Jaka była prawda o Jodłowcu – pewnie się nie dowiemy. Jesteśmy w stanie uwierzyć, że naprawdę miał ofertę z Napoli i naprawdę przestraszył się z niej skorzystać, jako że nie jest chyba tytanem intelektu. Może to zwykły tchórz (bo podobno bał się obcego kraju, a nie ligi włoskiej jako takiej), a może zadecydował rozsądek – polonista mógł uznać, że we Włoszech przepadnie.
W każdym razie już wiemy, że Jodłowiec w Napoli nie zagra. Miał polecieć do Włoch, nie poleciał. Oficjalnie – z przyczyn rodzinnych.

Tomasz Jodłowiec nie idzie do Napoli. Jaka prawda o transferze?

Zupełnie inne zdanie na temat tego transferu wyraził jakiś czas temu na swoim blogu menedżer Jarosław Kołakowski (kliknij tutaj). Jak sądzicie, miał rację czy się zagalopował? W skrócie napiszmy, że zdaniem Kołakowskiego cały transfer do Napoli to jedna wielka bujda na resorach.

Przypomina nam się w tym momencie – przy okazji bujd – inny transfer, przeprowadzany przez tego samego menedżera, który teraz pilotował sprawę Jodłowca.

Otóż dzwoni do piłkarza (nazwisko pomińmy) i mówi: – Łeeee, mamy to, mamy!!! Jest!!!
– Ale co?
– Stoke! Stoke City! Zgodzili się!!! Mamy to!
– Naprawdę?! Super!
– Łeeee, naprawdę! Mamy! Zaakceptowali! Pakuj się!
– Ale powiedz coś więcej!
– Lecimy i podpisujemy! Jutro zdawaj mieszkanie w klubie, żegnaj się ze wszystkimi i lecimy!

No to piłkarz poszedł do klubu i się zaczął żegnać. Z niektórymi miło, z innymi mniej miło. Na przykład jego trener to był kawał ch…, więc swoje usłyszał. W ogóle paru osobom się oberwało. A potem mija jeden dzień, dwa i nic. W końcu upragniony telefon:

– Łeeeee, Bełchatów cię chce!
– Jaki Bełchatów? Przecież lecimy do Stoke?
– Stoke to Stoke, ale mam Bełchatów!
– O czym ty mówisz, ja chcę do Stoke.

Na czym się skończyło? Nie, nie na Stoke. I nie na Bełchatowie. Na niczym. Piłkarz musiał zostać w klubie, w którym ani on nie mógł na nikogo patrzeć, ani na niego już nie mogli.

FOT. W.Sierakowski FOTO SPORT