Artur Wichniarek doskonale zaczął sezon w Bundeslidze (strzelił dwa gole Werderowi), ale mało kto wie, że tak naprawdę nie w głowie mu była piłka. Nie tak dawno piłkarzowi Arminii Bielefeld zmarła mama, w wieku 52 lat. Powód – rak piersi. – Każdą bramkę dedykuję jej. Bo w każdej mojej bramce mama ma udział. Była moim doradcą przez całe życie, wielkim oparciem. Zarówno w dobrych, jak i złych momentach. Po tym ciosie od losu stałem się innym człowiekiem – powiedział „Bildowi”.
I jak tu się dziwić, że nie rozpaczał z powodu braku powołań do kadry Leo Beenhakkera? Są przecież sprawy ważne i… zdecydowanie ważniejsze. Nasz selekcjoner już w czasie zgrupowania zauważył, że Wichniarek trzyma się trochę z boku i może zamiast uznawać, że nie pasuje charakterem, wystarczyło się zapytać, co się stało?

Artur Wichniarek po śmierci mamy: szukam wewnętrznego spokoju

Wichniarek mówi tak: – Bóg pozwolił mi pożegnać się z matką na łożu śmierci. Kiedy siedziałem przy niej w szpitalu w Poznaniu, otworzyły mi się oczy. Muszę dojrzeć w niektórych kwestiach. W przeszłości było tyle bezsensownych i nieważnych spraw… Szukam mojego wewnętrznego spokoju. Teraz wiem, co znaczy cierpienie. Chciałbym się pogodzić z wszystkimi ludźmi, którym kiedyś w jakiś sposób sprawiłem ból – powiedział piłkarz.


Tu możecie zobaczyć jego bramkę z Pucharu Niemiec. Widać, jak zamiast cieszyć się, dedykuje ją matce…


FOT. W.Sierakowski FOTO SPORT

Ł¹ródła: Bild, o2.pl