W innym miejscu piszemy o tym, że Górnik Zabrze kręci się w miejscu. To samo moglibyśmy napisać o Cracovii, która naszym zdaniem nigdy pod wodzą Stefana Majewskiego nie wybije się ponad to, co oglądamy obecnie – porażki na wyjazdach, wymęczone punkty u siebie.
W niedzielę Cracovia znów przegrała (tym razem z Lechią Gdańsk 0:2) i raczej nikogo to nie zaskoczyło. W chwili, gdy piszemy te słowa, Majewski pewnie katuje swoich piłkarzy, każąc im oglądać mecz z Lechią. W tym tygodniu obejrzą go jakieś cztery razy, może pięć. Obstawiamy też, że już wkrótce kolejny piłkarz wyląduje w rezerwach.

Dlaczego z tej Cracovii nic nie będzie? Bo ma Stefana Majewskiego!

Dlaczego Majewski naszym zdaniem nie zbuduje zespołu, skoro systematycznie sprowadza młodych i niby utalentowanych graczy? Z prostego powodu – on regularnie stawia na młodych tylko dlatego, że starsi przestają go poważać. W miejsce doświadczonego piłkarza, który już poznał się na Majewskim (regularnie kłóci się z najbardziej doświadczonymi zawodnikami) ściągany jest młody, początkowo oczarowany perspektywą gry w ekstraklasie. Ale mija pół roku czy rok i nawet taki chłopak zaczyna mieć własne spostrzeżenia, własne zdanie. I trzeba go zastąpić kimś całkowicie uległym. Na dłuższą metę ten szkoleniowiec nie potrafi zbudować autorytetu, musi ciągle i nieustająco sięgać po kary, odsuwać, dyskwalifikować…

To nie jest przypadek, że tak wiele osób z Majewskim nie mogło się dogadać. To człowiek absolutnie zakochany w sobie, ale niestety bez powodu. Sprawia dobre pierwsze wrażenie, niezłe drugie, ale im dłużej się go zna, tym gorzej. Swego czasu w Amice piłkarze mówili na niego „Neil Armstrong” – że skoro wszystko robił i widział jako pierwszy, to pewnie i na księżycu był jako pierwszy. Śmieszne były też jego przesądy. Opowiadał jeden piłkarz: – Jedziemy na mecz do Krakowa i jemy w jakiejś spelunie, bo Stefan tam kiedyś jadł i potem wygrał mecz. Potem śpimy w jakimś dziwnym hotelu, bo Stefan w nim kiedyś spał i wygrał mecz. I tak dalej. A potem przychodzi spotkanie i oczywiście dostajemy w ryj…

W najbliższym czasie zamieścimy kilka anegdotek na jego temat, żeby niektórym otworzyć oczy. Na razie wystarczy nam zapis konferencji prasowej z Majewskim po meczu z Lechią…

Czym było podyktowane zejście Barana:
– Nie ma profesora Filipiaka, więc nie wiem co mam powiedzieć.

A co ze zmianą Moskały?
– Nie wiem co mam mówić, jak nie mam kartki napisanej przez profesora Filipiaka.

Jaki był pomysł na grę Cracovii w Gdańsku?
– Nie wiem co mam powiedzieć, jak nie mam kartki napisanej.

Czy teraz bez kartki nie będzie Pan rozmawiał z nami?
– Trudno mi powiedzieć skoro piszecie, że ja dostaję kartki z poleceniami od prezesa to pozwolicie, że zadzwonię i spytam, co mam powiedzieć.

My za to wiemy, co napisać – daj już sobie spokój, doktorze. Zresztą, wiecie czemu Stefan Majewski ma ksywę „doktor”. Bo kiedyś chodził z walizeczką, w nietypowej sytuacji zaczął składać ubranie w kostkę, bardzo skrupulatnie, a dziennikarz na to patrzący stwierdził: – Zabiera się do tego jak doktor!

I potem, tak dla żartu, ów dziennikarz zaczął tak go nazywać w gazecie. Ciekawe, czy sam trener Cracovii zna prawdziwe pochodzenie tego pseudonimu, czy sądzi, że to hołd dla jego intelektu…


FOT. W.Sierakowski FOTO SPORT