Legią siedział na ławce gości „uzbrojony” w pliki z pieniędzmi powpychane w kieszenie marynarki. Tak, żeby piłkarze wiedzieli, że nie grają tylko o mistrza, tylko przede wszystkim o obiecane pieniądze…

Reklama

Nie wiem, która myśl bardziej mnie wkurza. To, że rozum podpowiada mi, że piłkarze Ruchu wygrali za dodatkową kasę, czy to, że piłkarze Legii przegrali, bo mają dość Macieja Skorży…

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama