Wiceprezes PZPN Eugeniusz K. ogłosił, że liga na sto procent wystartuje za tydzień. Biorąc pod uwagę, iż to tylko stanowisko PZPN – na pewno nie wystartuje. A sam K. zamiast zabierać publicznie głos i irytować nas swoim widokiem, mógłby skupić się nad odzyskaniem skradzionych przez prokuraturę liter z nazwiska. Powiedzcie sami, czy którakolwiek związkowa facjata wkurza was bardziej niż ta kolatorowa? Dla tych, którzy nie są fanami Gienia zamieszczamy kolejny odcinek książki „Piłkarski Pasjans”, w której red. Jacek Kmiecik barwnie opisuje najważniejszych ludzi naszego futbolu…

Eugeniuszowi Kolatorowi przypisano bardzo wysoką kartę – król kier. Oto fragment książki, uwaga – wyszła ona dwa lata temu, więc nie jest do końca aktualna…

Poznajcie historię kulturalno-oświatowego z Małkinii

Ł»onaty. Urodził się w Małkini, zupełnie jak kulturalno-oświatowy z kultowego „Rejsu” Marka Piwowskiego. I coś z niego rzeczywiście Gienio ma. Od dawna mieszka jednak w podwarszawskim Karczewie, w którym razem z trenerem Mieczysławem Broniszewskim i skoligaconym rodzinnie, byłym gwizdkiem Witem Gerardem Ł»elazką tworzą „tercet egotyczny”, mający już od ćwierćwiecza wiele do powiedzenia w polskiej piłce. Ostatnio jednak więzy między trójcą jakby nieco osłabły. Gienio z uwagi niedawną aferę w środowisku sędziowskim nie chce być zbyt mocno kojarzony z Witem. Mietek natomiast lekko stroni od Gienia, który jakby zapomniał kto go wprowadzał do PZPN. A Wit wydaje się nieźle wypłoszony i niezbyt chętny do spotkań z Mietkiem.

Córka Eugeniusza Joanna.miała pobierać nauki w USA, co wydaje się bezzasadne, bo przecież ojca, społecznego działacza PZPN nie stać na tego typu fanaberie. Bardziej realne są opowieści, że dzięki znajomości Gienia ze Zbigniewem Bońkiem miała stypendium we Włoszech. Podłymi insynuacjami należy jednak określić opowieści, iż zatrudniona była w Pol-Wazie, firmie na rzecz której swego czasu lobbował prezes PZPN, Michał Listkiewicz. Syn Artur studiował w Katowicach. Widać chłopak zna się świetnie na bizesie, bo niedawno otworzył w Karczewie pub, którego budowę szacowano na około 300 tysięcy złotych. Ojciec mógł służyć jedynie myślą inżynierską, bo wątpliwe, by wsparł juniora finansowo ze społecznej związkowej działalności.

Złośliwcy nadali Gieniowi pseudonim „Kolaborator”, co jest całkowitym przeciwieństwem jego wyjątkowo uczciwych intencji jako wiceprezesa związku. – To wzór wszelkich cnót – zachwala przy każdej okazji nieskazitelność Kolatora prezes Listkiewicz. A i ma kogo zachwalać, bo Eugeniusz to związkowy geniusz, tytan pracy, wzór znakomitego organizatora. W przeciwieństwie niestety do reprezentującego na zewnątrz PZPN „Misia”, który nie ma zbyt wiele czasu na przesiadywanie na miodowych salonach.

Gdy „Listek” wojażuje po świecie, wypełniając rzetelnie swą misję w FIFA i UEFA i rozsławiając polską myśl sędziowską w rozmaitych zakątkach naszego globu, Gienio cierpliwie zastępuje w centrali swego zwierzchnika. Po pracy w urzędzie przychodzi na Miodową około 16.30, gdzie działa społecznie do późnego wieczora. Tak się przejmuje swoją rolą, że przeszedł już zawał serca. Powinien więc uważać na zdrowie, nie przemęczać się w pracy, nie stresować, ale oczywiście robi zupełnie odwrotnie. Bardzo mu bowiem leżą na sercu związkowe sprawy, zwłaszcza przyznawanie klubom licencji.

Pieczołowicie więc dogląda Kolator i osobiście nadzoruje prace komisji dopuszczającej kluby do pierwszoligowych rozgrywek. Oczywiście nie pobiera wynagrodzenia ze związkowej kasy, poza symbolicznymi premiami, sięgającymi niekiedy nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Nie korzysta także z przywilejów jakie zapewnia mu funkcja wiceprezesa, choć ostatnio przecież mógł zabawić z żoną na Pucharze Konfederacji w Niemczech, podobnie jak dwa lata temu we Francji, gdzie rolę gospodarza pełnił pryncypał Listkiewicz. Dał się jednak nakłonić, choć nie było ku temu zasadnych podstaw, bo nawet nie włada swobodnie obcym narzeczem, na przyjęcie funkcji obserwatora FIFA. Początkowo w delegacjach zagranicznych towarzyszył mu mentor „Misio” umiejętnie wprowadzając druha w świat wielkiej piłki i zapoznając go z międzynarodowymi konwenansami. Ale niezbyt urokliwej maniery siorbania herbaty nie udało się Listkiewiczowi u kolegi wyplenić.

Kolator to jeden z najznamienitszych przedstawicieli sędziowskiego lobby w PZPN. Wprawdzie arbitrem był przeciętnym, niczym szczególnym się nie wyróżniał, ale przy lekkim wsparciu błyskotliwego na boisku i poza nim Wita Ł»elazki dochrapał się Gienio funkcji szefa polskich sędziów. Z racji swojego wykształcenia i zawodu (dyrektorował swego czasu stołecznej inżynierii, potem związany był z Głównym Nadzorem Budowlanym, a teraz jest zastępcą głównego geologa kraju) trzyma w PZPN pieczę nad „okrzesełkowaniem” stadionów. Kiedyś na tę cześć nadano mu nawet pseudonim „Krzesełko”, który niezbyt polubił. Niedawno doszedł licencyjny wymóg oświetlenia stadionu i instalowania przez kluby podgrzewanej murawy, więc pseudonim się zdezaktualizował.

Podczas wojny futbolowej Kolator znalazł się po drugiej stronie barykady w stosunku do prezesa PZPN, ś. p. Mariana Dziurowicza. Jako przedstawiciel szeroko rozumianej „warszawki” popierał zwolnionego ze związku przez „Śląskiego Magnata” Listkiewicza i całkiem nieźle potem na tym wyszedł. Bo po wyborach zasiadł w ścisłym kierownictwie PZPN i do dzisiaj odgrywa w nim znaczącą rolę. Z Dziurowiczem nie było mu po drodze, ale przez lata nie pozwolił zrobić krzywdy ukochanemu klubowi „Magnata” – GKS Katowice.”Gieksa” tonęła w długach, a wbrew przepisom dostawała warunkowo licencję i dopuszczana była do rozgrywek. Sądzono, że Gienek obchodzi się z GKS jak z jajkiem, bo Piotr Dziurowicz trzyma w szufladzie testament ojca, w którym ma haka na każdego miodowego cwaniaka. Zrozumiałe więc, że wpływowi związkowi działacze stąpali na paluszkach, by nie obudzić drzemiącego w młodym „Dziurze” niedźwiedzia. Przeczy jednak temu ostatnia decyzja PZPN degradując „Gieksę” początkowo do A-klasy, a ostatecznie do czwartej ligi. Synowi „Magnata” warszawka utarła w końcu nosa za dawne krzywdy ojca. A ten, by nie być dłużny rozpętał aferę, która wstrząsnęła polską piłką. Przyznał się – jak oficjalnie twierdzi, aby oczyścić swoje sumienie i zacząć normalne, uczciwe życie – do kupowania meczów w lidze, korumpowania sędziów, trenerów i piłkarzy przeciwnych drużyn. Zaczął współpracować z policją, dzięki czemu aresztowano dwóch sędziów Antoniego Fijarczyka i Krzysztofa Zdunka. „To jakaś kolejna niezła historyjka. I to z udziałem klubu, który dzięki przychylności PZPN dostał miejsce w czwartej lidze” – zbagatelizował wyznania Piotra Dziurowicza o korupcji w polskiej lidze wiceprezes Kolator.

Zwykle surowy w ocenie wymogów licencyjnych Gienio przychylniejszym okiem spogląda na klub Zbiegiewa Bońka. Ostatnimi czasy kryształowy Kolator stał się nawet cichym poplecznikiem w PZPN łódzkiego Widzewa. Być może z sentymentu do dawnego udziałowca sportowej spółki akcyjnej Widzew Andrzeja Grajewskiego? A może ze względu na niebezinteresowną sympatię do byłego wiceprezesa PZPN do spraw marketingu, Zbigniewa Bońka?

Kolator lekką ręką zatwierdził przekształcenie sportowej spółki akcyjnej w stowarzyszenie sportowe (co miało być ucieczką Widzewa od ogromnych długów) i „kolatoryzując” nieco związkowe przepisy, dopuścił niezbyt przepisowo klub do rozgrywek drugiej ligi. Zresztą podobny patent zastosowano kilka lat wcześniej w poznańskim Lechu (ucieczka od nazwy i przede wszystkim długów KKS), w którym zapewne przypadkowo udziały miał wtedy nie kto inny jak Andrzej Grajewski. Nie dziwi więc, że Gienio wszystkie roszczenia finansowe wierzycieli wobec Widzewa i monity o ukaranie niesolidnego dłużnika zadziwiająco bagatelizował i odkładał do załatwienia na tak zwany święty nigdy. Takie nastawienie „Kolaboratora” do łódzkiego klubu pozwalało złośliwcom snuć przypuszczenia, że jego wystąpienie do prokuratury (czego przecież nigdy wcześniej związkowi działacze nie robili) o zbadanie sprawy popełnienia przestępstwa – domniemanie ustawienia wyniku meczu Arka Gdynia – Mława, miało pomóc Widzewowi wejść do ligi przy zielonym stoliku. Łodzianie bowiem przegrali baraże o ekstraklasę z Odrą Wodzisław, ale znany sprzed dwóch lat precedens Świtu Nowy Dwór Mazowiecki (również uległ w repasażach ze Szczakowianką, ale decyzją PZPN wszedł do pierwszej ligi), pozwalał zastosować powtórkę z rozrywki. Co ciekawe, i Świt wówczas i w Widzew niedawno sponsorował masarz Wojciech „Lukullus” Szymański, którego siostrzeńcem jest szef Departamentu Rozgrywek PZPN, Marcin Stefański, ulubieniec Bońka i Kolatora. To właśnie „Zibi” wprowadził Stefańskiego na miodowe salony, a Gieniu roztoczył nad nim w związku parasol ochronny. Bardzo często zresztą niczym ojciec z synem Kolator i Stefański wizytują razem kluby.

Widzewskie lobby w PZPN osłabło jednak gwałtownie po sprowadzeniu przez prezesa Listkiewicza na miodowe salony sympatyka ŁKS i adwersarza Bońka, Jana Tomaszewskiego. Zamiast oczekiwanego awansu w nowym sezonie odjęto Widzewowi karnie 9 punktów. Za niedopełnienie warunków licencyjnych, czyli nie wywiązanie ze spłaty zadłużenia spółki, od której stowarzyszenie przejęło wszelkie zobowiązania.

Mówi się, raczej słusznie, że w większości decyzji Kolator nie zgadza się z elastyczną, wręcz bardzo chwiejną polityką prezesa Listkiewicza. To jasne, bliżej mu przecież do Bońka, który z byłym przyjacielem „Listkiem” ma od czasu opuszczenia miodowych salonów lekko na pieńku. Niemniej Gienio ciągnie posłusznie ten PZPN-owski wózek. Poczciwy do bólu często robi za tak „związkową tarczę”. Przyjmuje ciosy za innych włodarzy centrali, ale wtedy jest w swoim żywiole. Lubi łagodzić konflikty, gasić zapalne ogniska, jeździć po klubach czy okręgach. Chociaż nie zawsze udaje mu się godzić zwaśnione strony jest częstym mediatorem w spornych sprawach.

Nie przepada za dziennikarzami, zwłaszcza tymi zaczepnymi, którzy kiedyś tworzyli siłę Przeglądu Sportowego. Często grozi procesami, ale też zawsze wystarcza mu zamieszczenie na łamach gazety listu wyjaśniającego, sprostowania lub też ogłoszenia drobnego.

Nie zalicza się do grupy bankietowej, być może ze względu na swe wątłe zdrowie. Trudno w nim znaleźć wdzięcznego kompana do biesiadowania i aż dziwne, że przy swoim sztywniactwie wypłynął na wiceprezesa dość zabawowego związku. Znakomicie jednak uzupełnia się z innym wiceprezesem-zawałowcem Henrykiem Apostelem.