Wisła Kraków gra z Barceloną o awans do Ligi Mistrzów. I nawet jak coś tam z tyłu głowy każdemu podpowiada, że nie ma szans, to i tak na moment stracimy zdrowy rozsądek. Siłą woli, siłą milionów serc będziemy chcieli wepchnąć tę cholerną piłkę do bramki Valdesa. Pewnie się nie uda, pewnie po spotkaniu wypłynie cała frustracja i zacznie się szukanie winnych (pewnie sami staniemy na czele). Jednak dla nas – polskich kibiców – zawsze najpiękniejsze są te emocje przed meczem, kiedy możemy w głowie wyobrażać sobie wielkie triumfy.
Barcelona to rywal poza zasięgiem dla 99 procent drużyn w Europie. Gdyby miała zmierzyć się z nią reprezentacja Polski, zostałaby przegoniona po boisku jak stado baranów. Mało tego – jeśli ktoś wystawiłby ten zespół w mistrzostwach świata, to kto wie, może nawet sięgnąłby po złoto. Pisząc wprost – Wisła będzie miała przeciwko sobie absolutną śmietanką futbolu, creme de la creme. I liczyć będzie musiała na siebie, ale i na cud, na splot sprzyjających okoliczności. Ale te cuda czasami i w futbolu się zdarzają…

No to zaczynamy! Nadarza się okazja, by przejść do historii!

Obejrzeliście ten filmik? Tak, małe San Marino strzeliło gola na Wembley, w ósmej sekundzie spotkania. To jedno wydarzenie, te kilka kopnięć pokazuje, że czasami dzieją się rzeczy niewytłumaczalne. Moment dekoncentracji, odrobina uśmiechu fortuny i… szczęście. Szczęście, któremu trzeba pomagać. Mieliśmy już takie mecze w historii polskiej piłki – choćby to powtarzane do znudzenia Wembley w 1973 roku. Ale mieliśmy też Barcelonę na kolanach, jak w spotkaniu z Lechem Poznań w 1988 roku, kiedy Pachelski jednym kopnięciem piłki mógł wyrzucić ją z pucharów. Na Camp Nou bramki strzelali gorsi piłkarze niż ci, którzy dziś grają w Wiśle. Strzelał choćby Andrzej Łatka z Legii, uderzając z 40 metrów…

Kto nie wierzy w siebie, ten nic nie osiąga. Wojciech Kowalczyk na naszej stronie nie daje Wiśle szans, ale on sam dobrze wie, że 17 lat temu, gdyby nie był tak bezczelnym gnojkiem, który wielkim gwiazdom się nie kłaniał, to by nie doszedł tak daleko. A tymczasem nie mając na swoim koncie nawet jednej bramki w polskiej lidze, potrafił dwa razy pokonać bramkarza Sampdorii Genua. A potem dodać jeszcze trafienie na Old Trafford, w zremisowanym 1:1 spotkaniu z Manchesterem United. Gdyby ktoś wtedy „Kowalowi” powiedział, że się nie da, to by nie przyjął tego do wiadomości. I tak samo dziś w piłkarzach Wisły, gdy czytają słowa Wojtka, powinna burzyć się krew. Niech mówi, że się nie da, ale my spróbujemy! Spróbujcie, to nic nie kosztuje.

Dzisiejsza atmosfera trochę przypomina tę sprzed Euro 2008, sprzed meczu z Niemcami. Powtarzane w kółko – to tylko ludzie, też miewają słabsze dni, Ballack nie taki mocny, Podolski średni, Klose już nie ten. Potem budziliśmy się ze snu, ale jak na razie dajmy pomarzyć, to na szczęście nie jest zabronione. I tak naprawdę, niewiele więcej nam w dzisiejszym futbolu zostało. Pewnie – rzucamy się z szabelką na czołgi, lub jak kto woli – porywamy się z motyką na słońce. Gdzie polska piłka, a gdzie Barcelona. Gdzie Rzym, a gdzie Krym. Ale to nie znaczy, że mamy już przed meczem powtarzać sobie, że jesteśmy beznadziejni. Wstrzymajmy się z tym, chociaż 24 godziny.

O MECZU Z BARCELONÄ„ CZYTAJ TEŁ» NA BLOGACH NIEDZIELANA, MICHNIEWICZA, KOWALCZYKA I SZAMOTULSKIEGO – KLIKNIJ TUTAJ!

FOT. W.Sierakowski FOTO SPORT