„Michaś jednak nie kopał, tylko śpiewnie gwizdał. Czasami tylko gubiąc prawidłowy ton. Ale robił to z takim wdziękiem, że ujmował nim większość ligowych działaczy. Zwłaszcza Miliardera. Jednak i w Lechu, GKS Katowice czy Wiśle Kraków szczególnie cenili sobie „listkowe” gwizdanie. I słali po milion całusów w podzięce, jako że Michal lubił być bardzo dopieszczany. A kto zresztą nie lubi? Tamtejszy milion całusów odpowiadałby dzisiaj 40 tysiącom buziaków, co również jest milutką czułością” – oto fragment książki „Piłkarski Pasjans” autorstwa Jacka Kmiecika, dotyczący Michała Listkiewicza. Zachęcamy do całej lektury – dużo o interesikach, biznesach i powiązaniach naszego umiłowanego prezesa.
Uwaga, książka została wydana mniej więcej dwa lata temu, więc nie wszystko w tym wpisie jest aktualne. Ale prawie wszystko. Autor przydzielił Listkiewiczowi zaskakująco niską kartkę – damę pik. Jakby chciał zasuegorować, że to nie „Listek” jest w naszym futbolu najważniejszy….

Jak Listek dostawał milion całusów od Miliardera

DAMA PIK, MICHAŁ LISTKIEWICZ

Drugi raz żonaty. Obecna żona – Dorota z wykształcenia dziennikarka, była redaktorka naczelna czasopisma „Ambasador”, aktualnie nie pracuje. Listkiewiczowie mają trzech synów. 26-letni Tomasz, z pierwszego małżeństwa Michała, ukończył dziennikarstwo i jest zatrudniony w Canal+. Ożenił się z córką byłego wiceprezesa Górnika Konin. Dorywczo sędziuje na linii w ekstraklasie u boku Marcina Borskiego. 22-letni Filip, z poprzedniego związku Doroty, studiuje stosunki międzynarodowe. Wspólny syn Michała i Doroty to 12-letni Kajetan.

„Misio” pochodzi ze znanej aktorskiej rodziny z Kalisza. Jego babką była sławna rewolucjonistka, Maria Koszutska, znana bardziej jako Wera Kostrzewa, założycielka Komunistycznej Parii Polski. Od małego mógł więc w PRL liczyć na mocne wsparcie towarzyszy.

Sympatyzuje z Polonią Warszawa od dziecka. Na Konwiktorskiej zaczynał karierę działacza, ale nie od piłki nożnej, lecz koszykówki. Na początek został najmłodszym kierownikiem drużyny koszykarek Czarnych Koszul. Szybko jednak przerzucił się na futbol, bo w porę zrozumiał, gdzie tak naprawdę były wtedy prawdziwe pieniądze. Jako dziennikarz „Sztandaru Młodych”, „Tempa” i „Sportu” zaczął sędziować na linii u znanego i silnie popieranego arbitra Janusza Eksztajna, którego ojciec Stanisław prezesował wówczas Polskiej Komisji Sędziowskiej. Eksztajn junior zwany „Ogierem” wprowadzał go w tajniki sędziowskiego fachu. A że uczniem Michaś był pojętnym, szybko zorientował się o co tak naprawdę w tym gwizdaniu chodzi. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o… uczciwość i rzetelność, ma się rozumieć.

Michał sędzią był dosyć przeciętnym. Ale dzięki zaradności, zwłaszcza pozaboiskowej, zrobił oszałamiającą karierę. Najpierw z gwizdkiem, a potem z cygarem w ustach. Od momentu zmian ustojowych w Polsce doskonale wiedział, że lepiej dogadać się z nowymi kapitałem niż starą nomenklaturą. Wolał więc popierać choćby taki Elektromis czy Polfrost (firmy, które zbiły majątki na przemycie do Polski papierosów i gorzały) niż na przykład reorganizowane wówczas wojsko. Do dziś w Bydgoszczy nie mogą mu wybaczyć jak spuścił Zawiszę z ekstraklasy po fałszywym gwizdaniu meczu z Miliarderem Pniewy. Dla niezorientowanych drobna dygresja – Zawisza to był wtedy wojskowy klub, a Miliarder należał do imperium właściciela Elektromisu, Mariusza Świtalskiego.

W podpoznańskich Pniewach „Listek” czuł się wybornie. Mimo że tamtejszy stadion miał ponure sąsiedztwo. Miejski cmentarz. I gdy tylko mocniej kopnęło się piłkę lądowała za płotem między nagrobkami. Michaś jednak nie kopał, tylko śpiewnie gwizdał. Czasami tylko gubiąc prawidłowy ton. Ale robił to z takim wdziękiem, że ujmował nim większość ligowych działaczy. Zwłaszcza Miliardera. Jednak i w Lechu, GKS Katowice czy Wiśle Kraków szczególnie cenili sobie „listkowe” gwizdanie. I słali po milion całusów w podzięce, jako że Michal lubił być bardzo dopieszczany. A kto zresztą nie lubi? Tamtejszy milion całusów odpowiadałby dzisiaj 40 tysiącom buziaków, co również jest milutką czułością.

W robieniu kariery pomogła mu niewątpliwie znakomita znajomość języków obcych (ukończył nietypowy kierunek hungarystyki) oraz komunikatywność i żyłka wścibskiego żurnalisty. „Listek” doskonale orientował się, kto co je, co pije i kto z kim śpi w środowisku sędziowskim. Sam też nie stronił od dobrej zabawy, co wśród arbitrów swego czasu było przed i pomeczową regułą.

Jako dziennikarz najpierw poznał i wkupił się porcelanowo-kryształowymi prezentami i słoiczkami sowieckiego kawioru w łaski ówczesnego rzecznika prasowego FIFA, Włocha Guido Tognoniego. Potem zaś złapał jeszcze lepszy kontakt na sprawującego wtedy funkcję sekretarza generalnego FIFA, Josepa Blattera. Zapoznał Seppa z powabną blondynką z Polski Północnej, bliską koleżanką swojej byłej żony. Znajomość ta procentuje „Misiowi” do dzisiaj. Prezydent Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej nie zapomniał szwagrowi odstąpienia atrakcyjnej Ilony, z którą przez lata utrzymywał bliskie stosunki, a nawet odwiedził ją parę razy w Polsce. Dziś już jednak próżno szukać Ilony u boku kochliwego Seppa. Ale Michaś na tym absolutnie nie stracił. Dzięki poparciu Blattera zaliczył wiele międzynarodowych imprez jako sędzia liniowy i delegat. Począwszy od olimpiady w Seulu ’88, poprzez mistrzostwa świata i Europy, mecze Ligi Mistrzów, a na Komisji Pucharu Konfederacji FIFA wcale nie kończąc. Ostatnio „Listek” był komisarzem finałowego meczu Pucharu Konfederacji w Niemczech między Brazylią a Argentyną. Wyróżnienie nie było przypadkowe. W gorącym dla prezesa PZPN i jego sędziowskich lamusów lecie 2005 ukłon prezydenta FIFA w stronę kompana był nawet zbyt nadętym wyrazem poparcia.

Inna sprawa, że więzy łączące Seppa z Michasiem wychodzą na dobre naszej narodowej drużynie. Warto zauważyć, że odkąd Listkiewicz jest szefem PZPN jakoś kuriozalnie korzystne układają się nam losowania eliminacji mistrzostw świata i Europy. Przypadek? Możliwe. Los przecież płata różne figle. A gdy przez lata trafia się na wyjątkowo trudnych rywali nadchodzi czas, że wreszcie losuje się wygodniejszych. Wtedy już znacznie łatwiej awansować.

Sędziowie teraz też jakby nie chcieli naszym „orłom” podcinać skrzydeł. W problematycznych sytuacjach zwykle nie dostrzegają naszych przewinień. Nie biało-czerwonych, lecz rywali łapią ostatnio na wątpliwych spalonych. A nawet nie chcą nas karać ewidentnymi karnymi. Widać to było jak na dłoni w wyjazdowych meczach z Walią i Azerbejdżanem czy Irlandią Północną u siebie. Niby to niuanse, ale w końcowym rozrachunku dające wymierny efekt w postaci zwycięstw i finałowej gry w Niemczech.

Przez lata byliśmy bezradni wobec sędziowskich pomyłek. To naszych przeważnie wygwizdywano.i unieszczęśliwiano. Dzisiaj to rywale wściekają się, gdy arbiter myli się na naszą korzyść. Wymowny przykład to pantomima selekcjonera Azerbejdżanu, Carlosa Alberto Torresa odstawiona na boisku w Baku. Gesty Brazylijczyka skierowane do arbitra były aż nadto czytelne. „Przekręt”, „szmalcowanie” i „wypchana kieszeń”. Mistrz świata z 1974 roku pokazał, gdzie jest pies pogrzebany. Patronat „Listka”, jakim w swoich miodowych latach roztoczył nad biało-czerwonymi, jest nie do przecenienia.

Listkiewicz to jedyny polski arbiter piłkarski, który sędziował finał mistrzostw świata. Był liniowym w decydującym o czempionacie meczu Niemcy – Argentyna turnieju Italia ’90. Zazdrośni twierdzą, że robił wtedy za dróżnika. Machał bowiem „kolejorz” Michał chorągiewką na bocznym aucie pozycje spalone, doprowadzając do szewskiej pasji Diego Maradonę. W mistrzostwach świata ustanowił swoisty rekord. Sędziował w finałach aż osiem meczów na linii. Bezsprzecznie osiągnięcie powinno być odnotowane w Księdze Rekordów Guinnessa. Nikt wcześniej i później tego nie dokonał. A rekordu by nie ustanowił, gdyby nie przypadek jaki przytrafił się koledze po fachu. Konkurent z Polski do wyjazdu na finały, Piotr Werner z Gliwic był wówczas importerem włoskich win. „Z winami z Italii na sędziowanie do Italii” – promował produkt na folderach i swoich wizytówkach. Dziwnym trafem o reklamie dowiedziała się FIFA. Potępiła Wernera i zamiast niego wysłała do Włoch zaradnego „Listkosia”.

Po Italii ’90 „Misio” był też liniowym na kolejnym World Cup USA ’94. Szybko jednak wrócił z Ameryki. Czemu? W grupowym meczu Niemcy – Belgia główny arbiter, Szwajcar Kurt Roethlisberger wypaczył wynik spotkania i cała sędziowska trójka wyleciała z turnieju.

Jeszcze przed Mondiale we Włoszech „Listek” umościł się w PZPN, w którym rozpoczął etatową pracę w wydziale zagranicznym, by po kilku latach zasiąść w fotelu sekretarza generalnego związku. Poparł go przy tym Trener Tysiąclecia, Kazimierz Górski, u którego „Misio” przez kilka lat robił za osobistego kierowcę i obwoził po kraju swoją ładą, którą obkleił reklamami „Polfrostu”. Jako jedyny sędzia w Polsce oficjalnie reklamował prywatną firmę, choć FIFA miała poważne zastrzeżenia do stosowania tego rodzaju praktyk wśród arbitrów.

Przez wiele lat był zausznikiem wiceprezesa, a potem prezesa PZPN, ś. p. Mariana Dziurowicza. Wielokrotnie sędziował mecze ukochanego klubu „Śląskiego Magnata” – GKS Katowice. I warto podkreślić, że dla katowiczan „Listek” był sędzią wyjątkowo szczęśliwym, bo nie zdarzyło się, by przegrali, gdy prowadził im zawody. „Misio” również często podróżował z „Dziurą” do UEFA w roli tłumacza. Wojaże po świecie tak mu zresztą weszły w krew, że do dzisiaj częściej odbywa zagranicze delegacje niż pracuje w związku. „Na 365 dni w roku 200 bywa poza siedzibą PZPN” – twierdzą nieżyczliwi. „Nie 200 a co najwyżej 120” – ripostuje ML.

W cieniu Mariana Michaś czuł się na tyle pewnie, że ośmielił się przeprowadzić na własną rękę swą pierwszą poważną związkową transakcję. Na początku lat dziewięćdziesiątych wespół z ówczesnym sekretarzem generalnym PZPN, Markiem Pietruszką sprzedał angielskiej firmie marketingowej „Saatchi & Saatchi” prawa telewizyjno-reklamowe do meczów reprezentacji Polski. Opylenie praw odbyło się w sekrecie przed odpowiedzialnym za finanse PZPN wiceprezesem Dziurowiczem. Do zawarcia umowy wystarczył jednak podpis prezesa związku, którym był wtedy Kazimierz Górski. A z nakłonieniem pana Kazia do złożenia parafki na dokumencie robiący za jego szofera „Misio” nie miał najmniejszego problemu.

Gdy z końcem XX wieku wybuchła w PZPN wojna futbolowa Listkiewicz, znakomicie wyczuwając koniunkturę, wystąpił przeciwko „Śląskiemu Magnatowi”. Stracił przez to pracę w związku. Ale w sumie świetnie na tym wyszedł. Przygarnął go wówczas na stanowisko komentatora Canal+ szef sportu kodowanej stacji Janusz Basałaj, co w efekcie opłaciło się obu. Bo pół roku pózniej „Listek” wygrał przedterminowe wybory i wrócił do PZPN na fotel prezesa. I jako związkowy boss odwdzięczył się Basałajowi opychając ligowe prawa jego telewizji.

Wzbogacić mógłby się gdzie indziej. Ale nie byłby sobą, gdyby w PZPN odmówił sobie przyjemności parafowania umów sponsorskich, sprzedawnania praw telewizyjnych (w czym się szczególnie wyspecjalizował mając u boku machera ze „SportFive”, Andrzeja Placzyńskiego) oraz kontrolowania – zwłaszcza bliskich swemu sercu – spraw sędziowskich. Nieprzypadkowo głównym obsadowym nominował swego byłego asystenta na linii Leszka Saksa. A po wybuchu afery korupcyjnej pieczę nad gwizdkami powierzył innemu sterowalnemu koledze Andrzejowi Strajlauowi. Nie może, ale i nie chce odciąć się środowiska, które wyniosło go na szczyty. Gdy aresztowano arbitra Andrzja Fijarczyka bagatelizował problem, uderzając w kabaretowy ton: „Trafiła się jedna czarna owca” – skomentował, czym rozśmieszył do łez całą piłkarską Polskę. Gdy zamykano kolejnych gwizdków nie było mu już do śmiechu. Ale nie tracił rezonu i z humorem odpowiadał, iż nie obawia się pójścia do pierdla.

Nieprzychylni wytykają mu, że choć szczyci się znakomitymi koneksjami w FIFA, nie umieścił dotychczas w światowej elicie gwizdków żadnego Polaka. Finały mistrzostw świata czy Europy od lat odbywają się bez polskiego sędziego głównego. Mimo uszu należy puszczać podłe insynuacje, że Listkiewicz torpeduje w FIFA i UEFA kandydatury rodaków, bo jest zazdrosny o sławę i nie chce, by ktokolwiek przebił w Polsce jego sędziowskie osiągnięcia. Przeczy zresztą temu przykład Katarzyny Nadolskiej, sędziny z Radomia. Kasia, dyskretnie popychana przez prezesa do międzynarodowej czołówki, biegała już nawet z chorągiewską na linii w finale mistrzostw świata w USA. Wprawdzie piłkarek, a nie kopaczy. Ale finał to finał i trzeba oddać „Misiowi”, że wylansował swą godną następczynię. Coraz śmielej wprowadza ją też na piłkarskie salony nie bacząc na złośliwe szepty i niesmaczne pomówienia.

Ł»artuje, że gdyby nie był prezesem, zostałby wójtem i zajął się ogrodnictwem na swojej działce w Teodorowie nieopodal Grójca. W przypływie szczerości nazywa się nawet ziemianinem, bo poza posiadłością w rejonie zwanym polskim zagłębiem jabłkowym nabył również za bezcen hektary po dawnych PGR-ach w Dobiegniewie koło Gorzowa Wielkopolskiego i Popowie obok Wronek, w pobliżu nieruchomości selekcjonera Pawła Janasa. Przejęcie połaci ziemskich narajał stary znajomy z Komisji Młodzieżowej PZPN, były aparatczyk KC PZPR Karol Gębka, którego towarzysze umiejscowili w Agencji Mienia Rolnego, zajmującej się parcelowaniem byłych Państwowych Gospodarstw Rolnych. Niepotwierdzone są informacje, iż Listkiewicz poza paroma mieszkaniami w Warszawie posiada także parcelę w podwarszawskim Konstancinie.

Wiele wyjaśniłoby przedstawienie przez prezesa deklaracji majątkowej, ale akcję „czyste ręce” a la Włodzimierz Cimosiewicz Listkiewicz owszem popiera, lecz tylko w przypadku sprawdzenia majątku obecnych sędziów ligowych. Niezorientowanym opowiada historie, w które chyba i jemu samemu – mimo wielkich zdolności do bajdurzenia – trudno uwierzyć. Plecie, że majątku dorobił się na menedżerce. A konkretnie na transferowaniu piłkarzy z Ameryki Południowej do Europy na początku lat dziewięćdziesiatych. W tym czasie „Listek” był aktywnym sędzią międzynarodowym. Łączenie roli futbolowego agenta z sędziowaniem było i jest niedopuszczalne. Gdyby więc się okazało, że Michaś maczał palce przy handlowaniu zawodniakmi mógłby na zawsze zapomnieć o jakiejkolwiek posadzie w światowych władzach piłkarskich.

Złośliwi twierdzą, że Listkiewicza przy zarządzaniu PZPN związkowe regulaminy nie interesują. A prezesuje wyłącznie dla nabijania kabzy. No i też po to, by zaspokoić swoją próżność. A także wywiązać się z niektórych zobowiązań. Coś w tym musi być. Czasami bowiem sprawia wrażenie, że nawet nie wie co podpisuje. A przynajmniej tak się zawile tłumaczy ze swych świadomych lub nie uchybień.
Listę osób delegowanych przez PZPN na wiosenny mecz w Chicago z Meksykiem podpisał bez zmrużenia oka. Nagle jednak wyszło na jaw, że z rekomendacji prezesa służbowe wizy do Ameryki dostało nie mające obecnie nic wspólnego z piłką pewne małżeństwo z Zamościa. I mogło spokojnie z wizami załatwionymi przez PZPN polecieć sobie na wakcje na Florydę.

Z innej beczki: trener Henryk Apostel na przykład znalazł zatrunienie na miodowych salonach jako wiceprezes. Choć jak twierdzą zorientowani do pracy biurowej zupełnie nie pasuje. Z Listkiewiczem zna się jednak od dawna. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych trenował poznańskiego Lecha „Misio” akurat często gwizdał na Wielkopolsce. Również mecze „Kolejorza”. Przyjemnie było wtedy sędziować drużynie, która miała bogatego sponsora (paliwowa firma „Erge” Ryszarda Górki) i szła jak burza na mistrza. „Listkowi” tak przypadła do gustu gra Lecha, że otoczył ten zespół troskliwą opieką. Uczulał kolegów, by w Poznaniu sędziowali… sprawiedliwie. Ł»e warto przypomnieć liścik do arbitra Mieczysława Piotrowskiego, przekazany przez trenera Apostela, w którym Michaś przestrzegał kumpla, by tylko dobrze gwizdał.

„Listkoś” miał też wesprzeć drużynę Henryka A. w meczu z Goeteborgiem o awans do Ligi Mistrzów. Przyjął od Górki pokaźną jak na owe czasy zaliczkę (15 tysięcy dolarów) na załatwienie.. sprzętu. Na nic się to jednak zdało, bo „Kolejorz” dostał baty i zadatek diabli wzięli. Do dzisiaj trudno dociec czy sprzęt trafił we właściwie ręce.

Trudno uwierzyć w plotki, że rzecznik prasowy PZPN, Michał Kocięba dostał robotę na Miodowej, bo jego ojciec elektryk uczynnie doprowadził prąd na działkę prezesa w Teodorowie. Jako ohydne pomówienia należy traktować opowieści, że Listkiewicz w poprzedniej kadencji mianował szefem piłkarstwa kobiecego w PZPN Grzegorza Kulikowskiego, właściciela firmy budowlanej Pol-Waz, tylko dlatego, że czerpał z tego określone profity. Jednak trudno zaprzeczyć, że „Misio” zatrudniony był w tym przedsiębiorstwie z wynagrodzeniem przekraczającym pobory prezesa związku – prawie 15 tysiącami złotych miesięcznie.

„Dawałem Pol-Wazowi twarz” – przyznaje Listkiewicz. Wiadomo jednak, że lobbowanie na rzecz Pol-Wazu miało doprowadzić między innymi do budowy w Ryni ośrodka piłkarskiego dla reprezentacji i wystawienia w Warszawie nowej siedziby PZPN. Oczywiście za związkowe pieniądze. Sprawa się rypła, bo Pol-Waz stracił płynność finansową. Ale zdążył jeszcze postawić na działce „Listka” pod Grójceim trzy domki kempingowe. I wybudować wiceprezesowi Apostelowi willę w podwarszawskim Konstancinie. A także przekazać do użytku związkowym dygnitarzom kilka firmowych limuzyn.

Niedawny najbliższy współpracownik, Zbigniew Boniek kpi z „Listka”, że ten nie radzi sobie z kierowaniem piłkarską centralą. To jednak grube nadużycie. Gdyby było jak mówi „Zibi”, to czyż ML zostałby wybrany na drugą kadencję związkowej prezesury? I to przez aklamację. Trzeba oddać Michasiowi, że jest mistrzem intryg, zapewnianiu sobie poklasku i pacyfikowaniu niewygodnych osobników. Kto się odważy wejść mu w drogę wcześniej czy później gorzko tego żałuje.

Bogdan Juras przez trzy lata pierwszej kadencji prezesa „Misia” prowadził biuro PZPN. Ale wystarczyło, że raz podbadł szefowi i z miejsca spracił pracę. A poszło o… psa „Listka”, którego Juras woził służbowym autem na spacery do lasu. Pewnego dnia ośmielił się zwrócić uwagę, iż bruek zabrudził tapicerkę i prezes mu tego nie darował. Wyrzucając kolegę z miodowych salonów oznajmił, iż nie życzy sobie, by go już więcej w PZPN obmawiał.

Przedwyborczą partię na drugą kadencję prezes rozegrał po mistrzowsku. Zjednał sobie teren, częstując „liskoludków” – w starym sprawdzonym stylu – kiełbasą wyborczą. Już rok przed elekcją napychał „misiowłazów” zagranicznymi wojażami. Grupa wiatrak kręciła się po świecie bez opamiętania. A kto za to płacił? Pan płacił, pani, społeczeństwo znaczy. Zwieńczeniem starań prezia o względy podwładnych była wycieczka do Wiednia na eliminacyjny mecz mistrzostw świata 2006 z Austrią. Po drodze, w Bratysławie, delegaci imprezowali na koszt związku do białego rana. Hulaj dusza, piekła nie ma. A na zjeździe pełen poklask dla wylewnego „Misia”.

ML, znający prasę od podszewki i liczący się z nią jak mało kto, zjednał też sobie przed wyborami największą tubę, branżowy „Przegląd Sportowy”. Dotychczas krytyczny wobec PZPN dziennik przed głosowaniem nabrał nagle wody w usta. Przemilczał grzechy „Listka”, czym bezczynnie poparł jedynie słusznego kandydata. Prezes nie pozostał dłużny. Wyróżnił redaktora naczelnego „Przeglądu Sportowego” Romana Koltonia piłkarskim Oskarem 2004, nagrodą za twórczość dziennikarską, przyznawaną na wspólnej Gali Canal+ i PZPN. Wyboru Oskara mają ponoć dokonywać ligowi piłkarze, ale wątpliwe by w poprzednim roku dostrzegli akurat pisarstwo RoKo. Nakreślił on bowiem zaledwie kilka nic nie znaczących komentarzy. Kołtoń Oskarem zdawał się być nienasycony, więc prezes zapraszał jego, zastępcę i wydawcę „Przeglądu Sportowego” na mecze wyjazdowe reprezentacji i Puchar Konfederacji, pokrywając koszty pobytu i zapewniając wejściówki na lożę VIP-ów. – Załatwiałem im pięciogwiazdkowe hotele, zapraszałem na bankiety, dawałem bilety na jakie chcieli mecze, a oni w podzięce psy na mnie powiesili – miał narzekać „Misio” na niewdzięczność szefostwa „Przeglądu Sportowego”, gdy latem doszło do ujawnienia gigantycznej afery korupcyjnej w naszej piłce.

Prezes PZPN wcale nie musi znać się na zarządzaniu. Od tego przecież ma odpowiednich zastępców. Musi jedynie godnie reprezentować związek na zewnątrz, a to ostatnio, niestety, „Listkowi” niezbyt się udaje. Po dwóch latach względnego spokoju w polskiej piłce znowu afera goni aferę. A „Misio” robi niewiele, by temu zaradzić. Woli przyjąć postawę strusia i udawać, że nic strasznego się nie dzieje. Ale czy metoda pozwoli przetrwać mu najcięższe chwile?


FOT. W.Sierakowski FOTO SPORT